Jestem wkurwiony. Ta złość
mnie napędza, zamienia krew w żyłach w lód, wydobywa się z
każdego pora skóry jak trujący gaz. Ciężkie robocze buty
wybijają rytm na chodniku, ale praktycznie ich nie czuję. Cień
przemyka po ścianach ciężarówek, latarnie zabarwiają ulice
na pomarańczowo. Przede mną idzie czarny, szczupła, wręcz
koścista sylwetka, do tego afro. Pewnie Kenia czy inna Somalia. Gapi
się kiedy go mijam, a mi w głowie wyświetla się krótka
animowana scenka, jak tym samym twardym, solidnym buciorem, wymierzam
kopniak z czuba w zgięcie kolana z tyłu nogi. Odwraca wzrok.
Wyprzedzam go na jakieś
dwadzieścia metrów. Wciąż uparcie nie mogę się skupić
nad tym co dalej, przyszłość jest odległa, nieważna, przeszłość
podła na tyle że teraźniejszość wyostrza zmysły. Chcę chłonąć
te szczegóły, uspokoić się, zawiesić wzrok na drzewach i
krzakach. Uwielbiam wszystko co zielone, to taki kojący kolor, mam
na sobie zieloną (pożyczoną) bluzę. To miał być dobry dzień.
Typ za mną włącza
muzykę. Tylko-kurwa-nie-to. Niezmąconą ciszę wieczoru na
fabrycznym odludziu wypełnia ohydne orientalne zawodzenie,
przywodzące na myśl brudne islamskie getta, gryzący zapach
przypraw zmieszany z niemytym ciałem. Przypomina pierdolonych
Hindusów, którzy mieszkają na dole w naszym (naszym!)
domu.
- Co to ma kurwa być!?
Bo chyba nie muzyka – mówię sam do siebie. To zły nawyk.
Gorączkowym gestem wyciągam własną empetrójkę. Dziś rano
odmówiła posłuszeństwa, ale teraz błyska niebieska lampka.
Dźwięk płynie może przez sekundę, a później urywa. Gdy
sytuacja powtarza się trzy razy, roztrzaskuję ten elektroniczny
szmelc o beton, Odpryski lecą na kilkanaście metrów i na
ulicę. Wtedy przypominam sobie, że w pamięci przechowywałem
jedyną kopię tekstu, który miałem wrzucić od kilku dni,
ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Tekst był o myśleniu
chujem, więc może i dobrze.
Wchodzę na ścieżkę
biegnącą przez park i rzekę. Jest ciemno i gdyby nie ten jęk
rodem z ulic Bombaju, byłoby też spokojnie. Wkurwienie osiąga
zenit; teraz już chcę wyszorować chodnik łbem tego brudasa.
Zaciskam pięści, a mały bezpiecznik w głowie, ten który
kontroluje decyzje i powstrzymuje impulsy, ten mały bezpiecznik jest
bliski pójścia z dymem. Niebezpiecznie bliski.
Zamiast tego wyciągam
słuchawki.
- Ej, ty! Trzymaj, weź słuchawki, tylko kurwa wyłącz ten jebany jazgot!
Patrzy na moją rękę,
trochę wystraszony, ale nawet strach nie maskuje bezgranicznej
tępoty w oczach. Widziałem więcej błysku i życia w spojrzeniu
krowy. Boże, otaczają mnie idioci.
- No bierz, masz to wyłączyć, próbuję pomyśleć – mówię.
- Aaa – gość stęka, ale dalej nic nie rozumie. Skąd oni ich biorą? Chce odejść, ale nie pozwalam mu i wciskam kabel do ręki. To że idziemy przez ciemny park, a może coś we mnie, a może jedno i drugie sprawia że go chwyta i podpina. Ja z kolei czuję się jak Adaś Miauczyński w Dniu Świra, ale jebać to. Serce nadal mocno bije i nadal mam ochotę niszczyć, burzyć, demolować.
- Dziękuję, sir – rzuca kiedy przyspieszam kroku. Jaki znowu sir? Jestem młodszy od ciebie, matole.
Wreszcie
cisza i w niej mijam kilka mostów i trafiam na dworzec. Pytam
jakiegoś typa o papierosa, ale mówi że ma ostatniego. Zbywam
go krzywym uśmiechem, który mówi: gdzieś już to
kiedyś słyszałem. Powinienem czekać na autobus, ale akurat
podjeżdża pociąg do miasta i pod wpływem chwili wsiadam. Wnętrze
jest jasno oświetlone, czyste, niemal sterylne, do tego trafiam do
tego samego wagonu co ten czarny. Tym razem ogląda się nerwowo.
Pewnie myśli że go śledzę, żeby dorwać gdzieś później
i okraść, albo wsadzić nóż pod żebro, a później
posiekać zwłoki na kawałki i schować do wanny. Albo coś w tym
stylu. Takie typy to w dziewięćdziesięciu procentach nerwy.
Opieram
skroń o pięść i pozwalam myślom odfrunąć kiedy pociąg rusza.
