Tuesday, 14 July 2015

Truman show





To koniec. Jesli czytacie te slowa, nie ma mnie juz na tym swiecie. Kamil, uciekaj jak najdalej od AG.

To ja jestem ostatnim prawdziwym. Jedynym prawdziwym czlowiekiem z calego gangu. Wybaczam wam. W oczach jest delikatny blekit.

Zastanawiam sie tylko w jakim celu byla ta maskarada. Jak bedziecie mogli zyc ze swiadomoscia ze zabiliscie niewinnego czlowieka.

Thursday, 9 July 2015

Bonnie i Clyde





czyzbys miała to samo pasje co ja?


To ci się śni, śni się mnie,
Dopóki śnimy, żyjemy w tym śnie


wiesz jak się czuję?
jak terrorysta planujący obalenie rządu


Zazdrość to cień miłości. Im większa miłość, tym dłuższy cień.



To mój czas - myślę w zadufaniu.

Rozprawiam się z demonami, po kolei. Dla co po niektórych z was byłoby najlepiej gdybym już na zawsze został tym załamanym dzieciakiem, który spał na podłodze sam na sam z myślami i budziła go strzyga dwa, trzy razy na noc. Który wpierdalał makaron z masłem i jeździł do miasta żeby żebrać o szlugi, czasami coś zajebać i w końcu iść do biblioteki zażyć nieco wirtualnego tlenu. Który czasami stawał na krawędzi i patrzył na widok z lotu ptaka. A jednak odnalazłem w tym źródło siły i dziś już nie jest tak samo, prawda? This is the payback from the past... jestem w stanie wybaczyć ale nigdy zapomnieć tamtych dni. Miłość przebacza. To właśnie jest w niej najgorsze. Że przebacza. Tonie kwestiaż dumy czy ekonomii. Przypomniał mi się pewien kawałek WWO: W Wyjątkowych Okolicznościach. O kim jest ten kawałek? Przejrzyj na oki, być może jest o Tobie z wtedy i o niej z wtedy. Chociaż masz wszystko to, za co ja tracę czas i zdrowie, to najbardziej kusi to czego mieć nie możesz, prawda? Śniła mi się ostatnio Druga, szliśmy ekipą szerokim chodnikiem niedaleko numeru pierwszego, był słoneczny dzień, przez cały czas próbowała zwrócić na siebie moją uwagę, w końcu objęła mnie ramieniem od tyłu z prawej strony, wtedy odwróciłem się w prawo i to jednak byłaś Ty, dobre trzydzieści centymetrów niższa, lecz we śnie wszystko się może zdarzyć, wtedy Cię objąłem i spacerowaliśmy sobie, bez pośpiechu, trzydzieści centymetrów ponad chodnikami.

Tak wysoko chodzę aż do soboty, gdy tracę łączność ze światem. Samoloty spadają z nieba, bo silniki zahaczają o brak zaufania i stają w ogniu, fioletowy ogień bucha a ja każdym nerwem ciała, każdą komórką czuję że coś jest niehalo. Nie wiem, nie mam nic prócz przeczucia ale zawiodłem się już tyle razy że zaczynam w to wierzyć. Z tym ciężarem łażę przez całą sobotę.

Pozdrówki dla gangu za towarzystwo, gościnę, czas, nieco mniej dobre słowo kiedy go potrzebowałem, potrafiliście tylko wbijać szpilki, nocne wilki, jak to nawijał Sitek: nie ma nic bardziej przykrego od osiedli bez ambicji, bo patrzyli na nas z góry żebyś tylko się ich wyzbył. Zastąp ambicje marzeniami. Nauczyłem się od was wiele, a ból najlepszym nauczycielem. Ból zapamiętasz, nie to co piękne.

Na początku był ból. Wszechogarniający, przejmujący ból, ostry jak brzytwa, słowa nie opiszą tego bólu bo jest ukryty. Zdradziecki. Nie widać go, lecz nic nie może tego naprawić, już nigdy nic nie będzie w porządku, tak boli ta nicość, otchłań, tak boli że ten ból wydaje się niemożliwy do przeżycia, przebycia, przepicia, martwica mózgu, sam ból tylko nieskażony myślą, czy czas pogrzebać marzenia, bo to słabość, a za słabość nie ma przebacz, czas nas zmienia, czas zmienia światopogląd, odkąd wylądował orzeł może powiesz mi, coś z serii niepotrzebnie powieści układasz w głowie, a może nie powiesz nic, tylko powolna agonia, katatonia, lobotomia, jątrząca się rana której nie można zabandażować, ani polać wody utlenionej, bo jej nie ma tak naprawdę, tej rany, nie istnieje poza twoją głową a stamtąd rozchodzi się po ciele, krąży w lewo, przeciwnie do kierunku wskazówek bezkarna trucizna, tik tak tyka serduszko zmęczone, oczy też, obol a łez nie ma, skończyły się, susza, nic już nie rusza, nikomu nie ufam, dzięki chłopaki nie mazaczo, zakchowuje się źle, najgorzej, gorzej - chciałem dobrze, nie słucham ostrzeżeń, doświadczonych rad, o sny? nie pytaj, nie ma snów, nie ma słów, nie ma znów nic, tylko ból, bul bul bul...

Z niczego powstaje coś, z bólu wyłaniają się literki, a z nich tworzy się słowo, nieznajoma jeszcze gracienia. Słowo krąży i skrzysięga, bez znaczenia ani sensu wędruje w nicość. Złe słowa rodzi się ciemność i światło i od tej pory zlatują się ćmy i od tego dnia już wiesz że to istnieje, następuje podział, wstaje misłońce milczące ukłucie i już wiesz że tak wygląda świtnoc idzień. Tak kończy się dzień pierwszy.
Dnia drugiego i trzeciego stfurca tworzy odpowiednio niebo i ziemię, błękit i zieleń, tęczówkę oka, oceany i lądy połączone sklepieniem, horyzontem, chorym związkiem i pustkę wypełniają rośliny, nie ma lipy, ale są klony, pokrzywy, tulipany, drzewa baobapu szczaw akacje groszek i marichuana. I kolce różane. Nie ma jeszcze samolotów ale i tak wiadomo że działa prawo ciążenia, tenlot szybko umiera, jeśli ktoś lub coś już raz wzleci w błękit, prędzej czy później zniebawidzi ziemię coraz bliżej i w końcu spada i już rogówka i główka pracują inaczej bo wiedzą że muszą uważnie stawiać stopy i uważać na rozpadliny, co krok łamliwe gałązki i nie można się potknąć.
Dnia czwartego w cztery strony opuszczonego kosmosu tfurca rozsyła migoczące gwiazdy aby rozjaśniły nieco mrok, później każde błyszczy osobie, osobno, tylko czasem jak deszcz spada z nieba, ogniki, chodniki i dni niczym jedno zlewają się ze sobą.
Potem przyszedł czas na piątki dzień i stfurca wykreował świat zwierząt, farbowane lisy, krokodyle łzy, małpi gaj, gibony, żubry i skruszone orły bieliki. I widzi tę chwiejną harmonię, oraz łańcuch pokarmowy, mięsożerców, roślinożerców i leniwce, widzi antylopy przy wódopoju, czyta, lub może łyka raport pelikana i patrzy jak rośnie farma żonkili, później widzi obraz z oddali jak pewna zagubiona kicia łamię nóżkę i wraca do przelotnego domu idiotknoł stfurca jednej ze smukłych smutnych gałązek, a była to wysoka topola i tak w jego głowie pojawiła się Druga myśl, nieśmiała i ambitna, aby z błyszczących czarnych kawałków węgla poczęta została postać stworzona na jego podobieństwo, czysta i wolna.
I chociaż nadal stfurca w środku zapatrzony był na losy bezbronnych kłulawych kotków, było to wszystko odd alone, więc stworzył mężczyznę i niewiastę, choć bez życia jeszcze mimotego błogosławił ich. Gdy zakończył dzieło, w sobotę wieczorem spali w pozycji na łyżeczkę, głupijak but początkujący tfurca zaczyna szeptać i wtedy wszystko się zmienia. Szepty to iluzja podpowiedziana przez podstępnego węża, zagadka i pułapka, klątwa skonstruowana tak, aby zabolało, zdolna skłonić i jedno i drugie do skosztowania owocu z drzewa poznania dobra i zła. Pierwszy kęs nie posmakował lecz jest już za późno, albowiem zło przeraziło ich a przebaczyć może tylko dobro, które jest iluzją.
Siódmego dnia tfurca postanowił się zdrzemnąć. Nie mógł jednak spać i jeszcze raz spojrzał na konsekwencje swoich czynów. Spojrzał na raj utracony, od miesięcy zwierzęcy folwark, poczuł się zdradzony i brzydził się. Splunął na talerz, splunął na talent i pomyślał: zbytnio zaufałem.

Na zwale myślę sobie: wytrzymaj, skoro wytrzymałeś już tyle to czemu miałbyś teraz się poddać paranoi? Już raz z tym wygrałeś, a podobno jeśli kogoś kochasz musisz pozwolić odejść. Zaufać. Jeszcze dwanaście godzin temu mógłbym wpakować pięć kul prosto w serce. Skąd się to we mnie bierze, czasem człowiek to zwierzę, gdy schwytany w sidła zadaje rany i probuje się wyrwać. Wybacz. Wybaczcie. Mam nadzięję że kolejny wpis będzie lepszy, że będzie kolejny wpis, że zagra mi swoją melodię mała smutna pozytywka z saskiej porcelany i wtedy będę mógł napisać najwspanialszą, inspirowaną życiem historię, jaką poznał świat (bo Acocks to cały świat, to znaczy jego centrum, pępek, świat kończy się kilka mil za Birmingham, spadzistym wodospadem urywa się w otchłań, świat to dysk a AG jest jego osią) i wtedy skończy się ból.
 

Monday, 6 July 2015

Kot i wróbelek




Kot i Wróbelek




Fiolet to symbol poszukiwania, wolności i przestrzeni. Osoby lubiące fiolet cechuje zamiłowanie do piękna, powaga, odpowiedzialność, tajemniczość i intuicja. Kolor symbolizuje też rzeczy nadprzyrodzone, jasnowidzenie. Innym znaczeniem koloru fioletowego jest też doskonała miłość.

 Right off the bat I want y'all to know
I'm even better than before.

We're in the 25th hour, its now or never
We gotta get it before its gone forever
Remember, in the end time waits for no man
Whats your plan?
(The time for looking back is done...)


If you 7.30 it mean you crazy
i nie boisz sie śmierci ani śmieci a nawet całkiem fajenie ich udajesz.
Serdeczna dedykacja dla wszystkich kozackich raperów, jesteście wzorem do naśladowania, szczytem kurwa wyrafinowania, widzę ich często, czasem słucham, lecz selektywnie, nieźle myślę, że raperzy to przepaleni egoiści, mitomani z nutą arogancji, czasem odrobinę racji z relacji relaksing respekt przy tym dla graczy, po Miku, Zibim, Bezoce, Cokim, Sawie i wielu innych drabina moich rozmyślań schodzi szczerze szczebel po szczebelku niżej, tam są Jeżyki, kopiisarze, gleby, kurweseny i durne przyśpiewki. Siebie nie zaliczam do ani jednych, ani drugich. Zawsze spadam na szczery rap i miałem dziewięć żyć (zostało siedem). Rzadko mruczę gdysz jestem wybredny. Łażę nocami i wtedy rozumiem, że ten świat jest moim snem, a moje sny rzeczywistością.

Wiesz kiedy zdajesz sobie sprawę że jesteś dobry, tak uparty gdy przy party do muru, to się dzieje wtedy gdy z zazdrości piszą o tobie zwrotki, mam tyle rymów i rozkmin ale nie rozumiem czemu ludzie gadają o tym jak żyję, co z tym tatuśkiem, nie mam ojca, urodziłem się w probówce, znaleźli mnie w kapuście. Opowiadam co nieico Frances przy porannej kawie. Patrzy na mnie i kiedy już mam odejść, woła. Odwracam się napięcie rośnie i słyszę: nie zadawaj pytań jeśli nie jesteś gotowy na odpowiedzi.

Jeszcze bez hd definition na soczewkach - i filmów o filmowcach amatorach terminatorach co za chora faza, kto wymyślił taki film, to musi być film, pojebany film - na Solihullu, upalny dzień, przez raybany nie widzę oczu, więc skupiam się na nogach, przechodzące młode piękności, według jakich kryteriów ocenić czy kończy na jest ładna, czy ludzie mają wbudowany w oprogramowanie estetyczny zmysł, który podpowiada, że takie, a nie inne zakrzywienie łydki jest kuszące? Potem idzie, a raczej kuśtyka dziadek z laską i chociaż nie widzę nic, widzę ten kontrast, piękna i brzydoty jak czysta brudna prawda. Dzisiaj tutaj nastał czas na rymowany bełkot ten kot to symbol, chyba jednak nie chciałbyś żeby ktoś położył ci na oczy obol, bo tyrasz jak robol morony naokoło więc hejtuje naokoło jak wszyscy. Tak to już jest, prawo dżungli i gadają osobie nawyzajem jak papugi jak się nudzi więc u ludzi trzeba fason mieć. Zachowywać się z kulturą i klasą. Ta. Mina i spina to od spida do tego dotykam dna, najgłębiej, tak? Podobno mogę dotknąć sedna, dotknąć serca, głębiej sięgać. Już raczej pomimo tego zderza się że jak ktoś się sadzi jest przesadzony, bo to fenomenomeloman od fejmowych pseudo gwiazd dystans lat świetlnych
Księżyc, pełnia wyprzedzam ich o eon neonowe lowelasy
Rzucam wam flejm gorętszy niż Neron na Rzym
Weź może włącz akordeon i żebraj do czapki po lajki
Sezonowe groteskowe modne pokraki
Moje kawałki odetną tlen ot waszych tchawic
Ot co moje flow może te twoje expert expose rozwalić
Poczuj haj jakiego nie dadzą dragi
Jakiego nie da Gabi
Wyżej niż Gagarin
Lub daj się zabić
Nawiń to, daj im flow
Dziś jest czas by wziąć was za karki kartki monitor piata rano zgon i co

(Dwunasta Rano)

Skoro już jesteście tutaj, za kulisami, gdzie widać od drugiej strony że kurtyna jest wyblakła, ma zacieki, nie ma dupeczek ale jest biurko, głośniki, mój burdel, kubki po kawie, kartki, pis(m)aki, płyty i książki, opowiem nieco o technice składania rymów. W powyższym tekście używam następującego patentu ® : sylaby w wersach powtarzają się naprzemiennie, w tym wypadku o-e-o-e i tak dalej, później jest rym kończący. Używam okazjonalnie takiego zagęszczenia rymów i z tego co wiem nikt wcześniej nie robił tego w ten sposób, a jedynie eksperymentowali z tą techniką Big Pun i 3w. Na głos brzmi to jak rymowana mozaika, powalający efekt. Gdzie ten jebany mikrofon... mam ze 32 wersy do nagrania. Jak któryś mi ten patent podpierdoli, zabiję. Odwiedzę w łóżku o 7:30 rano.
Chociaż nie, jest ktoś lepszy. Oto wersy Popka z Napadu na Bank: Podchodzę do kasy, kopytem celuję w pysk
i mówię habarala habarala hesk. Nie ma co. Popek jest królem rapu i składa pokurwione technicznie rymy, x razy lepsze Od reszty Grajków. Do tego nawija w trzech językach: po polsku, angielsku i albańsku. To chodzący monolog poligloty.

O wróbelku (...)

Numerologia, lekcja druga: zaczynam zauważać numer trzydzieści dwa na zagarach, telefonach, billboardach i autobusach. Mam tak przez ponad tydzień, od czwartku do niedzieli, lecz później wszystko wraca do stanu chwiejnej równowagi. Nadal jem byle co, palę jak smok, czasem władam nad stołem. Nadal żyję, a gdy freestyluje mają miny jakby 'to tak się da?'. To co siedzi we mnie jest chore. I dobre.
Skoro kluczowe numery-symbole mają swoje znacznie, logicznym wydaje się wniosek, że niektóre mają też swoje odwrotności. Dla przykładu: dom zamieszkiwany przez Kamila i kilka całkiem niezłych dziewuch nosił numer 63. A co z odwrotnością śmierci, numeru 37?

Fleszbek: jest niedziela i w doborowym gronie jedziemy do baru z bilardem i ping pongiem. Jest nas szóstka i to wydaje się właściwa liczba, tak samo jak skład wydaje się tym optymalnym, bo chociaż nie mówimy pewnych rzeczy na głos, mam przeczucie jakby elementy układanki zaskoczyły w całość. Dopiero później pojawia się myśl, że wszyscy z nas to romantycy/czki. Szczęśliwa czwórka i dwóch podłamanych.
W barze jest automat mierzący siłę w łapie (zwany gruchą, ja nie mogę pojąć czemu). Wyobrażam sobie scenkę w głowie i napierdalam. Za pierwszym razem wychodzi 737. Za drugim 730.

Fleszbek: Siedzimy, już w innym składzie, w kręgu, zieleń naturalnie chłodzi, choć trawa pamięta jeszcze upał sprzed kilku godzin. Powoli robi się ciemno. Spliff trafia w ręce Jacka, wariata z Lubina, a ten Odpala Gasnącego skręta, poprawia bejzbolówkę i już widać że jest jakaś wkręta.
Mówi: miałem te dwudziestki, całe pliki. Płaciłem za nie siedem piendziesion. Wszystko było: prasa, lanie wodą, matryce, nawet nieźle to szło ale później mieli skopać ogródek, a że im się nie chciało, znaleźli jakiś bezdomnych, lokalnych żulionerów i im kazali to zrobić. Zapłacili im tym banknotem, a potem jak robotę wykonali chcieli się napić, a wtedy ich capneli. Wyśpiewali wszystko a tamtych zamknęli na osiem lat za pezet.
Tacy biedni, tacy bezbronni, tacy bezdomni, Jacek bombi umysły wszystkim tą historią jak graf, a siedzimy w parku, na samym środku, nie chwal dnia przed zachodem słońca lecz ten akurat był niezły. Wracamy na tą ławkę co zawsze, jestem ślepy bo geesy były dobre a długi czas ich nie było, lecz kontaktuje na tyle żeby skumać że dostałem ksywę Andrzej, jak Silny z Wojny Polsko Ruskiej. Nawet Zet Ordynarnie Gada, Andrzej to, Andrzej tamto.. wyłaniam się zza okularów i mówię, że w takim razie chyba mamy dziś Andrzejki.
Wcześniej tego dnia pożyczam od Jacka dwie dychy, tym razem fioletowe. Szybko przeznaczam połowę na szczytne cele. W piątek okazuje się że nie dam rady oddać sumy, to będzie musiało poczekać do następnej wypłaty. Frances patrzy podejrzliwie czy mam obiecany dwutygodniowy rent i nie przejmuje się że zęby wbiję w ścianę. Franca czasem dość dobrze udaje zmarszczoną wiedźmę na skraju menopauzy.
W sobotę spotykam Jacka pod numerem pierwszym, w obskórnym pokoiku który niegdyś nazywałem własnym. Nie jest już tak miły jak wtedy. Gdy grasz w speed ponga, zwłaszcza pożyczoną paletką, nie należy zapominać o zasadach typu mów co i jak, że paletka będzie potrzebna jeszcze przez tydzień. A jednak jestem pijany i na haju i choć wiem że odjebałem, nie daje sobą pomiatać, kłócę się w samoobronie. Dołącza do niego Iwo (ma akurat okazję, a znielubił mnie za bezczelność no i jest hejterem, a szkoda, bo pewnie zna sporo historii) i nagle jest dwóch na jednego, a gdy w grę wchodzi ćpanie, to nie jest dobry układ. Bo kiedy już myslisz że uspokoiłeś jedno ego, drugi nakręca dym od nowa.
Dochodzimy do chwiejnego chmielnego porozumienia, więc czas na lustereczko powiedz przecie, kto dzisiaj lata na fecie, ciach bajera i schodzimy na dół.

Na dole melanż; młodszy Zet gada z Jankiem i Odbija Goude. Są dziś urodziny Huberta, razem z Klaudią stoją na ogródku. Pod wieloma względami są idealnym związkiem, przynajmniej w moim przekonaniu. Wiecie o co mi chodzi. Hubert jako pierwszy odpala blanta solenizanta, dookoła lata Chico aka Idefix, poczciwy kundel o niespożytej energii. Jego szanse na przeżycie tej nocy to mniej więcej pół na pół.

Czy powiedziałem idealny związek? Pojawia się kolejna para. Nazwijmy ich Pałulina i Krzyżniósł. On również ma urodziny, ale jego uśmiech bardziej przypomina grymas bólu, widać że wypił już sporo goryczy, o dwie lub trzy lufy za dużo. Ona zachowuje się swobodnie, pijana zdarza się że sama nie wie czego chcę, zgadza się? W tle jakaś nuta, palimy bucha, w powietrzu unoszą się ciężkie opary ztrawy, coś jak chmura, a gdyby spuściła deszcz byłby zatruty, pełen zarazków, trzeba uważać na mikroby, krążą i szukają ofiary a później można zachorować. A przecież jestem niemal czysty, chodzący antydotyk. I nie zderzaj się ze mną bo jeszcze dojdziesz.

Jestem już pijany więc towawszysko wydaje mi się jeśli nie naturalne, to co najmniej do przyjęcia. To jak u rodziny, a tej się nie wybiela. To już ten etap gdy każdy ma odrębną fazę, niektórych chwytają w swoje szpony szydera i dwuznaczność. Dodanie 'kurwa stary' albo 'kurwa człowieku' albo 'cipowiem' jako przecinek zawsze sprawia, że słuchacz nabiera uwagi i szacunku, prawda? Nie bawię się w to, znam zasady lecz je pierdole, jestem poza tą gierką. Na studiach ludzie byli inni, o wiele bardziej miękcy, ale kulturalni, umieli się wypowiedzieć, albo chociaż cisnąć z większą finezją. Nie dziw się że traktuję cię zimno jeśli nie umiesz wznieść się ponad złośliwość. Też nie jestem bez winy, ale jeśli ktoś jest niewinny, niech pierwszy wypluje kamień. Cierpliwości, cipo?wiem że czas ci pokaże kto jest kim.

Fleszbek: niedziela, powrót z baru, mówię że zaczynam ostatnio dostrzegać wokół same dwuznaczności i sugestię, jakbym jasno widział myśli innych ludzi. Hubert pyta skąd się to wzięło. Mówię że po prostu wskakuję na kolejny level. Na co młodszy Zet mówi że cipowiem że nawet Mario Bros mógłby cię przeskoczyć. Fajna metafora. Hubert pyta, czy czasem nie zjadłem za dużo grzybków? Na co odpieram że nie lubię much, humorów, ani muchomorów, ani sromotników i tak dalej.

Na kaca oglądam Donniego Darko. Dobre, mroczne kino, film opowiada o schizofrenicznym dzieciaku-lekomanie, który od czasu do czasu widzi wymyślonego przyjaciela, dwumetrowego królika o imieniu Frank. Pewnego dnia królik oznajmia, że do końca świata zostało dwadzieścia osiem dni... i wszystko będzie jasne, róże czy jednak chryzantemy, porywająca idea, nie sądzisz?

Ja nie sądze ani nie oceniam, jestem tylko narratorem. Choć neutralny narrator to paradoks, bo opisując wydarzenia, mam wpływ na przyszłe wydarzenia. Nieważne. Dzięki temu nie mam chwilowo ochoty na zażycie całej szafki depresantów.

Zamierzam opublikować ten tekst dopiero jak już dostanę nagrania od Biegana. Żebyś wiedział że punktuje tak jak wy mnie. Prawo dżungli.

Albo jebać to. Cierpliwość nagranicę. Co było a nie jest.

I tak siedzę na tej ławce, odciety od świata za wyjątkiem sygnałów kaszlo-dźwięko-naśladowczych i czekam na busa. I na cud.

I tak tylko sobie myślę o zwrotce którą napisałem bo nie spałem.

I do roboty.


Thursday, 2 July 2015

Rzeczywistość na wynos

Rzeczywistość to jest coś, co nie znika, kiedy przestaje się w to wierzyć.
Poeta to taki, co umie w ładny sposób być nieszczęśliwy.
Jak się tak leży godzinami w nocy, to myśleniem można zajść bardzo daleko i w bardzo dziwne strony, wiesz...

(Surrealistyczne myśli; Back in de dejs)

 Ze specjalną dedykacją dla ś.p. Stanisława Lema i Phillipa K. Dicka.

 

 Rzeczywistość na wynos


1.


Przerwa na reklamy:


Pragniesz mieć swojego smartfona zawsze przy sobie? Mieć dostęp do Internetu, aplikacji i najnowszych gier w rozdzielczości HD w ułamku sekundy? A może tęsknisz za Ziemią i chciałbyś rozmawiać z bliskimi twarzą w twarz? iEye, rewolucyjny implant z serii augmented reality odmieni Twoje życie. Stań oko w oko z nieograniczoną swobodą. Uwaga: bateria atomowa gwarantuje zasilanie przez pięć lat. Przed użyciem skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.


***

Teleportacja dla firm! Idealne rozwiązanie dla każdego ambitnego przedsięwzięcia. Zastąp męczące delegacje na drugi koniec świata komfortową podróżą w mgnieniu oka! Dzięki przystępnym cenom zaoszczędzisz czas i pieniądze nie niszcząc środowiska. Dołącz do tysięcy zadowolonych klientów już teraz!

***

Człowiek od zawsze chciał sięgnąć gwiazd. Dziś w epoce Kolonizacji realizujemy to marzenie. Jesteś zmęczony szarą rzeczywistością, potrzebujesz przygody i inspiracji? Podróż w kosmos może być tym czego szukasz. Pomóż ludzkości wykonać następny krok w ewolucji i zgłoś się do najbliższego Urzędu Kolonizacji. Oferujemy pracę w nowoczesnych, rozwijających się koloniach na Marsie i Księżycu. Dodatkowo, wyselekcjonowana grupa szczęśliwych ochotników otrzyma szansę na udział w misji badawczej do najdalszych zakątków Układu Słonecznego.


2.


Michał dotarł pod budynek Urzędu Kolonizacji w Birmingham przed czasem. Gmach wznosił się na ponad sto pięter i poprzez gęstą chmurę pyłu i smogu zalegającego miasto nie był w stanie zobaczyć go w całej okazałości. Z powolną dokładnością skręcił papierosa. Zapalił, świadom krzywych spojrzeń mijających go przechodniów. Jedni z drogimi nanofiltrami na nosach, inni bez. Tych drugich, kaszlących, nie było dużo, bezpośrednie wdychanie miejskiego powietrza o tej porze dnia było samobójstwem. Kubusiowi przydałby się taki filter - pomyślał z goryczą.

Wyrzucił niedopałek i próbował otrzepać nieco zakurzone ubranie, bez skutku. Przy wejściu powitały go bramki bezpieczeństwa.

-Proszę stanąć w pozycji wyprostowanej - kazał bezosobowy głos z głośnika. -Skanowanie siatkówki. Jeśli posiada pan iEye lub inne urządzenie blokujące dostęp do pańskich oczu, proszę je wyłączyć.

-Nie mam - powiedzał Michał.

-Proszę spojrzeć w stronę czerwonego światła na monitorze.

Zobaczył krótki, nieprzyjemny błysk. Miał straszną ochotę mrugnąć

Bramka otworzyła się.

-Panie Gołębiewski, proszę pójść do windy numer 8. Urząd Kolonizacji życzy panu miłego dnia

-I nawzajem - odparł, ale automat rozpoczął już obsługę następnego klienta. Gdzieś z boku ktoś krzyczał:

-Czemu wstęp wzbroniony!? Wpuść mnie ty jeba...

Błysk czerwonego światła i głos ucichł. Michał nie oglądał się, nie interesował. Nie było sensu. Był w Urzędzie już dwa razy i widział takie sytuacje. Mogli odmówić dostępu z różnych powodów. Pirackie implanty, zarejestrowana wada genetyczna lub ciężkie wykroczenie w aktach oznaczały z miejsca dyskflalifikację.

Windy były jednoosobowe i klaustrofobicznie ciasne. Poczuł lekkie szarpnięcie i kabina oznaczona osemką ruszyła w góre. Nie był w stanie ocenić jej szybkości i trwało to może dwadzieścia sekund kiedy zatrzymała się i szarpnęła znowu, tym razem do przodu, w głąb budynku.

-Proszę wejść w drugie drzwi po pańskiej lewej - rozległ się głos, identyczny jak na dole. - Jest pan spóźniony o dwie minuty.

Czyżby słyszał nutę nagany? Chyba mu się zdawało. Posłusznie znalazł właściwe drzwi, zapukał i otworzył.

W porównaniu z monotonią laboratoriów, gabinet był niemal ekstrawagancki. Meble z drewna wyglądającego na prawdziwe, gruby, miękki dywan i okno wyglądające na, co prawda, niezbyt piękną panoramę. Znajdował się wysoko. Nadzieja zakradła się w myśli. Może mi się udało. Może się dostanę. Za szerokim biurkiem siedział człowiek, co już było dobrym znakiem.

-Niech pan siada - wskazał gościowi krzesło. -Jestem doktor Kelly , koordynator Kolonizacji. Na moment spojrzał na Michała, który dostrzegł nienaturalny błysk. Zapewne iEye. Potem Kelly spuścił wzrok i zajrzał w papiery.

-Mi-chau Go-łe-bie-ski - wydukał - lat dwadzieścia osiem, rasy kaukaskiej, kraj urodzenia: Polska, niech spoczywa w pokoju. Przeżył pan wybuch?

-Nie, osiedliłem się tu wcześniej. Z żoną.