Pomarańczowa kamizelka i wyprany z uczuć głos, który mówi,
żebym więcej się tu nie pokazywał. To też już kiedyś
słyszałem. I moja odpowiedź, że w takim razie idź pierdol się.
Na odchodzie spojrzenie w lewo, na Laurę przy biurku, otoczoną
menadżerami. Udaje że nic nie widzi ani się słyszy, z
wystudiowaną miną udaje że coś czyta, co jeszcze bardziej mnie
nakręca. W końcu nie wytrzymuje i podnosi wzrok na sekundę.
Niewiele jest rzeczy bardziej podłych niż wzgardzona kobieta.
Posyłam jej najbardziej lodowaty zastrzyk pogardy na jaki mogę się
zdobyć i wiecie co? Mam nadzieję że będzie ją to palić.
Uparcie
wraca też dzisiejszy sen, niepokojący i wyrazisty, o tym jak jakiś
pedał próbuje się do mnie przystawiać w kiblu. Więc
wciskam mu łeb pod wodę i podtapiam, aż staje się coraz mniejszy,
coraz młodszy i bezbronny, aż w końcu topię niewinne dziecko.
Wtedy przestaje i budzę się.
A
wszystko zaczęło się przedwczoraj,
Teraz
(kiedy to piszę, mam już mocno w czubie) chcę jak najszybciej
spisać to, co się stało, zanim zniknie, gdzieś za mgiełką i
przejdę nad tym do porządku dziennego. Zanim to zaakceptuję.
A
więc zaczęło się od tego, że nie mogłem spać. Serce było zbyt
ciężkie pod wpływem nagromadzonej mieszanki używek i trosk, jakie
mu zaserwowałem. Zaczynam mieć pierwsze objawy arytmii, lecz jak na
razie zmuszam się żeby je ignorować aby jakoś funkcjonować.
Kiedy
nagle nie można spać, nieważne z jakiego powodu, człowiek nagle
odkrywa, że ma niezgłębione pokłady czasu do wykorzystania.
Godziny upływają bardzo powoli; spędziłem je na tym co zawsze,
czyli piciu za dnia, rozmowach prowadzonych byle otworzyć do kogoś
gębę oraz ogarnianiu spraw bieżących. A gdy zachodziło słońce
spakowałem plecak, wziąłem ze sobą muzykę. Jak zwykle nie
zdążyłem na 37; autobus odjeżdżał kiedy puściłem się
niezdarnym biegiem w stronę ronda. Komunikacja miejska jest jak
gołębie; jeśli pobiegniesz, tylko je spłoszysz.
Więc
ciśnienie rośnie, już wtedy, czekam na kolejnego busa i w końcu
wchodzę, jak zawsze, pokazując stary wymięty świstek. To już
ładnych kilka lat jeżdżenia na farcie, ale w Bham panuje niepisane
przyzwolenie na mnóstwo rzeczy, więc wszystko w porządku.
Tamtego dnia miasto wydawało się szczególnie brudne, z okna
widziałem dziwkę, która zaczepiała przechodnia. Łatwo je
rozpoznać. Kiedyś miałem podobną przygodę, w drodze do znajomego
w sobotnią noc spotkałem Murzynkę, która chciała się
oddać za jebane doładowanie gazu. Oddałem jej topkę zioła i
dobre pół godziny czasu, ale ani odrobiny godowego tańca, a
po wszystkim poczułem jak DeNiro w Taksówkarzu. Haha.
Jestem
spóźniony; znów biegnę przez główną ulicę w
centrum, bo mi kurwa zależy. Obecnie biorę (czy raczej: brałem)
podwózki do pracy i faktycznie, znajome auto pojawia się w
końcu, kiedy już myślałem że będę musiał wracać. To zdarzyło
się dzień wcześniej, kiedy wydałem resztkę hajsu w pobliskim
pubie, sam, sam jak palec obserwując ludzi i sącząc piwo.
Jako
że wcześniej miałem lekkie płuco, patrzę obojętnie spod
ciężkich powiek gdy auto wymija inne na autostradzie, z prędkością
stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. W środku ta
sama ekipa co zawsze: Tomek, kierowca, nieco cipowaty, ale dobry
chłopak, wierzy w Boga, czyta Biblię i puszcza Tedego albo
techniawki na stereo. Mariusz, potencjalny alkoholik, więc mamy o
czym rozmawiać, mieszka z Tomkiem. Ugna, Litwinka (od teraz już
nigdy nie zaufam nikomu kto pochodzi z tego dwulicowego kraju), z
ustami i twarzą Angeliny Jolie. Rozmawia z nami po angielsku,
chociaż rozumie polski. Ma faceta i dziecko, a mimo tego zapieprza
jak my, nienawidzi Birmingham.
Nagle
akcja rodem z GTA, bo tuż przed światłami na skrzyżowaniu drogę
zajeżdża nam radiowóz. Tomek hamuje i ledwo unika zderzenia.