-Szczęście - powiedział K i wyłamał palce. - Mamy tu sporo Polaków, ale żadnego jeszcze nie wysłaliśmy tam, na górę. U większości już pierwszy test jest oblany przez alkoholizm.

Michał milczał.

-W każdym razie pana to nie dotyczy, jeśli wierzyć wynikom. Żadnych chorób, problematycznych genów ani uzależnień, do tego ponadprzeciętny refleks i IQ... zaraz, 121, metodą Hoffa. Jak na razie dobrze. Istnieją za to uzasadnione postawy, do pańskiej, jakby to nazwać, małej elastyczności ideologicznej. Jak mniemam, nigdy nie miał pan implantu?

-Nie - odparł. - Zawsze uważałem, że nie ma takiej potrzeby.

Już wiedział, gdzie ta rozmowa będzie prowadzić.

- W 2087 roku został pan zwolniony z Shell Atomics za brak zgody na modyfikację skórną, do ochrony przed promieniowaniem. A także obrazę i atak na przełożonych. Ma pan skłonności do przemocy i gwałtownych zachowań? -spytał Kelly, wyłamując znowu palce.

-Jeśli za atak uznać uderzanie twarzą w buty osób w kółeczku, to tak.

-Rozumiem.

Nic nie rozumiał, albo udawał. Połowa długoletnich pracowników Shell Atomics była bezpłodna. Druga połowa, ta która zgodziła się na mieszanie w komórkach skóry, przez oszpecenie już nigdy nie miała znaleźć partnerki. Ale o tym nie wolno mu było mówić. Takie były reguły gry.

Doktor westchnął.

-Zatem od trzech lat jest pan bezrobotny, na utrzymaniu ma pan żonę, Mo-ni-ka i syna, Kuba, lat cztery. Syn, zaraz, tak, rozedma płuc. Ciężki przypadek, spowodowany zanieczyszczeniem, niemal nieuleczalny, za wyjątkiem, rzecz jasna, pełnego nanotransplantu płuc.

Mimo woli Michał drgnął. Przypomniał sobie twarz małego, wychudzonego Kubusia, kiedy widział go ostatni raz. Miał sine usta, zanosił się ciągłym mokrym kaszlem, który nie ustępował nawet w nocy. Już nawet nie płakał, bo to tylko dodatkowo zabierało mu oddech. Pod pewnym względem to było najgorsze. Już nawet nie płakał. W tym zastąpili go rodzice.

-To nawet dobrze - kontynuował Kelly. Lekki uśmiech nie schodził mu z warg. - W każdym razie to ułatwia mi nieco pracę. Byłby pan zdziwiony, gdyby się dowiedział jak dużo dostajemy osób ze skłonnościami samobójczymi. Czemu nie, mówią sobie, pójdę pod skaner, teleportuję się i trochę przemęcze w kolonii, a po powrocie będzie na mnie czekała niezła sumka. No a jeśli się nie uda, wystąpi błąd, to trudno, szast-prast i po krzyku, nawet niczego nie poczuję. Pana to nie dotyczy. Pan, jestem niemal pewny, zrobi wszystko żeby wykonać zadanie, prawda?

Nabija się ze mnie.

Skurwiel.

Spokojnie, musze, muszę być spokojny.

Chyba jednak zdradził się, bo Kelly nagle sięgnął do szuflady. Michał zmrużył oczy, czekając na strzał, alarm albo inną z niespodzianek z wyższych pięter, ale doktor wyciągnął tylko niegroźną paczkę Cameli.

-Wygląda pan na zdenerwowanego, papierosa?

-Nie, nie mam ochoty.

-Kłamie pan - uśmiech się poszerzył.

-Aj Aj ci to powiedział? - warknął Michał.

-Oczywiście. Nie każdy jest tak uprzedzony do wynalazków jak pan. Analizując pański głos i mięśnie twarzy iEye stwierdził z 99.6% prawdopodobieństwem, że nie mówi pan prawdy. Na przyszłość radzę tego unikać. - Podał mu papierosa i pstryknął palcami. Na jednym z nich pojawił się płomyk, który podstawił mu pod nos. Usiadł z powrotem, dmuchnął i z głośnym trzaskiem wyłamał dopiero co zgaszony palec.

-Tania sztuczka - prychnął Michał.

-Może i tak. Ale wróćmy do tematu. Nie dla pana, Go-łe-bie-ski, opieka nad ogródkami w koloniach, mamy coś lepszego. Jest pan bardzo blisko znalezienia się na podstawowej liście na skanowanie za trzy dni. Pańskie ciało zostanie zniszczone na Ziemi i skopiowane do jednostki w okolicach Ganimedesa, jednej z najdalszych stacji w Układzie Słonecznym Nie wymagamy od pana zrozumienia pełnego procesu teleportacji.

-Nie wymagacie, czy nie chcecie?

-Ależ to żaden sekret. Wszystko jest zawarte w literaturze fachowej. Ale pańska pamięć będzie lepiej użyta gdzie indziej. Od jej jakości będą zależały szanse powodzenia kolejnych ochotników. Odkrywamy kosmos za pomocą swoistej sztafety. Będzie pan jak kamyk rzucony do strumienia, po którym można przejść, żeby rzucić następny. Chociaż cała materialna esencja zostaje powielona, obiekt musi mieć dokładny obraz miejsca docelowego, żeby dotrzeć w całości. To znaczy będąc ciągle sobą. Świadomość i pamięć są cały czas dostępne, nawet w momencie kiedy oryginał kurczy się do rozmiarów subatomowych. Nie wiemy czemu tak się dzieję, być może to jak ból w nodze, który zostaje nawet po jej amputowaniu. Tak czy inaczej, paliwa na statku pownno starczyć na rok. W tym czasie powinien pan dokonać rozeznania w pobliżu jednego z kraterów Ganimedesa. Zrobić zdjęcia, ale przede wszystkim zapamiętywać, zapamiętywać jak najwięcej.

-Jakie są... - przełknął ślinę. - Jakie są szanse niepowodzenia? Myślał o historiach jakie krążyły o tych którzy wrócili z misji upośledzeni, jako inwalidzi, lub nawet w syjamskim połączeniu z innym astronautą. Albo nie wrócili w ogóle. Generalnie przyjęta zasada głosiła że im wiekszy dystans do pokonania, tym większe było prawdopodobieństwo awarii. Miało to coś wspólnego z prawem powszechnego ciążenia; grawitacji - siła przyciągania malała z kwadratem odległości, wiec jeśli podwoić dystans, stawała się cztery razy słabsza, jeśli potroić, dziewięc razy słabsza i tak dalej. Więc im dalej tym większe ryzyko. Mars i księżyc były wystarczająco blisko aby gwarantować udane 'lądowanie', lecz Ganimedes...

-Całkowicie minimalne! - powiedział Kelly, odrobinę za szybko. - Właściwie w granicach błędu statystycznego. Zresztą większość wypadków jest przez czynnik ludzki. Ci którzy nie mogą się skoncentrować, czy to ze strachu czy innych powodów, na danym miejscu, mogą wylądować... niekompletni. Ryzyko oczywiście wpisane jest w wynagrodzenie. A skoro o tym mowa. - Podał Michałowi jeden z dokumentów zalegających biurko.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mu się w oczy była suma. Tak jak obiecywano, za rok z życia miał otrzymać dwadzieścia tysięcy dolarów angielskich. I dziesięcioprocentową zaliczkę. Może niewystarczającą na operację, ale zapewniającą przeżycie i leki na jakiś czas dla Moniki i Kubusia.

-Kiedy pan skończy, proszę podpisać, o tu i tutaj. Jeśli będzie pan miał jakieś pytania lub wątpliwości, to ostatni moment żeby się wycofać. Chociaż w pańskim przypadku... - wyłamał palce.

Michał podpisał, bez czytania.


3.


W dzień odlotu obudził się dziwnie zmęczony i obolały. Do tego całe ciało go swędziało. Pewnie efekt tych wszystkich kabli, pomyślał, zdejmując z głowy elektrody. W czasie snu został, komórka po komórce, zapisany w pamięci potężnego kwantowego komputera. W zamian za woreczek z tytoniem, którego i tak już nie będzie potrzebował, jeden z techników wyjaśnił mu to, co i tak sam podejrzewał. Człowiek, który wyjdzie z drugiego końca maszyny na orbicie Ganimedesa będzie identyczny z tym który położył się zeszłej nocy w białym, sterylnym pomieszczeniu mieszkalnym na jednym z wyższych pięter Urzędu. Zmiany w pamięci z dzisiaj zostaną, te na ciele, już nie. Przypomniało mu się porównanie Kelly’ego o amputowanej nodze. Mógłby ją sobie odciąć, a za kilka godzin odzyskać, jak gdyby nigdy nic. Jednak jakoś go to nie kusiło. Może zrób z nóg lepszy użytek i idź się wysikać.

Tak też zrobił.

W łazience zaskoczyła go kartka przyklejona do lustra. Dwa słowa krzyczące: ZA TOBĄ.

Nadal ledwo rozbudzony odwrócił się i wtedy coś ukłuło go w kark. Przypominało żądło osy albo pszczoły, ale przypomniał sobie, że ostatnia pszczoła wyginęła trzy lata temu. Pomacał z tyłu głowy, ale nie było opuchlizny i ból minął. Tylko drobny ślad krwi został na palcu. Zerwał kartkę. Na drugiej stronie narysowana była uśmiechnięta buźka. Ha-ha-ha. Tu u Kolonizatorów mają świetne poczucie humoru. Wyrzucił kartkę do śmieci, zrobił, co miał do zrobienia i wrócił do pokoju.

Przez telefon zamówił śniadanie, ale kiedy przyszło, prawdziwe jajka, bekon i tosty, naszła go refleksja. Co teraz jadła jego rodzina? Mleko w proszku, pigułki zawierające skoncentrowane minerały i witaminy, może, jeśli Monika miała szczęscie, dostała coś ze sklepu na zeszyt. Jeśli ten cały kosmiczny biznes nie wyjdzie, jeśli coś mi się stanie, będzie dla niej tylko jeden sposób. Stracił ochotę na jedzenie.

Czekając na wezwanie, próbował zabić czas. Wyglądał przez okno, ale brud i nędza były widoczne nawet z tak wysoka i ten widok przygnębiał go. W końcu zajął się gazetą sprzed paru dni. Pisali głównie o terrorystach, grupach ekstremistów dla których teleportacja i kolonizacja innych planet były grzechami śmiertelnymi. Pomijając święte pisma, ich logika opierała się na stwierdzeniu, że proces unicestwienia oryginału aby odtworzyć kopię na drugim końcu niszczy duszę i dlatego jest morderstwem. W opozycji arcybiskup Musayimi, który sam odbył podróż, zapewniał, że teleportacja nie jest zbrodnią, lecz zmartwychwstaniem. Gazeta była stara, ale Michał wiedział, że Musayimi zginął dzień później w zamachu. Obecnie podejmowane były próby odtworzenia go z informacji przechowywanych przez komputer.

Oprócz gazety miał też torbę, jedyny przedmiot który wolno mu było przenieść ze sobą. Miał tam kilka zmian odzieży, zapewnione przez Urząd, bo sam miał tylko jedno ubranie. Ironia, tysiące kilometrów od jakiejkolwiek cywilizacji miał żyć bardziej higienicznie niż na Ziemi. Otrzymał również kieszonkowe, elektroniczne cudeńko, zdolne odtworzyć, w formie holograficznej, tysiące książek i filmów, od Alicji w Krainie Czarów do Zboczonych Lesbijek.

W ciągu pół godziny niemal zapomniał o kartce i żarcie w łazience. Tymczasem nanorobot, potocznie nazywany, nomen omen, Pszczółką, wykonywał zadanie w jego krwioobiegu. Rozmnażał się w imponującym tempie, zużywając energię żywiciela. Około pierwszej po południu Michał odzyskał apetyt i wyczyścił zawartość talerza. A potem zamówił i skonsumował drugi, sam dziwiąc się swojej łapczywości.


***


Z niewidocznych głośników, ten sam dobrze znany mechaniczny głos oznajmił:

-Proszę zabrać swoje rzeczy i skierować się do sali skanowania. Urząd Kolonizacji życzy miłej i bezpiecznej podróży. Proszę zabrać swoje rzeczy i skierować...

To już. Po dniach wyczekiwania i przygotowań w zerowej grawitacji nie czuł się wcale gotowy.

Nogi miał jak z waty, ale zwalił ten objaw, w innych okolicznościach niepokojący, na nerwy. Kolejna winda zabrała go na miejsce. Myślał, że w końcu zawiezie go na sam szczyt, ale zamiast tego pojechał w dół. Instynkt mówił mu, że pod ziemię. Widać budynek był jeszcze większy niż widać było z zewnątrz. Kto wie, może te sto pięter było tylko wierzchołkiem góry lodowej.

Wszedł do ogromnej, jasno oświetlonej sali, gdzie krzątało się całe mnóstwo techników. Jak w ulu, wszyscy znali swoje miejsce i poruszali się w zgranym rytmie. Na środku umieszczono kopułę, gdzie, już niedługo, zakończy swój pobyt na Ziemi. Szukał znajomych twarzy. Przy jednej z maszyn stał Kelly i skinął mu głową, wykonując ironiczny gest ręką. Voila, zdawał się pokazywać.

Jeden z technicznych podszedł do niego. Był to ten sam, od którego kupił informację o skanowaniu poprzedniej nocy. Jak on się nazywał? Carlos? Na pewno coś latynoskiego. Spojrzał na tabliczkę i odczytał imię Carlo. Pismo wydawało się znajome.

-Zanim wejdziesz do komory musimy jeszcze zrobić próbkę krwi - powiedział z mocnym akcentem.

-Po co? Myślałem, że w nocy...

-Nie jesteś tu od myślenia. Za mną.

Poprowadził go z dala od reszty kolegów i dyskretnie wbił igłę w ramię. Krótkie ukłucie i było po wszystkim, ale to przypomniało Michałowi scenę z przed kilku godzin. I już wiedział skąd zna jego pismo. Spojrzał technikowi w oczy i widział, że tamten wie, że on wie. W głowie szukał możliwego wyjaśnienia sytuacji i już otwierał usta kiedy Kelly położył mu ręke na ramieniu.

-Nie mamy czasu na gadanie, zapraszam do maszyny. Tuż przed wejściem radziłbym jeszcze raz spojrzeć na hologram miejsca dolelowego. Sam pan wie, że sukces podróży zależy od tego.

Michał spojrzał jeszcze raz na Latynosa. Strzykawka zniknęła, a twarz nie zdradzała absolutnie niczego.

-Znam to miejsce na pamięć - powiedział w końcu.

-Świetnie. Więc chodźmy.

Po drodze zatrzymali się przy jednym ze stanowisk. Ludzie przy monitorach uważnie śledzili wykresy na ekranach.

-To może pana zainteresować - zagaił doktor. - I dodać odwagi. Linie odpowiadają zakłóceniu pola elektromagnetycznego przez pański powrót za rok.

-Powrót? Przecież jeszcze nawet nie wyruszyłem.

Kelly wzruszł ramionami.

-W świecie kwantowym dzieją się różne dziwne rzeczy. Przyczyna nie zawsze poprzedza skutek.

-To znaczy, że teleportacja się uda?

-Tego nie wiemy na pewno, ale odczyty są dobre. Powiedziałbym, że to bardzo prawdopodobne.

Faktycznie poczuł się nieco lepiej. Jeśli miał wrócić, to może incydent z technikiem nic nie znaczył. Może to była zwykła próba wyłudzenia DNA.

Doszli do kopuły. Kelly wyciągnął mu ręke na pożegnanie, ale Michał ją zignorował

-Tutaj się rozchodzimy - kontynuował doktor, niezrażony. - Od tego momentu nie mamy z panem łączności. Zmniejszanie to niesamowity proces, będzie pan pod wrażeniem. Ale proszę nie tracić koncentracji i nie zwracać uwagi na rozmaite zmysłowe fantomy. Niech Ganimedes nie opuszcza pańskich myśli. Zyczę powodzenia.

Wszedł do środka komory. Ściany lekko drżały, a powietrze było ciężkie i miało posmak ozonu, jakby zbliżała się burza. Nie było widać, co dzieję się na zewnątrz. Położył torbę na podłodze i wyobraził sobie kosmiczną scenerię: Jowisza i jego księżyce: Io, Ganimedes i Europę. Na pierwszym planie malutki statek oznaczony angielską flagą.

Nagle w głowie zabrzmiał dźwięk, przypominający dzwiękowe sprzężenie. Chociaż trwał tylko chwilę, był bardzo nieprzyjemny. Wtedy usłyszał głos.

Ale masz zaśmiecony mózg. Wstydziłbyś się.

Co jest!? - pomyślał. Kim jesteś?

Nie żadne kim, tylko czym. Jestem Pszczółka. A ty jak się nazywasz?

Kurwa, wariuję.

Możliwe. Z takim śmietnikiem w głowie to nic dziwnego. Ale ja jestem prawdziwa. Ugryzłam cię w kark dzisiaj rano. Wiesz, mógłbyś częściej ćwiczyć i przestać palić. Wy, ludzie, kompletnie nie umiecie o siebie zadbać.

Zrozumiał. Wprowadzili mu coś do organizmu, prawdopodobnie wirusa.

Dobrze. Jestem wirusem. Mój właściciel to bardzo ważny człowiek. I muszę powiedzieć, że ma dużo lepszy gust od ciebie.

Pojawiło się wspomnienie. Jego pierwszy raz z Moniką. Było lato i miała cudowny strój kąpielowy który nie pozostawiał dużo wyobraźni. Wtedy oboje jeszcze byli młodzi. Jej głos, jej głos...

PRZESTAŃ! Wynoś się, robaku!

Ej, ej. Nie tak ostro, koleś. Mogłabym zesłać gorsze wspomnienie. Najgorsze. Albo nawet nie wspomnienie, tylko torturę, trucizna na przykład. Co ty na to?

Poczuł w ustach smak gorzkich migdałów, wyraźną groźbę.

I co, nie jesteś ciekaw dlaczego tu jestem?

...

Oj, nie obrażaj się. Sama ci powiem, chociaż w końcu byś się domyślił. To nie ma z tobą nic wspólnego, jesteś tylko pionkiem. Dzięki tobie nasz człowiek mógł wprowadzić rozwiniętego wirusa do głównego komputera. Obawiam się, że podróż się nie uda, przykro mi. Ale jeśli cię to pocieszy, przez długi czas nikt nie będzie się stąd teleportował.

Kolejna wizja. Obraz na monitorze, ten sam, który wcześniej oglądał z Kellym, zanika. Ostry wierzchołek, przepowiadający jego przyszłość, rozpada się, spłaszcza w linię ciągłą. Prawdopodobieństwo powrotu: zero. Technicy patrzą z niedowierzaniem, twarz doktora zamienia się w maskę zaskoczenia.

Michał rzucił się w kierunku gdzie było wejście, ale teraz napotkał tylko gładką, jednolitą ścianę, wibrującą od zmagazynowanej energii.

Nie panikuj. Już nic nie można zmienić. Patrz dalej.

Na sali precyzję i porządek zastępuje chaos i bezradność. Nikt nie zauważa nieobecności Carlo, zresztą niewielu go zna, pracuje tu dopiero od miesiąca. W tej chwili jest zajęty blokowaniem dróg ucieczki. Tysiące nanorobotów wprowadzonych do systemu niszczą co się da. Miliardy dolarów i lata pracy unieważnione przez jeden akt terroru. Jedna z maszyn eksploduje.

Powinienem się bać. Zaraz umrę. Ale nie było strachu, tylko rezygnacja i świadomość własnej winy, co było jeszcze gorsze. Myślał chłodno. Nie powinien lekceważyć ugryzienia, ani późniejszych objawów. Okazał się lekkomyślny, zawiódł swoich bliskich, tak jak zawodził ich przez lata przez bezsensowny upór, przez wierność staromodnym ideałom które nie miały miejsca bytu w tym świecie, a na samym końcu zawiódł siebie. A do tego miał umrzeć z tym irytującym pasożytem w głowie.

Pszczółką. Głos był wyraźnie urażony. Nie bądź takim cholernym egoistą. Ja też się poświęcam. Zresztą, spójrz, procesu skanowania nie można zatrzymać, już się zaczęło.

Miała rację. Kabina wydawała się teraz znacznie wyższa, a ubranie wisiało na nim. Wyładowania elektryczne oślepiały. Proces przyspeiszał i po chwili Michał był już rozmiarów ołówka. Obok torba również się kurczyła.

Kelly uprzedzał, że mogę widzieć dziwaczne rzeczy. Może to tylko halucynacja? Z rozpaczliwą nadzieją skoncentrował się na celu podróży. Chcę znaleźć się na statku, dryfującym po orbicie...

Nie chcę być nieuprzejma, ale to bez sensu.

Zamknij się, nie istniejesz.

O dziwo posłuchała, ale miał przeczucie że śmieje się z niego.

Tymczasem widział nad sobą pojedyncze nitki znoszonych spodni. Były ogromne. Nadal spadał w dół, aż otoczyła go ciemność. W końcu została rozproszona przez odległe świecące punkciki. Zbliżali się do nich w zawrotnym tempie, aż dostrzegł, że każdy z punktów to skomplikowana krystaliczna struktura, złożona z solidnych kul.

Widzę pojedyncze atomy - pomyślał jeszcze zafascynowany, a potem zapadła cisza.


4.


Drzwi kabiny otworzyły się i Michał, zaskoczony, poczuł jak jego stopy odrywają się od ziemi. Złapał się krawędzi na wysokości głowy, odepchnął i wpłynął do kajuty jednoosobowej jednostki, niemal identycznej jak makieta treningowa. Urządzona była spartańsko: skafander i pionowa prycza z pasami na jednej ścianie, płaski ekran i komputer kwantowy do celów komunikacyjnych na drugiej. Okno zajmowało trzecią, widok był zdominowany przez majestatycznego Jowisza i nieco bliżej, na pierwszym planie, szarego Ganimedesa. Silniki pracowały.

Czyżby się udało? Nasłuchiwał przez chwilę, ale Pszczółka nie odzywała się, a przynajmniej nie dawała znaków życia. Zastanawiał się, czy mogła być tym zmysłowym fantomem o którym wspominał Kelly. Ale przecież dostała się do jego organizmu jeszcze zanim wszedł do maszyny, co wyjaśniało ukłucie w łazience i dziwne zachowanie technika. To musiała być prawdziwa akcja terrorystyczna, a on dzięki koncentracji wydostał się zanim wszystko spłonęło.

Trzeba się upewnić. Przemieścił się do komputera i spróbował nawiązać łączność z budynkiem Urzędu. Po chwili na ekranie pojawił się Kelly. Z jego twarzą coś było nie tak.

-Co stało się na dole? - spytał Michał. - Kiedy byłem w maszynie, usłyszałem głos i...

-Wiem, wiem - przerwał doktor. - Nanorobot, ominął nasze zabezpieczenia i wysadził wszystko w powietrze. Ale nikt cię nie będzie winić, nie byliby w stanie, bo wszyscy są martwi.

-Więc jakim cudem pan ze mną rozmawia? - już wiedział co było nie w porządku. Z oczu doktora zniknął implant.

-Ja też nie żyję.

-Co?

-Nie było żadnych ocalałych - powtórzył Kelly z lodowatą obojętnością. - Zresztą powiem ci coś. Nie będe już mówił per pan, po śmierci takie formalności tracą na znaczeniu. Tobie też to radzę. Bo widzisz, ty też nie przeżyłeś. Ja, komputer przez który rozmawiamy i kosmiczna panorama za oknem są urojeniem, ostatnim wytworem twojego mózgu w despekackim akcie-

Wyłączył monitor.

Dotykając przycisku zobaczył jego chropowatość. Biel kabiny krzyczała na niego, niemal rozsadzając bębenki.

Boże, mam pomieszanie zmysłów. Na oknie utworzył się napis POMIESZANIE ZMYSŁÓW koślawymi czerwonymi literami. Nagle wróciła ziemska grawitacja i upadł na podłogę. Zerwał się i próbował zetrzeć słowa, ale gdy się zbliżył, szyba rozprysła się na tysiące kawałeczków. Dźwięk rozbitego okna miał gorzki smak. Oczekiwał, że próżnia wyssie go na zewnątrz, ale nic takiego się nie stało. Teraz już wszystko naokoło rozpadało się, łącznie z planetami i księżycami. Zgasło słońce i znowu nastąpiła pustka.

***

Przez bardzo długi czas nic się nie działo. Nie był w stanie zmierzyć upływu czasu, być może mijały sekundy, a być może milenia. Nie czuł ani nie widział niczego; nie oddychał. Oto spełniło się marzenie filozofów o bezcielesnym bycie. Spał, ale nie miał snów.

Czekał.

***

Monika trzymała niemowlę na rękach i karmiła. Siedzieli w przestronnym salonie z rozsuwanym patio. To był ich pierwszy wspólny dom, dobry dom, zanim wszystko zaczęło się psuć.

Ale co miało się popsuć? Był rok 2086, Michał miał dzień wolny od pracy (gdzie osłony przeciwatomowe już zaczynały przeciekać, tyle że nikt nie brał jeszcze zagrożenia na poważnie) i cieszył się czasem spędzonym z rodziną. Miał mgliste wrażenie deja vu, za nic nie mógł przypomnieć sobie o co chodziło.

-Coś ci jest? - spytała i spojrzała na niego. Słońce rozświetlało jej twarz i była piękna, rozpuszczone kruczoczarne włosy opadały na nabrzmiałe piersi. Mały ciągnął z zapałem, oddychał w równym rytmie. Zdrowym rytmie.

-Wszystko w porządku - odparł, nie do końca szczerze, bo jednak coś się nie zgadzało. Wstał i wyjrzał na zewnątrz. Niebo było zbyt czyste. Kwiaty zbyt kwitnące. I tam, czy to wiewiórka między krzakami?

-Nie otwieraj drzwi, przeziębisz go - powiedziała. - Chyba wiem, co cię gryzie, sytuacja w kraju, tak?. Nie martw się, to tylko blef. Nigdy nie zaatakują. Każdy wie, że atak na Polskę wywoła wojnę. Anglicy obiecują wsparcie, Chiny też zadeklarowały pomoc.

Nie odpowiedział. Patrzył na gryzonia przemykającego po trawie. Na moment wszystko się rozmyło.


***

Był wiewiórką. Biegł w kierunku drzewa, czuł z tyłu długi, puszysty ogon. Z łatwością wbiegł po pniu i na gałąź. W jakimś stopniu to istnienie było lepsze, prostsze. Instynkt podpowiadał mu, że teraz należy szukać Jedzenia. Niedługo był czas na Sen i musiał być gotowy kiedy to nastąpi.

(łapiemy sygnał, to chyba ktoś dryfujący)

Przebierał łapkami. Na sąsiedniej gałęzi było Gniazdo i skoczył w jego kierunku. Ogon służył mu do utrzymania równowagi.

(przygotować ciało do przyjęcia gospodarza, przejmiemy go)

W wielkim ceglanym domu mieszkali Giganci. Nie wchodził im w drogę, ani oni jemu, a czasami nawet zostawiali Jedzenie.

(przejmowanie za trzy, dwa, jeden!)

***


Budził się.


5.


Światło jarzeniówek oślepiało, więc podniósł się na łokcie i rozejrzał. Wokół łóżka rozstawiono krzesła. Siedziały na nich postacie w białych fartuchach i maskach. Nie widział dokładnie na prawe oko; obraz zasłaniało mu okno, jak w komputerze. Przeczytał: Pobierane są aktualizację ze strony Apple. Proszę czekać.

-No i jak się pan czuję? - jedna z osób wychyliła się w jego kierunku. Nazwał go w myślach Fartuchem numer jeden.

-N-nie wiem. Byłem wiewiórką.

Zapanowało poruszenie. Rozmawiali między sobą, wyraźnie podekscytowani. Michał natomiast zdziwił się słysząc barwę swojego głosu, był znacznie niższy, niż pamiętał. Podniósł prawą rękę i obejrzał ją. Nie należała do niego, była większa, ciemniejsza i grubsza, poza tym przedramię pokrywały grube czarne włosy. Zdjął kołdrę i przyjrzał się reszcie. Przypuszczenie się potwierdziło, nie był w swoim ciele, chociaż tym razem miał wystarczająco dużo szczęścia, aby skończyć jako człowiek. Niezbyt dobrze zadbany człowiek, pomyślał z niesmakiem. Na brzuchu wałki tłuszczu, do tego wyraźnie śmierdział potem.

Zatem kolejna halucynacja.

-Eee, no tak, wiewiórka - odparł Fartuch numer jeden. - Co jeszcze pan widział? Do dla nas bardzo interesujący temat, nieczęsto trafiamy na dryfujących.

-Na razie widzę jakiś baner. Po prawej stronie.

-Co? Aa, to pewnie iEye. To powinno zająć parę minut. Spieszyliśmy się, żeby znaleźć dla pana jakąś cielesną powłokę. Wiem, że nie jest w idealnym stanie, ale to z Urzędu, z roku na rok obcinają nam dotacje. Ważniejsze jest teraz, żeby pan opowiedział o swoich doświadczeniach. No wie pan, kiedy pan dryfował. Jestem White, a to Brown i...

-Nie interesują mnie wasze nazwiska. Nie jesteście prawdziwi, szkoda czasu.

Popatrzyli po sobie skonsternowani.

-Ależ zapewniam pana, że jesteśmy jak najbardziej...

-Urojeniami mojego umierającego umysłu - znów wszedł mu w słowo. - Już to przerabiałem. Najlepiej wyjdźcie, chciałbym wrócić do żony, bo zapomniałem ją ostrzec. Tym razem będe pamiętał.

Kątem oka zobaczył migający napis: aktualizacja zakończona. I obok: darmowa wersja szczepionki antywirusowej wygasa za 30 dni. Pojawiło się coś w rodzaju systemu operacyjnego, ale nie wiedział co znaczy większość ikon. Za to w lewym dolnym rogu ujrzał coś, co musiało być datą. 6 czerwca 2098, osiem lat w przyszłość? To była naprawdę dokładna iluzja.

Głos zabrał siedzący z tyłu, dotychczas obserwujący. Fartuch numer dwa.

-Najwyraźniej przeżył traumę, za długo krążył w bezcielesnej wędrówce, sam na sam ze swoimi myślami. Nie jest w stanie uwierzyć, że wrócił do świata fizycznego. Podajcie oksytocynę, powinna złamać każdego sceptyka.

-Niczego mi nie podacie. Mogę sprawić, że rozlecicie się na kawałki - groził Michał. Ale tamci już krzątali się wykonując polecenie. Fartuch numer jeden trzymał puszkę aerozolu i potrząsnął ją. Michał próbował go powstrzymać, ale jego ciało było słabe, a ręce nie miały koordynacji. Opadł z powrotem na poduszkę.

Otoczyła go mgiełka niebieskiej substancji. Implant natychmiast wyświetlił komunikat: Uwaga! W pobliżu wykryto znaczne ilości oksytocyny. Okscytocyna: hormon powodujący wzrost zaufania i wrażenie harmonii ze światem. W większych dawkach działa jako afrodyzjak. Swędziało go w nosie i kichnął kilka razy. Kiedy znowu otworzył oczy, ostrzeżenie zniknęło.

Zniknęła też podejrzliwość co do autentyczności pokoju. Lekarze, bo to musieli być lekarze, byli tu żeby mu pomóc, a Michał nie chciał utrudniać im zadania. Z miejsca odczuł poprawę nastroju i uśmiechnął się. Materac, kołdra i poduszka były takie mięciutkie... milutkie, puszyste, zapadał się w łóżko w stanie błogiego rozleniwienia. Wprawdzie zmusili go do przyjęcia środka, ale to wszystko dla jego dobra.

-Czy nadal ma pan wątpliwości, że ja i moi koledzy jesteśmy tu naprawdę? - spytał Fartuch numer jeden. A raczej pan White. Widać było, że dobry z niego człowiek. To znaczy nie do końca było widać, bo połowę twarzy zasłaniała maska, ale Michał był tego pewien. Doktor był jak wszechwiedzący belfer, jak trener szkolnej drużyny, jak Bonus RPK.

-Chyba nie.

Opukał krawędź łóżka. Odgłos był realny, tak samo jak uczucie w palcach. Zresztą pewne rzeczy musiał brać za pewnik, bo jak inaczej miałby funkcjonować?

-Dobrze - odparł White. - Teraz zadamy kilka pytań. Niech pan mówi powoli i dokładnie. Później wypuścimy pana. Zgoda?

Skinął głową.

-Więc zacznijmy od tego jak się pan nazywa i w jakich okolicznościach odbył nieudaną teleportację.

Powiedział im wszystko, a oni nagrywali każde słowo. Działanie oksytocyny osiągnęło apogeum i był szczęśliwy mogąc podzielić się swoją historią. Miejscami musieli wręcz przerywać, studzić jego zapał, zwłaszcza wtedy, gdy zaczął im objaśniać szlachetne motywy terrorystów, a także potrzebę przebaczenia bliźniemu. Kiedy skończył, podziękował im za bycie tak dobrymi słuchaczami i błogosławił swoich opiekunów ruchem ręki. Po kolei wychodzili, szepcząc; nie wzięli krzeseł ze sobą. Ostatni był White.

-Do zobaczenia - powiedział tylko. Zamiast wypuścić go, zamknął drzwi i uzbroił alarm.

Wpływ specyfiku nie był już tak silny i Michał. miał wrażenie, że go oszukano, jednak nie przejmował się zbytnio. Był jeszcze implant; co za wspaniały wynalazek, z dostępem do internetu! Uczył się obsługi urządzenia, przeglądając strony o mistycznej tematyce. Zanim wróciło racjonalne myślenie, zdążył z niezachwianą pewnością uwierzyć, że światem rządzi organizacja Illuminati, mająca kontakt z cywilizacją z Alphy Centauri.


***


Wylewność sprzed paru godzin wprawiała go w obrzydzenie. Nie miał też najmniejszej ochoty dziękować komukolwiek.

Doświadczenie z hormonem sprawiło, że postanowił uwierzyć, że wrócił jakimś cudem do realnego świata. Skonsultował się z iEye, a ten potwierdził, że były udokumentowane przypadki 'dryfujących', czyli ludzi, którzy teleportowali się donikąd, a ich niematerialny pierwiastek błąkał się, dopóki przypadkiem nie napotkał czujników skanerów. Miał ochotę sprawdzić kulisy katastrofy, a także co spotkało Monikę i Kubę, ale na to przyjdzie jeszcze pora. Lada chwila jego 'wybawcy' mogli wrócić i nafaszerować go czymś gorszym.

Należało ustalić jakiś plan działania. Było jasne, że nie mieli zamiaru go wypuścić, przynajmniej na razie. Nikt nie przyjdzie na pomoc; zapewne był oficjalnie uznany jako martwy. Pokój nie miał okien, więc jedyna droga prowadziła przez drzwi. Spróbował zmusić niezgrabne członki do współpracy. Poszło nieco lepiej niż za pierwszym razem i zdołał się podnieść, a potem zejść z łóżka i stanąć na chwiejnych nogach. Był taki ciężki i powolny. Musiał ważyć ponad sto kilogramów. Ciekawe jaką ma twarz. Nic dziwnego, że mieli to cielsko w rezerwie, kto normalny mógłby się skusić?

Zamarł. Usłyszał głosy z korytarza, zbliżały się. Rozejrzał się po pokoju, w desperacji szukał czegoś, co mogłoby posłużyć jako broń. Tylko krzesła. Złapał za jedno, było z metalu i wyglądało na solidne. Pytanie, czy w tym stanie będzie mógł je podnieść.

-To niesamowite, rozumiesz. W życiu nie dostaniemy takiej szansy, musimy wycisnąć z niego, co się da - mówił jeden z głosów. - Dobra, cicho.

Było ich tylko dwóch; szczęście uśmiechnęło się do niego. W momencie kiedy weszli, wykonał potężny zamach i spuścił prowizoryczny pocisk na głowę mówiącego. Jednak w ostatniej chwili, mimo woli ręce zwolniły i osłabiły siłę ciosu na tyle, że postać w fartuchu upadła, ale nie straciła przytomności. Puszka aerozolu wypadła jej z kieszeni.

UWAGA! - ostrzegł automatyczny głos wewnątrz czaszki. - Została podjęta próba przemocy fizycznej! Nosiciel iMan, model BMI++ należy do Urzędu Biotechnologii. To ostatnie ostrzeżenie! Kolejna próba oznacza odłączenie zasilania!

Zaklął szpetnie. To tyle, jeśli chodzi o element zaskoczenia. Odrzucił krzesło i złapał za puszkę. Druga postać trzymała już kolejny spray, jej ręce drżały. Rozpyliła niebieską chmurę, ale niedokładnie, nie celując. Zdążył wstrzymać oddech i zatkać nos, a drugą reką zerwał jej maskę. Okazała się być kobietą. Jej usta ułożyły się w literę O, gotowe do wrzasku, ale uciszył je, aplikując mocną dawkę oksytocyny i zamiast krzyczeć, zaczęła kaszleć. Założył maskę i odetchnął głęboko. Ten, który dostał w głowę podnosił się oszołomiony. Opadł z powrotem na kolana, kiedy Michał odsłonił mu twarz i psiknął.

Wszystko trwało najwyżej kilkanaście sekund. Przez ten czas drzwi były otwarte i gdyby ktoś akurat przechodził, na pewno podniósłby alarm. Michał rozejrzał się po korytarzu, a serce biło w szalonym rytmie. Nie zobaczył nikogo, więc zamknął drzwi i zlustrował swoich gości. Pani Fartuch wydawała się bardziej odprężona, wątpił, żeby miała ochotę krzyczeć. Zauważył, że była całkiem ładna, raczej nordycki typ urody, blond włosy związane w warkocz i niebieskie oczy. Ten drugi siadał, trzymał się za głowę, ale przynajmniej był spokojny. I dość szeroki, to mogła być szansa.

-Teraz ja będe z ciebie wyciskał. Ile się da - powiedział Michał. - Rozbieraj się.

-Dlaczego?

-Bo mam ochotę przymierzyć twój strój.

-Aha - odparł tamten, jakby to wszystko wyjaśniało. Spojrzał mu w oczy i posłał  porozumiewawczy uśmiech. Michał odpowiedział uśmiechem, znowu był w dobrym nastroju. Pewnie trochę substancji przedostało się do dróg oddechowych. Szybko zdusił w sobie ten przypływ sympatii.

-Widziałeś Boga? - nagle zapytała kobieta. - No wiesz, kiedy nie istniałeś.

Zastanowił się.

-Nie. Chyba nie - powiedział w końcu. - I istniałem. W każdym razie mi się nie objawił.

-Wielka szkoda - westchnęła. Przypatrywała się, z zainteresowaniem, jak jej kolega zrzuca z siebie ubranie.

-Dobra, wystarczy, dalej nie trzeba - rzekł Michał, kiedy doszedł do bielizny. -Teraz powiedz mi, jak mam się stąd wydostać?

-Będziesz potrzebował tego - podał mu kartę identyfikacyjną. - Korytarzem w lewo, aż znajdziesz windę. Przy wyjściu z budynku będą skanować oczy, ale masz ciało z Urzędu, więc nie będzie problemu. Jeśli chcesz pieniędzy, portfel jest w tylnej kieszeni spodni.

Michał zaczął się ubierać. Lekarski fartuch był nieco za mały, ale reszta pasowała. Sprawdził kartę; facet nazywał się Brown.

Chciał zadać jeszcze jedno pytanie, ale zobaczył, że kompletnie nie zwracają na niego uwagi. Ona uśmiechała się zalotnie, a on... cóż, zaaplikowałem im potężną dawkę, pomyślał. Ugryzł się w język powstrzymując wybuch śmiechu na widok wybrzuszenia na bokserkach. Wychodząc myślał, że żal było nie zobaczyć Boga, ale jeszcze większa szkoda, że ominie go reakcja pozostałych, kiedy wrócą.


6.


Przez te osiem lat świat poszedł naprzód. Po zamachu w Birmingham nastąpiły kolejne, wszystkie za pomocą infiltracji przez nanoroboty: w Londynie, Nowym Jorku, Pekinie i Kolonii nr 1 na Marsie. Zwłaszcza ten ostatni był bardzo kosztowny; baza niemal przestała istnieć. Urząd opracował szczepionki, zapobiegające inwazji przez Pszczółki, Osy i Szerszenie. Odwieczna wojna między człowiekiem a chorobą przeniosła się z płaszczyzny biologicznej na technologiczną; coraz to nowe zdalnie sterowane wirusy walczyły o byt z cybernetycznym organizmem XXII wieku.

Nawet i bez tego zagrożenia, kolonizacja nie miała się najlepiej. Wielkie pieniądze w nią wpompowane nie zwracały się, koszty utrzymania były zbyt wysokie, a pozaziemska gleba generalnie jałowa. Dlatego też pobyt w koloniach i teleportacja do odległych stacji na obrzeżach Układu Słonecznego przestały być domeną ochotników - sposobem na zarobek - a stały się karą, zesłaniem jak niegdyś Sybir. Uznano, że rozwiąże to problem przeludnienia na Ziemi. Nieco wcześniej populacja planety osiągnęła dwadzieścia pięć miliardów. Około pięć procent ginęło z głodu każdego roku.

Pomiędzy mocarstwami panował chwiejny rozejm. Pamięć o wschodnioeuropejskiej masakrze była nadal zbyt świeża.

Dla świata wirtualnego trwały lata prosperity. Dzięki implantom dostęp do niego miał niemal każdy. Szczególną popularnością cieszyła się gra Time Travel 3D, przenosząca w podróż w czasie do wybranej rzeczywistości. Początkowo dostępne były standardowe, najbardziej znane karty z historii; gracze mogli uczestniczyć, bądź też zapobiec wydarzeniom takim jak zamordowanie Juliusza Cezara lub Kennedy'ego, atak na World Trade Center, albo zrzucenie bomby atomowej na Polskę. Kolejne patche stopniowo dodawały nowe opcję, aż wreszcie uczestnicy byli w stanie tworzyć własne scenariusze.

W Shanghaju odbyły się Igrzyska Olimpijskie. Po raz pierwszy poddano segregacji sportowców naturalnych i wspomaganych. Ci drudzy, dzięki pomocy protez z włókna węglowego, rozszerzonych płuc i stymulowanych układów nerwowych, wspinali się na wyżyny ludzkich możliwości. Skakali dalej i wyżej, biegali szybciej i dłużej, podnosili sztangi o tysiącach kilogramów i pływali bez wynurzania się z wody.

Tymczasem ulice zdominował nowy rodzaj narkotyków. Używki na bazie opium odchodziły do lamusa, podobnie jak używana teoretycznie w celach medycznych oksytocyna. Miały jedną zasadniczą wadę: nie wspomagały, a czasami wręcz przeszkadzały w pełnym przeżyciu wirtualnej rzeczywistości. Dlatego też ząstąpił je środek produkowany na Marsie, potocznie zwany Autopilotem.

Autopilot działał poprzez rozdwojenie jaźni. Stymulował dwie półkule mózgu do osobnej pracy, dzięki czemu biorący mógł 'zaprogramować się' na wykonywanie prostej czynności, na przykład pracy w polu. Tymczasem prawa półkula, odpowiedzialna za doznania zmysłowe i wyobraźnię mogła być pobudzona i przeżywać coś innego. Produkt był szczególnie popularny w koloniach i najniższych Ziemskich warstwach społecznych, czyli grupach, którym szczególnie zależało na ucieczce od własnego świata. Jednak, jak każdy narkotyk, Autopilot powodował niechciane efekty uboczne.


7.


Odleciała. (...) CDN Na niedługo.

 

A może jednak napiszę tutaj alternatywne zakoczenie. Nie jest łatwo gdyż jestem ślepy i nie mam potrzeby widzieć. Tak jest dobrze, cicho, gibon, piwo, niech to licho, cięzko ci napisać jak się czujesz, co? Taki rachunek sumienia to niełatwe zadanie, opisanie tego co się dzieje i nietęgą minę masz, ja też, walczę z samym sobą i całym światem, nie wiem już nawet do kogo piszę, do siebie czy do ciebie, oszaleje, jakie życie długie, coś kosztem czegoś i to miałoby stanąć na przeszkodzie do szczęścia, No więc co myślisz? Bo u mnie pikowanie w dół chociaż na zewnątz trzymam fason. Aż za bardzo. Tn świat w którym żyję uczy być nieczułym, aroganckim, dwuznacznym bo to jedyna broń w tych socjalnych starciach, tak to widzę, świat to poligon starć na słowa i postawę sprawę jasno, a jednak takie to monochromantyczne, czasem wyzywająco wkurwiam ludzi i wtedy wychodzą z nich frajerwerki. Grzech za grzech, a to moja 25 godzina, dodatkowa, godzina extra można by rzec, extrakt z ostatnich myśli. Ostentacyjnie ostatecznych

.

Gdybym mógł z Tobą porozmawiać. Nie mogę. Już żyć. W ten sposób. Wszystko w najlepszym porządku, super, git, frunę dziś, frunę dnia każdego, w belgii byłem tylko przejazdem, podobnie jak we francji, w holandii zabawiłem nieco dłuższą chwilę i amsterdam zwiedzę w przyszłym życiu, tym trzecim. Zostało jeszcze siedem. Odkryłem u sibie coś z drania, coś wzbrania mi przed jaraniem a wzmacnia tylko szaleństwo, ktoś mnie zranił lekko, później mocniej, i widziałem piekło, które przesłoniło mi całe świata piękno, w każdym razie czasy tańca retro minęły dawno. Wiesz co, te kolory, to jak przemawiają do mnie, wysyłają wiadomość, której nie mogę pojąc, bo to sekret, jak dexter, wiesz że lubię wyrażać to co czuję, lecz nie mogę bo wokół same szuje, więc ich szczuję, nawet na ślepo: popatrz jakwiele słówek, kona gabinet śmiechu w mieście grzechu, mieście chętnych zemsty za prawdziwe i urojone krzywdy, co za różnica, trzeba umieć czytać między wierszami i rozprawiać się z nieudolnymi poetami, mes amis. 

 

Mesem już raczej nie zostanę w tym życiu. Nieważne, mogę je przeżyć w ukryciu. Piję i piją i nie mogę się upić. Nawet kace są jakies takie nieprzekonująco, bo kiedy wszystko jest rozmazane, kilka razy dziennie spowite czerwoną mgiełką zgiełku zwierząt obdarzonych zdolnością zadawania ran przez jedną błacha aluzję, wtedy mrużysz oczy jak żaluzje, żałujesz? a jednak ktoś powiedział: jesteś tu i teraz wszystko ułóż, bo nie wymyślili czasu wehikułu, weny z bólu czerpać mozna ponoć, ale na pewno nie w nieskończoność.

Piłkarz (drabble)



Dla niekumatych: drabble to utwór składający się ze stu słów. Zazwyczaj jest to opowiadanie, krótka historyjka z celną puentą. Jest to dość ciekawa forma, posiadająca pewną matematyczną regularność, coś jak haiku (japońska poezja składająca się z 17 sylab, podzielonych na trzy wersy: 5, 7 i 5). Poniżej moja próba, pamiętam również że kiedyś czytałem drabbla o kocie, który wszystkich zjadał. Wkleję go jeśli znajdę w czeluściach internetu.


Piłkarz

Z prawej strony poszło dośrodkowanie. Wbiegł idealnie, oszukał pułapkę ofsajdową, ułożył stopę tak, jak tysiące razy przedtem. A jednak, w ostatniej chwili poźlizgnął sie i upadł. Leżał i z niedowierzaniem patrzył na światła reflektorów.
-Ależ okazję zmarnował nowy napastnik Zagłębia! Przypomnijmy, że Olszewski rozgrywa swój pierwszy mecz w popularnych ‘sprężynkach’, czyli implantach z włókna węglowego. Ale z taką skutecznością, przydałaby się reklamacja!
Tymczasem w loży VIP:
    -Już myślałem, że strzeli!
    -Nie bój nic, te czipy z Tokio są bezbłędne. Ja jestem uczciwy: zapłacili, to wygrają. Pod koniec nasz obrońca skiksuje na samobója.
    -Ty masz łeb, Grzesiu.
    -Nie gadaj, tylko polej.

Historia pewnej rozmowy






To najlepsze co napisałem.

(...?)

Tuesday, 30 June 2015

Sens




Życie go ma. Jest druga dwadzieścia dwa. Produkcja trwa. Sens to produkcja. Producent decyduje o pierworodnym kształcie produkcji, przed oszlifowaniem. Więc to tak. Nie wiedziałem.

Sen



Śni ci się czasem polowanie na zło?


Właśnie wybudziłem się z najgorszego koszmaru od lat. Jeśli tak ma wyglądać zrywanie z nałogiem, chyba zacznę wcześniej wstawać.

We śnie były latające sanie, renifery i dużo śniegu. Naprawdę dużo śniegu. Na jednym stole wysypałem fetę, na drugim Frano wysypał koks. Był też ktoś trzeci, dziewczyna. Mieliśmy już mieszać prochy gdy pod dom podjechało auto i dziewczyna mówi: To Frances! Wróciła! Zwijamy się! Wcześniej była wolna chata. Chowam się w pokoju tuż przed tym jak otwierają się drzwi frontowe, zanim znikam mówię im jeszcze: schowajcie koks...
W pokoju jest Domi, niewyraźna, obecna niemalże tylko głosem, jak duch. Jest też zeszyt... Gdy tylko pomyślę o zeszycie przechodzą mnie dreszcze, wszystkie włoski na ręce stają dęba w napadzie gęsiej skórki. Domi pyta czy słucham Comy, pyta współczująco, lecz za tym współczuciem kryje się oskarżenie. Mówię że czasami (kłamię, nigdy nie słyszałem żadnego kawałka, czytałem jedynie ze dwa teksty) a ona wtedy przewraca kartkę (znów dreszcze, do tego szklanki w oczach) i na następnej stronie jest coś dziwnego. Pyta czy to moje.

Na kartce jest czerwony wzór, który nieco przypomina pismo. Być może takim językiem posługują się w piekle. Gdy TO widzę, mówię tylko Jezu i wpatruję się zahipnotyzowany. Wcześniej są jakieś słowa lecz urywają się i wtedy wzór rozpoczyna swój ohydny taniec na papierze do końca strony. Jest dużo skrzyżowanych linii i te krzyżyki są potworne, pochylone, plugawe, przywodzą na myśl las krzyży, masowe groby, Golgotę, las krzyży a do każdego przybita postać w agonii, przywodzą na myśl ślady jakie mogą zostawić zakrwawione paznokcie drapiące w panice po ścianie. Linie są cienkie, zawijają się i przecinają nawzajem, w jakiś sposób patrzenie na nie boli, wypacza umysł, wykracza poza racjonalne pojmowanie świata. Lepiej tego nie opiszę, to jakby opisywać kolory daltoniście.

Gdybym chciał odtworzyć linie, straciłbym rozum.
Gdyby mi się udało je odtworzyć i pokazać, mógłbym wywołać niekontrolowaną rzeź, jak w la Fin Absolute du Monde - to historia o filmie z aniołem w roli głównej. Bóg zsyła na ziemię anioła, a ten spotyka reżysera. Reżyser kręci film nad wszystkie filmy, absolutny hit, w którym to odcina aniołowi skrzydła na wizji. Stopklatka.

Budzi mnie pojedynczy dźwięk dzwonu z kościoła nieopodal.

Monday, 29 June 2015

Rewizja

(Przestępcze myśli; Back in de dejs)

 

Tekst oparty jest na autentycznej, zasłyszanej historii. Cała reszta jest zmyślona.
Ze specjalną dedykacją dla Ryśka i Alkomata.

Rewizja

- Dzień dobry, jestem komisarz W. a to aspirant K. - mundurowy pokazał odznakę. - W związku z podejrzeniem popełnienia przestępstwa oraz podejrzeniem usunięcia dowodów tego przestępstwa, zgodnie z artykułem 220-stym kodeksu karnego musimy przeszukać mieszkanie.
J. patrzył przez chwilę z nieskrywanym zdumieniem. Stojący obok R. mógłby uznać je za prawdziwe, gdyby nie to że znał J. od piaskownicy.
-Ale… o co chodzi? - odezwał się w końcu. - Jeśli to o wczorajszą noc to nie zakłócaliśmy ciszy nocnej po skardze sąsiadki z góry, proszę, hmm, pana. Jeśli to donos…
-Proszę nie utrudniać nam pracy - odparł komisarz, wyższy, z wąsem i w ogóle budzący zaufanie bardziej niż jego szczurowaty kolega. - Nie jesteśmy upoważnieni do udzielania takich informacji. A teraz proszę nas wpuścić. Po czym wsadził rękę w drzwi i wprosił się do środka.
-No dobrze, niech, hmmm, panowie wejdą. Chociaż naprawdę nie wiem o co chodzi. Może, hmmm, herbatki? - J. wyszczerzył zęby. R. tylko się skrzywił, jakby chciał powiedzieć ‘przeginasz chłopie’.
-To się jeszcze zobaczy, chłopcze.
Do J. ciężko było mówić chłopcze. Wysoki, łysy, o grubych rysach twarzy i jeszcze grubszych łapach przypominał atletę przy aspirancie Szczurku. R. z kolei wyglądał na naście lat, chociaż wchodził już w wiek chrystusowy, to puszki Tyskacza zapewniały mu wieczną młodość.
Zaczęli od przetrzepania materaców i poszewek na łóżku pietrowym w sypialni. Gospodarz biernie przyglądał się jak leci jego kojo, potem rzeczy z szafy.
-Może, hmmm, panowie znajdą jakąś Japonkę - znowu zażartował J. ale tamci się nawet nie odwrócili. J. przypomniała się historia którą gdzieś ostatnio słyszał, o bezdomnej kobiecie w Japonii, która przez rok mieszkała w szafie jakiegoś gościa, bez jego wiedzy. W końcu koleś się zorientował bo znikało jedzenie i zainstalował kamery. To musiało być zaskoczenie, pięćdziesięcioletnia skośnooka raszpla skitrana w szafie. Nie dość że dzieliła z nim mieszkanie, to jeszcze lodówkę i łazienkę.
Wiedzieli czego szukają. Metodycznie przeszukiwali każdy zakamarek, kuchnię, lodówkę, kibel, ze szczególnym uwzględnieniem szafek na lekarstwa, barek, wnętrza foteli, kanapy (aż dziwne że jej nie rozpruli!), nawet popielniczka w poszukiwaniu jakiegoś podejrzanego niedopałka. Jakbyśmy byli amatorami. Za lolka nas nie posadzicie, śmiecie.
Wszystko leżało na ziemi, wybebeszone, wypierdol życie na ziemię, poźniej se pozbierasz. Obrazek z Janem Pawłem II leżał na podłodze, ze zbitą szybką i J. wkurwił się na moment.
-No i co? Wpadają, hmmm, panowie do spokojnych ludzi i wywracają wszystko na drugą stronę. Macie coś na nas czy nie. I co z nakazem?
‘Czy nie’ nie było pytaniem, tak mówili wszyscy z osiedla i J. skarcił się w duchu. To było niepotrzebne, ale przynajmniej Kaczor miał rację. Wpadł jakieś dwie godziny temu z wywieszonym jęzorem, no ale później z tego jęzora popłynęły niezbędne informacje.
-Chłopaki ktoś was sprzedał, psy jadą! - Spojrzał na to co leżało na ławie i oczy o mało nie wyszły mu z orbit. - No to macie przejebane… - I zaczął tak biegać po mieszkaniu, jakby był kotem ciągniętym za ogon.
J. westchnął. Poszedł do kuchni gdzie akurat Kaczor motał się dookoła butelek, pamiątki po ostatnim chlaniu.
-Kaczor, kurwa weź się ogarnij! Po pierwsze, nie macie przejebane, tylko mamy przejebane. Po drugie, nie mamy przejebane tylko mamy chwile czasu żeby zrobić porządek. I po trzecie masz tu setkę i siadaj na dupie.
Podziałało. Tamtemu wróciły kolory i znieśli wszystko do piwnicy koleżki z bloku, chociaż R. miał już trochę w czubie i chciał jeszcze obić Kaczorowi ryj, tak dla pewności, ale on już taki był.
Znieśli ładunek w reklamówkach z reala, oprócz tabletkarki, bo to cholerstwo było strasznie ciężkie. Amfetamina, czystości około osiemdziesięciu procent, efedryna, trochę mety, dużo zielonego, pecyny i cały ten zestaw małego chemika. Wyczyścili wszystko skrupulatnie, a teraz...
- Mam dla pana jeszcze kilka pytań - odezwał się wąsaty, wyraźnie rozczarowany. - Muszę również rzucić okiem na pana dowód osobisty, oraz pańskiego kolegi. Może usiądziemy?
J. umieścił na miejscu wyrwane siedzenie od fotela i zasiadł do szerokiej dębowej ławy. Wtedy to zobaczył i serce na moment przestało mu bić. To pewnie R. , jebany moczymorda, zapomniał się. Na widoku, obok sterty ulotek leżało białe opakowanie po tabletkach. Zostały jeszcze jedna czy dwie, kto wie co to było, prochów walało się po domu mnóstwo. Swoją drogą to ciekawe że nie przyszli z psem.
- A więc dowód, pesel, zaraz, dziewięć pięć zero osiem… - brwi wąsatego tworzyły jedną schodzącą do środka zniecierpliwioną linię. - Jeśli chodzi o nakaz, powinien otrzymać go w ciągu 7 dni.
-A jak to tak bez nakazu? - palnął R. jak gdyby nigdy nic, jakby nie widział, jakby na stole nie było czegoś co może naprowadzić ich na pewną piątkę za kratki.
- Nakaz będzie pocztą, a przy okazji czy był pan już karany? - zwrócił się znowu do J.
- Tak, wszystko jest w papierach. My nic nie zrobiliśmy, nie wiemy o co chodzi.
- Bierzesz narkotyki? - przerwał mu znowu wąsaty. R. w tym czasie stał obok aspiranta Szczurka i we dwójkę próbowali na siebie nie patrzeć z odrazą. Słabo im to wychodziło. - Odpowiesz? Pewnie że bierzesz, jak wy wszyscy.
Widocznie starszy pies chciał ich jeszcze trochę pomęczyć, szukał na nich czegoś ale nic nie podchodziło. W końcu spojrzał zza długopisu na stół i podniósł tabletki. J. zamknął na moment oczy, a serce na moment się zatrzymało, po czym uderzyło jak młotem.
-A to, co to jest? Nieoznakowane opakowanie?
Na moment J. był jak antyczna grecka rzeźba, jak ludzie na aukcjach kiedy cena winduje się w górę, poza ich możliwości finansowe, pasują i nie drgnie im ani muskuł. Przypomniał mu się pierwszy raz kiedy trafił na komendę. To były wakacje i jako szczeniak pił z kolegami na klatce schodowej, na jednym z tych dobrze utrzymanych osiedli, do tego pojawiły się dobrze utrzymane dziewczyny zachwiane jakimś wytwornym winem. J. też czuł się przy nich wytwornie, chociaż darły się nawet jak rozmawiały i w końcu stara ropucha z pierwszego piętra zadzwoniła po lokalny oddział pasożytów, czyli straż miejską. J. był generalnie wkurwiony tamtego wieczoru bo dwa razy proponował zmianę miejscówki ale wszyscy zostali. Nie miał zameldowania i to w połączeniu z ciętym językiem oznaczało, że musiał odwiedzić specjalny pokoik. Był tam jeden smerf, który pozował twardego i skopał mu nogi okrutnie po drodze, ale J. nie dał mu tej satysfakcji i nie upadł. Obili mu też pięty, tak że przez tydzień chodził stopami wewnątrz jak jakiś cwel.
A może chodziło tylko o to żeby nogi drżały, żeby pokonać go psychicznie przez strach. Na miejscu kazali mu wyciągnąć wszystko i rozebrać się. Fart mu sprzyjał bo nie miał nic tamtego dnia, nawet bletki, a i tak sprawdzali każdą drobinę tytoniu, kamyki w bucie. Później, trochę poniżony lecz spokojny zakładał szerokie spodenki, gdy nagle coś zaszeleściło w koszu po lewej. Ten który robił za kozaka, wojskowego, kazał mu podnieść co upadło. I tak jak teraz miał przez moment pustkę w głowie. Nie schylił się tylko tak stał, może pięć sekund, może pięćdziesiąt. Dopiero po tym czasie pojawiła się myśl, spóźniona jak peleton po zwycięzcy. To co podniesiesz jest twoje.
 Poradził sobie wtedy, jako gówniarz, to poradzi sobie i teraz. Trwał tak przez moment w tej pustce i w końcu powiedział pierwszą rzecz która przyszła mu do głowy.
- To? To moje tabletki na pamięć.
- A czemu nic na nich nie pisze?
- Zapomniałem.
    Komisarz popatrzył na niego przez chwilę i roześmiał się. Napięcie opadło. Spojrzał na zegarek a później na swojego przydupasa.
    -No i co, nic nie ma? Wygląda to na pomyłkę.

    I tyle. J. znów był sobą, znów był pod kontrolą i kiedy odprowadził tych durniów, jednego młodego osła i jednego starego muła, do drzwi, znów miał wolność, pieniądze i życie.
    I znów swędziały go zęby.
    - Haha co ty wymyśliłeś z tą tabletką to ja nie mogę - R. otworzył piwo, wyrwał dzyndzel i wziął solidny łyk.
    - O kurwa, grubo było… - westchnął J. - Patrz jaki syf zostawili. Ktoś musiał nas wjebać. Ale to zaraz będziemy kminić kto się okazał frajerem. Dzwoniłeś w ogóle do Dżokera?
    - Co ty nie odbiera, pewnie posuwa tą swoją ciemną, Niki. Coś ostatnio wkręcał że dała mu za kasę na cracka.
    - To mogła dać za cracka, jakby do nas przyszedł, hehe.  - J. wyszedł na balkon i splunął za oddalającym się radiowozem. - Poza tym musi uważać, nie dość że do takiego próchna chodzi to jeszcze Niki, z takim imieniem nie może nie być złodziejką.
    Zapalił papierosa i czekał aż rozdzwonią się telefony.

Gdyby...





Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Saturday, 27 June 2015

Metamorfoza


(Brudne Myśli; Back in de dejs)


I mimo szczerych chęci
I mimo dobrej woli
Świat posuwa się naprzód
A ludziom się pierdoli
Mimo ilości soli
W tych ranach, damy radę!
Mimo że nie wypada
Czasem lache na to kłade


Jest sobota, pierwsza w nocy, nikt nie chce mnie widzieć; szaleńcy są zabawni tylko do czasu. Przeglądam więc stare teksty i natrafiam na tego oto trupa z szafy, już lekko zgniłego, lecz ogólnie w dobrym stanie. Opowiadanie to zacząłem wkurwiony na detoksie, kilka lat temu, jeszcze jako dziewica, co widać, choć ta historia to coś więcej niż wylewanie frustracji. Miała być monumentalną, wielowątkową opowieścią z rozmachem, ale po pierwszym morderstwie zapaliłem jointa i zapomniałem.

Ze specjalną dedykacją do wszystkich głupich suk, które tak bardzo lubią mój piękny ból.

Uwaga: drastyczne!

Metamorfoza

Istnieją w historii momenty przełomowe: narodziny, zabójstwa, bitwy, zgromadzenia lub choćby rozmowy, które na zawsze trafiają na kartki podręczników. Potomnym pozostaje dociekanie przyczyn, analizowanie łańcuchów zdarzeń, wyciąganie wniosków. Prędzej czy później każde wydarzenie można rozłożyć na czynniki pierwsze. Druga wojna światowa (najprawdopodobniej) nie wybuchłaby, gdyby nie Hitler. Ten z kolei nie doszedłby do władzy gdyby nie bieda i polityczny ekstremizm. Taki nastrój nie panowałby gdyby nie Traktat Wersalski, który z kolei nie zostałby podpisany, gdyby nie kapitulacja w 1918 roku. I tak dalej, i tak dalej. Od bitwy pod Grunwaldem do Rose Parks siedzącej na niewłaściwym miejscu, przyczyna i skutek rządziły światem jak kolejno upadające kostki domina. Aż do Metamorfozy. Z Metamorfozą sprawa nie była taka prosta. Była bocznicą na torze ludzkości. Butem niszczącym staranną konstrukcję domina. Po południu 19 czerwca 2020 roku wszystkie media świata podawały tą samą informację. A później już nic nie było takie samo.


***

Upał był nie do zniesienia, zwłaszcza dla Pawła, ubranego w kanty i koszulę z krawatem, na której, pod pachami, widniały plamy potu. Podobno podróż była dobra dla duszy. Tylko co jeśli duszy nie można już było pomóc? Przez ramię miał przewieszoną marynarkę, a w drugiej ręce ciążyła mu walizka. Postawił ją na ziemi, otarł czoło przedramieniem i spojrzał na szyld ponad głową: Motel Baron: tani nocleg. Wziął głęboki oddech i wszedł do budynku, który niegdyś musiał być pospolitym blokiem. Pomyślał, że pewnie zrobiono z niego motel, kiedy już nie nadawał się do mieszkania. W recepcji, panie za lądą podniosły wzrok znad ekranu.
 - Dzień dobry, chciałbym wynająć pokój. Na razie na jedną noc - powiedział Paweł, czując przygniatające zmęczenie. Marzył o łóżku.
 - Pan nam tu zaraz zemdleje - rzuciła z troską ta po lewej. - Gośka, poszukaj no wolnego miejsca. Pan chce z własną łazienką czy wspólną?
Otwierał usta żeby odpowiedzieć, kiedy spojrzał na książkę na ladzie i zamarł. Zakochany Wampir, najnowszy bestseller Magdaleny Winiarskiej leżał otworzony mniej więcej w połowie, okładkami do góry. Czy to tylko przypadek, że czytały powieść tej obmierzłej suki, za którą przemierzył pół kraju?
 - Dobrze się pan czuje? Pytałam czy...
 - Tak, tak - wziął się w garść. Czasem książka to tylko książka, zbiegi okoliczności się zdarzają. Zamówił tani pokój z dzieloną łazienką, podał recepcjonistkom fałszywy dowód wraz z banknotami i pozwolił się zaprowadzić na górę. Z apartamentem nie miało to dużo wspólnego, ale Paweł zdążył się już przyzwyczaić. Szukając Magdy bywał już w gorszych miejscach. O klimatyzacji nie było mowy, a w pokoju unosił się stęchły zapach starości. W kącie stał mały telewizor z anteną i włączył go (ręcznie, bo pilot nie działał), ale większość kanałów mocno snieżyła. Dał sobie spokój, zamknął drzwi na klucz i w ubraniu runął na łóżko. Na pościeli była podejrzana plama, ale i tak po chwili zasnął. W ten sposób, na swoje szczęście, przespał najważniejszy moment dziejach.

***
   
Zjawisko zwane Metamorfozą nastąpiło w jednym momencie, o czternastej jedenaście czasu polskiego, bez jakiegokolwiek opóźnienia na całym świecie, rodząc ogólną panikę i chaos. Sam proces wszyscy odczuwali inaczej; jedni jako mrowienie lub swędzenie, inni jako przenikliwy ból każdej części ciała. Szacuje się, że przemianę, w większym lub mniejszym stopniu, odbyła jedna piąta całej populacji. Sama nazwa wyklarowała się dopiero wieczorem, po nagłośnieniu przez amerykańskie CNN szokującego przypadku Franka Listera z Teksasu. Frank, na co dzień mechanik samochodowy, mieszkał w dzielnicy slumsów i wybrał najgorszy możliwy moment na zabicie karalucha w kuchni. Podzielił los bohatera Kafki i zamienił się w dwumetrowego insekta. O różnicy w obyczajach między latami dwudziestymi XX i XXI wieku niech poświadczy fakt, że biedny karaluch Frank nie został przez najbliższych ukryty, tylko nagrany, a później zastrzelony z dubeltówki. Nagranie poszło w świat, a jedna z gadających głów (niezmieniona, rzecz jasna) amerykańskich stacji telewizyjnych ukuła termin Metamorfozy. Większość metamorfujących miała więcej szczęścia niż Frank. Wspólnym mianownikiem wszystkich przemian było to, że ofiara zamianiała się w żywą istotę, która w danej chwili zaprzątała jej uwagę. Na szczęście dla wielu oznaczało to drugiego człowieka.

Obudziło go pukanie do drzwi. Paweł obudził się z pulsującym bólem głowy. Nieprzytomnie rozejrzał się, usiłując przypomnieć sobie gdzie jest. Cienie były odrobinę dłuższe, słońce zdążyło pokonać nieco drogi gdy spał, ale nadal dokuczało gorąco. Pokój był na trzecim piętrze i z otwartego okna dobiegały krzyki. Jednak nie wyjrzał i najpierw podszedł do drzwi. To był jego pierwszy błąd. W progu stała Magdalena Winiarska, znana autorka, jego była żona. Nie mogło być mowy o pomyłce, nawet miała na sobie tą samą bluzkę co wtedy, na sali sądowej.
 - Przepraszam, czy... - zaczęła. Wyraz twarzy Pawła, maska uprzejmej obojętności skierowana do świata zewnętrznego, opadła w ułamku sekundy. Kiedy Magda zobaczyła co było pod nią, urwała w pół zdania i otworzyła usta do krzyku. Nie zdążyła. Błyskawicznie wyprowadził cios i uderzył nisko, w miękki brzuch. Wypuściła z sykiem powietrze i zatoczyła się. Zasłonił jej usta, a drugą ręką złapał za blond włosy. Kurwie włosy, jak zwykł o nich myśleć. Kiedyś, pod koniec ich krótkiego małżeństwa, powiedział to na głos. Nie wszczęła kłótni, tylko patrzyła znad książki tymi swoimi mądrymi, brązowymi oczami, trochę wystraszona. Chyba już wtedy się domyślała. Swoją drogą, to dziwne, jakie myśli ogarniają człowieka w takiej chwili. Zdarzało mu się na przykład, że zupełnie znikąd miał w głowie słowa tandetnej radiowej piosenki, kiedy okładał młotkiem psa przybłędę.
   
Nie stawiała dużego oporu gdy wciągnął ją do pokoju i cisnął na dywan. Ból głowy zniknął bez śladu. Konserwacja energii, pomyślał. Migrena nie może być stworzona ani zniszczona, jedynie przekazana. Chwycił za popielniczkę na parapecie i rozbił ją na głowie Magdy. Odłamki kaleczyły palce, ale ledwo to poczuł. Kolory były wyostrzone, widział każdy pyłek kurzu rozświetlony przez promienie słońca wpadające do pokoju. Próbowała się podnieść, ale kopniakiem posłał ją spowrotem na parter. Na moment odwrócił się, zamknął drzwi i przekręcił klucz. Mogła o tym nie wiedzieć, ale szczęk zamka przypieczętował jej los. Zastanawiał się przez chwilę nad poduszką, ale nie chciał jej pobrudzić, a Magda mocno krwawiła. Poza tym nie widziałby wtedy jej twarzy. Uwielbiał zabijać, ale największą gratką, wisienką na torcie był widok tej ostatniej iskierki gasnącej na jego oczach. Sądził, że dzięki temu pozna kiedyś tajemnicę życia i śmierci.

Więc zrobił to własnoręcznie. Chwycił za gardło i wpatrywał się w swoją kobietę, którą znał tak dobrze i która była powodem tej całej wycieczki. Z całej siły uciskał kciukami tchawicę. Na początku wierzgała, usiłowała walczyć, ale w końcu opadła z sił. Próbowała jeszcze coś powiedzieć. Cholerni artyści, nawet kiedy umierają, próbują coś powiedzieć. Człowiek, kiedy odchodzi, pokazuje jaki naprawdę jest. Wreszcie było po wszystkim. Przypomniał sobie, że wyżebrała od sądu jakieś śmieszne pisemko, zabraniające mu zbliżania się na bliżej niż pięćset metrów. Chciała separacji, to ma. Od teraz będzie na stałe odeparowana na sześć stóp od reszty świata. Przeciągnął się leniwie, jak po obfitym obiedzie, nasycony. Upadając zgubiła torebkę; podniósł ją teraz i zajrzał do środka. Trochę kobiecych pierdół, szminka, chusteczki, telefon. W bocznej kieszeni książka: Zakochany Wampir oczywiście. Pisarze, pomyślał z pobłażaniem, próżni do cna. Z książki wypadła plastikowa karta, zapewne używana jako zakładka. Obejrzał ją i zmarszczył brwi. Była na nazwisko Małgorzaty Kwiatkowskiej, a zdjęcie przedstawiało Gośkę z recepcji. Co tu jest grane?

Dopiero teraz zastanowił się, skąd właściwie jego eks miałaby wiedzieć, gdzie jest i dlaczego przyszła? Ogarnęła go lekka paranoja. Uważnie nasłuchiwał dźwięków z dołu; cały czas ktoś krzyczał. I czy to syrena policyjna w oddali? Wtedy ciało zaczęło się zmieniać. Wystraszony nagłym ruchem odskoczył i stanął pod ścianą. Trup z siną szyją na moment stracił ostrość konturów, jak gdyby zmienił konsystencję i galaretowata masa rozlała się dookoła. Kolory wymieszały się i substancja jak plastelina nabierała znajomych kształtów. Twarz, choć nadal pusta i bez detali, stawała się rozpoznawalna. Po chwili miał przed sobą kobietę z karty hotelowej. Jedyne, co pozostało takie same, to fioletowe ślady po rękach Pawła. Pierwsza myśl była spokojna i dziwnie kojąca. To co widział nie mogło zdarzyć się naprawdę. Do reszty oszalał. Już od dawna, jeszcze zanim rozpoczął polowania na bezpańskie zwierzęta, a później na bezdomnych ludzi, podejrzewał, że w końcu odbije mu szajba. Ostrożnie, jakby miał przed sobą jadowitego węża, zbliżył się do Magdy/Gośki i próbował wyczuć oddech. Nic. Dalej martwa.
CDN.

Amnesia Retrogada




Doba za dobą, ja to pandemonium widzę
Nawet jeśli sam zginę w ogniu wszystko to opiszę


Wszystko znika mi
Nie widzę nikogo z was
Podążam sam gdzieś (sam gdzieś...) na drugi pas
Niewiele mogę zrobić
Mogę już tylko krok
Lecz jeśli zrobię go (zrobię go?)
Stracę swą moc


Ja, kiedy zaczy­nałem, nie byłem za­dowo­lony, jak długo przy­jaciele chwa­lili mnie. Kiedy za­mil­kli, po­myślałem: oho! No, a gdy po­sypały się ra­dy, żebym przes­tał, że zaułek, że śle­pa dro­ga, że się kończę, wie­działem już, że wszys­tko dobrze.


Może już lepiej nie pisz nic
Bo to co masz dla mnie to mniej niż nic





Znam pewien kawał. Niejednokrotnie opowiadałem go na melanżach, jeszcze w czasach gdy ludzie uważali mnie za osobę dowcipną. A szło to tak: pewnego dnia trzech kumpli wybrało się na ryby. Oczywiście złowili złotą rybkę, a ta mówi:
- Wiecie co wieśniaki, jestem dziś w dobrym nastroju, więc każdy z was dostanie po trzy życzenia jeśli tylko puścicie mnie wolno.
Podekscytowane chytruski dłufo się namyślają i w końcu pierwszy mówi:
- Ja to chciałbym mieć villę o stu pokojach i z basenem, drugie to git Ferrari 250 GT, byle nie rysorak, bo ty pewnie jesteś cwana rybka, cwana i swawolna, no i ostatnie to milion dolarów w gotówce. Nagle jeb! i spełniło się.
Drugi mówi tak:
- Ja to chciałbym być sławnym aktorem, byle nie w produkcjach sadomaso, bo ty jesteś pewnie łajdacka rybka, chciałbym być sławnym piłkarzem, byle nie z San Marino czy innych Wysp ciulowych, bo ty pewnie jesteś psotna rybka. No i do tego chciałbym żeby każda kobieta mnie pragnęła, byle nie wszystkie naraz, jakoś tak z ładem i składem. Nagle jeb! i spełniło się.
Trzeci gagatek strasznie długo się namyśla i w końcu mówi tak:
- Ja to chciałbym po pierwsze żeby lewa ręka cały czas mi latała w przód i w tył, o tak. Po drugie, żeby druga ręka cały czas mi chodziła z góry na dół i spowrotem, o tak. No i po trzecie i najważniejsze, chcę żeby głowa mi się cały czas kręciła, o tak.
reszta patrzy z konsternacją. rybka mówi:
- Co kurwa!? ty wiesz że życzenia nie można cofnąć...
Lecz nasz nicpoń jest pewny siebie.
- Spoko, wiem co robie - mówi. No więc jebudu! i spełniło się.
Urwipołcie postanowili spotkać się ponownie za rok żeby zobaczyć, jak im się wiedzie na nowej drodze życia. Po roku pierwszy mówi:
- Chłopaki, jest zajebiście, robię melanże nie z tej ziemi, mam forsy jak lodu, drinki, striptizerki, koktajle w wannie, co za życie!
Drugi mówi:
- Chłopaki, jest czadowo, zapraszają mnie na melanże nie z tej ziemi, gdzie nie pójdę proszą mnie abym podpisał się na cyckach, a wczoraj strzeliłem zwycięską bramkę w El Classico. Zyć nie umierać!
Trzeci podchodzi do nich z takim downem i mówi:

- Kurwa, źle wybrałem.


Kurwa, źle wybralem. Czy to możliwe? Czy to tylko zjazd? Czyżbym przez cały ten czas dawał się zwodzić, dawał wysysać z siebie emocje, najlepsze chwile natchnienia i marzenia, dawał robić się w chuja przez podstępną rusałkę z dalekich stron? To okropna myśl, lecz jeśli prawdziwa, to chyba nie pozostaje już nic innego niż rozwiązanie Hemingwaya. Ale najpierw jeszcze trochę popiszę. Zostało jeszcze sporo wina w butelce.

Znalazłem szczęście i je zgubiłem, trudno
Pudło, nudno i truchło tych marzeń
Zostaje na dobre jak tatuaże
Tatuś dalej to enigma
Myśli zatopione jak Bismarck
Lub ostre jak brzytwa
Przerywane jak arytmia
Mówią wytrwaj, pełzaj jak glista
Od rana do wieczora lista spraw
których nie załatwię, wyjdź na dach
I spójrz wyżej, wyżej zapoznaj się ze świtem jakbyś nie spał tydzień
Ziomy mówią, żyjesz? Pijesz i nie tyjesz
Ze spidem czy bez
Urodziłem się martwy tak jak Big L
Popijam winem i też mam swój Gang Albanii
I też zmuszam się za dnia jak Al Bundy
Jak nakarmić tego potwora co siedzi we mnie
I nie zostać alko-parko-ławko delikwentem
Narko ze skrętem zabija w nas autosugestie
Łatwo ulec, nie? to jak efekt motyla
Jeden krok i masz przed sobą jebany Babilon
Może odkryją swój Syjon gdy tylko się zaszyją
Winowajcy nie wskażesz palcem
Bo on chodzi w masce i puszcza latawce
Wypluwa szarańcze i zatruwa nasz tlen
Kurwa jak ten czas leci, mierzony klepsydrą
Tu nie ma już dzieci, każdy stracił niewinność
Pamietaj że cisną ci co już umarli na tysiąc
Sposobów, nie znają się na tym, nic nie widzą
Nie słyszą, pucują się że hiphop, że żyją szybko
A nie znają pionierów, olej pozerów, mam dość problemów
I bez kształcenia ignorantów, znam pięć elementów, mam za sobą w tracków w chuj, zasób słów, blantów kurz
Brak już płuc gdy widzę tych wacków znów
Tu chcą nie żałować niczego jak Edith Piaf
Dzielić gram, ich religia to odmienny stan
Świadomości jak 3w ale to ja mam w zanadrzu setki rymów...

 Zamiast zegarka cyka hajhet, już po drugiej
Siadam zaczynam pisać bo i tak dziś nie usnę,
Spojrzenie nieufne, ciasne masy ludzkie
W mieście, tu gdzie znaleźć kąt swój trudniej
To jak grać w dziada w budce telefonicznej
Celem zdobyć te hajsy, niech płyną jak Jangcy.
Każdy tak patrzy i jebać skrupuły
Każdy marny pucybut chce fortuny.
Widzę w mroku wyrastające kontury miasta
Myślę o podróży, miasto nas zniewoliło,
Gdzieś tam Jezus z Rio obejmuje zachodzące słońce,
Które za parę godzin dotknie ulic
Rozpocznie który to już dzień w dzień toniemy w robocie,
Udając że to nie my gonimy w peletonie,
Rymy w telefonie, bezsenne nocne myśli
Cenie sobię te chwile jak żadne inne wiesz?
To takie dziwne...

To takie dziwne, jak złosliwe a zarazem prawdziwe mysli moga zrodzić się w ludzkiej głowie. To przez melanże. To wszysttko przez melanże. Gdyby nie to, nie mógłbym się nauczyć jak sieć międzyludzkich relacji potrafi cię zmienić. Nie uczą tego na turystyce, prawda? Na fotografii też nie.

Fleszbek: Piatek kiedyśtam. Wracam z pracy późno, ociekam potem, smigam szybko pod prysznic a potem pod numer pierwszy. Melanż trwa. Siedzimy w kręgu i pijemy whisky. Wynika nieformalna rozmowa i M., pozornie do nikogo, lecz wiem że mówiła do mnie, z pretensją w głosie, mówi: 'nie trzeba było spać na imprezie u Młodego. Fakt, tamtego dnia zajebałem się strasznie i zaliczyłem zgona jako pierwszy. to był ostatni etap Wyścigu o Cnotkę, z czego zdałem sobie sprawę jakis tydzień wcześniej. Wtedy w pociągu po raz pierwszy wyczuwam wrogość i dystans u Rudego. Wczesniej nawet się dogadywalismy. (Swoją drogą za używanie proszku podczas Wyścigu powinny byc punkty karne.)
Co nie zmienia faktu, że argument z rodzaju 'trzeba było nie spać' jest jednym z najgłupszych jakie w życiu słyszałem. Najwyraźniej przeceniłem jej iloraz o co najmniej trzydzieści sześć punktów. Jak suka nie da to pies nie weźmie, wiesz?

Skoro już nie mogłaś wytrzymać i dałaś dupy rudemu to nie oczekuj teraz że ten ktoś będzie cię chciał.

Ups, powiedziałem to na głos? No coż, słośliwy chochlik, ot co... To życie, nie rozczula się nad nikim, a już na pewno ja nie będę roczulał się nad tobą, choć mógłbym. Zawsze będziesz druga, choć był moment kiedy mogło być inaczej.

A teraz miałem zły sen i nie mogę dalej spać. We śnie mieszkałem w domu podobnym do Victorii, lecz nie do końca. Mój pokój jest o wiele większy, pełny przestrzeni, a ściany pomalowane są na ciemny, głęboki błękit. Mam obszerne łóżko (coś w rodzaju narożnika) oraz białą dziecięcą kołyskę. Jest pusta. Według logiki REM wiem że byli tu przed chwilą Kamil i Zet, ale wyszli właśnie do sklepu. To ma sens, to jedyni ludzie którym ufam bezgranicznie. Ale teraz ich nie ma a w kącie siedzi jakiś typ z kartonowym pudłem w rękach. Przedstawia się jako nowy sąsiad i wstaje. Wydzieram się na niego po angielsku: I don't give a fuck who you are, get out of my room! Zaczynamy sie szarpać, nie bezpośrednio tylko łapiąc za to pudło właśnie i w końcu wypierdalam go na zewnątrz. Na korytarzu czeka jego ekipa, odjebani jak do klubu. I znów sie wydzieram: I don't give a fuck who you are! What?!!! Ale oni tylko się śmieją. Na dole wchodzą do domu jakieś dupy, później wracają Kamil i Zet. W pokoju okna otwierają się same z siebie i robi się zimno, więc je zamykam i wychodzimy.

Z jakiegos powodu budzę się zlany potem, a sen wydaje mi się bardzo ważny, więc go spisuję a kilka dni później (gdy piszę te słowa) interpretuje go w senniku, choć nigdy wczesniej tego nie robiłem. Oto co wyszło:

Pusta kołyska: czeka Cię dotkliwy smutek.
Kartonowe pudło: rozczarowanie, przyjaciele oszukają cię w ważnych sprawach, ten kto ma pudło ma powód, aby coś ukrywać
Otwierane/zamykane okno: ktoś chce ci zaszkodzić, i znów: unikaj przewrotnych kolegów...

I jak tu nie wierzyć w siłę podświadomości?

Chciałbym zapomnieć o tym wszystkim. Amnezja. A co gdybym tak uszkodził sobie głowę wystarczająco, aby zapomnieć, dajmy na to, całą tę Grę i ten Sen też, wszystkie Gramy Skuna, ostatnie piętnaście miesięcy? Taki uraz powypadkowy fachowo nazywa się Amnesia Retrogada, utrata pamięci wywołana przez wstrząs. Gdybym znajdował się w jednej z tych wykręconych powieści science fiction, mógłbym zamówić sobie chirugiczną operację, wycięcie płata mózgu odpowiedzialnego za ten okres czasu. To da się zrobić.

Gdzie tam. Nie da rady. Tylko śmierć nas rozłączy. A co jeśli będę pamiętał po śmierci?

Mam pociąg do broni. Rzeczy które mogą robić krzywdę. Najpierw rozbite szkło, ale teraz jednak bardziej metal, ciężki w dotyku, solidny, weźmy taki kij do golfa, świszczący w powietrzu, jak pięknie zdobiłaby ścianę rozbita głowa takim kijem, istne dzieło sztuki, komu chciałbym zadedykować to płótno. Ktoś by się znalazł. Oj tak.

Twarz królowej patrzy obojętnie, fioletowo. Czyżbym znalazł się już w tym punkcie metafizycznych priorytetów że papier będzie kolejnym celem? Kurwa, źle wybrałem.

Bo w życiu trzeba mieć cel, panie i panowie. Trzeba mieć coś, do czego dąży się. A z dna jakie przedstawia butelka nie wydobędziesz nawet pół zeta, to wraca jak bumerang, efekt tych studiów to bumelant, kupe lat patrz jak na tle tych durniów ja frunę tak, skun mnie strasznie zrył, gorzej niż anielski pył i diabelski młyn.

soundtrack:  https://www.youtube.com/watch?v=RwUGSYDKUxU&spfreload=10

Wyobraź to sobie, jak Magik. Jak John Lennon. Wyobraź to sobie. Że nie ma podziałów, że nie ma nienawiści, odpowiedzialności, że wszyscy są zjednoczeni, nie myslą naprzeciw sobie, możesz sobie myslec że jestem marzycielem, ale przynajmniej mam ideę, mam ideę która nie zostanie skażona przez was. Nie jestem chyba sam w tym przekonaniu, świat jest pełen marzycieli, prawda?

 Nie wszystko co piszę trafia na bloga. To ziemia niczyja miedzy dwoma okopami. Jeden zawiera Aliantów idealistów którzy nocami oglądają fotografie swoich żon i dziewczyn, czytają listy od nich, wspominają stare czasy i nigdy nie odpalają trzech papierosów jedna zapałką. To słowa zabarwione na fioletowo, najlepsze na jakie mnie stać. Nie są dla was, tylko dla niej. Drugi okop to naziści, których ideały dawno zgniły w kałużach błota, a snajperzy nocami wypatrują ogników papierosów. W tym obozie wszystko jest dozwolone.

Fleszbek: Mam smołę na rękach. Próbuję zmyć ale nie schodzi. Przyszedłem tu tylko po telefon żeby wrócić do miejsca dolecowego, to znaczy dachu ponad sklepem monopolowym gdzie można kupić alko w ciągu 24. Czuję luz, czujesz luz? Ja już nie czuję zbytnio niczego, to bezsens, mam wstręt do jedzenia, innych ludzi, siebie, przede wszystkim włóczyłem się przez miejskie uliczki calutką noc i niepotrzebny był koc ani pies jak typowi co kimał, niepotrzebne buty z noskiem jak bramkarzom i tym co ich wpuszczali do całonocnych klubów, samowystarczalne jak łódź przeobrażona w dom, boathouse, a gdyby tak zamieszkać w jednej z tych zakrytych gondoli, pływać kiedy nic innego nie ma do roboty i podziwiać wodę naokoło - dziś byliśmy nad stawem, nie mal jęziorem i niemniej odbyłem pojedynek na rymy z Bieganem, wiesz naprawdę fascynują mnie słowa, ich pochodzenie, konotacje, rytmika, to jak można nimi czarować, wyobraź to sobie, sobie  - wyruszyć w łódce w podróż dookoła świata, w środku kuchenka na gaz, czajnik, stolik, krzesła, sypialnia i dziób titanica, wyobraźnia i iluzja.