Światła, latarki, krzyki, mamy wysiadać, później wysiadać
ma tylko kierowca. Dalej patrzę w miarę obojętnie. Czy coś jest
ze mną nie tak? Na miejscu kierowcy siada pies i wywozi nas w
szczere pole, gdzie dowiadujemy się, że driver jest pojebany, a
auto może być kradzione. Widocznie kierownica po lewej stronie
wprawia tutejsze służby w osłupienie.
Spisywanie.
Odciski palców. W innych okolicznościach domagałbym się
moich praw obywatelskich, ale i tak angielska policja ma moje
odciski, więc już wszystko mi jedno. Jeden do zera dla inwigilacji.
Pies czuje się w obowiązku poinformować mnie, że figuruję już w
bazie danych. Niedobrze, ludzie zaczną gadać, każda robota to
swoisty mikrowszechświat, gdzie każdy rozmawia o każdym. Ciężko
tego uniknąć.
Już
na miejscu, szybki papieros, po raz kolejny mam myśli, że praca na
magazynie nie jest dla mnie. Czy nie mógłbym się spełnić
robiąc umysłowo, za wyższe stawki. Zapewne, ale najpierw musiałbym
się wyzbyć tego kim jestem. Poza tym, lubię być w ruchu, siedząc
za biurkiem mógłbym dostać wścieklizny jak Laura.
A
właśnie, Laura. Również Litwinka, ciemne włosy, jakieś
trzydzieści lat. Niegrzeczna dziewczynka, gdy pewnego dnia
przyszedłem pod wpływem proszków, jej nos zaczął się
ślinić jak pies na kość. Dzisiaj patrzy inaczej. Mówi że
wyglądam lepiej. Lepiej niż wtedy, kiedy przeżywałem (znowu)
swoje pierdolone złamane serce i nie mogłem spać przez ponad
trzydzieści godzin. Patrzy kokieteryjnie.
Znajome
mordy naokoło. Zacznijmy od Persiego, czarnego, z którym
składałem kiedyś ciuchy, zanim mnie nie przenieśli na bardziej
odpowiedzialne i w ogóle męskie stanowisko. Podobno Persie ma
dziecko i byłą żonę, ale tak czy siak zachowuje się jak pedał i
raz czy dwa dotknął mojego ramienia gestem bynajmniej nie
przyjacielskim. Powiedziałem, że jeśli zrobi to znów, to go
znokautuję. Dalej robią dziewczyny: Ewa, słodka mała i rudowłosa;
świetnie mi się z nią rozmawiało, studentka biologii. Kasia, mała
blondynka, z którą nie tak dawno temu wybrałem się do kina.
Niestety, promieniująca wdziękiem z zewnątrz, w środku okazała
się... makabryczna. Jedyna rzecz,, która sprawia że jej
serce bije mocniej to trupy, a konkretnie kosmetyka zwłok.
Nasłuchałem się z jej ust historii o tym jak na praktykach
przekuwała igłą gałki oczne, balsamowała umarlaków i tego
typu rzeczy. Podobno nigdy nie miała chłopaka, choć jest dwa lat
trzy lata starsza. Podobno odrzuca od siebie ludzi. W głowie
nazwałem ją Śnieżką,
z razji tego, że aby roztopić jej serce, potrzeba by zapewne więcej
ciepła niż jest w jądrze słońca.
Ale
ludzi jeszcze rozkminię. Przejdźmy do rzeczy. W ciągu dwóch
godzin co najmniej pięć razy muszę rozmawiać z Laurą, jako że
cały czas coś idzie nie tak. Pyta o to, czy śpię normalnie.
Mówię, że jest już lepiej, że niby już mi przeszło, ale
w końcu jest starsza i nie daje się nabrać. Prowokuje mnie w
końcu; gdy sprawdzam coś na skanerze, podchodzi blisko, tak że
bliżej już się nie da. Wdycham zapach jej włosów, jej pot;
zapach seksu. Ona wdycha mój, wciąż zmieszany z adrenaliną,
a ja, no cóż, nieco upojony, wpisuję co trzeba, w
międzyczasie zataczając kręgi kciukiem nad klawiaturą jakbym... W
każdym razie Laura robi się mokra. Odstępuje na kroki widzę jak
spazmatycznie porusza biodrami, patrzy mi w oczy i przygryza wargi; a
potem niezdarne próbuje to zamaskować, cofając się do
swojego biurka. Chociaż też czuję, że coś drgnęło w
podbrzuszu, traktuję ją zimno. Traktuję jak dziwkę, ale
uprzejmie. Jeszcze nie wiem, że właśnie wydałem na siebie wyrok.
Sobota
Podobno gdy wstajesz w
środku nocy aby pisać, nie trzeba robić poprawek. Niech to będzie
prawdą, bo mam je gdzieś.
Piątku nie
pamiętam; zwolnienie wywołało głuchy efekt pustki, nie płacę za
mieszkanie, niech się dzieje co chce. Zamiast tego intensywnie
zapominam, przez dno butelki świat jest spowolniony i rozmyty.
Wybieramy się na imprezę w plenerze, festiwal sztuki ulicznej.
Kilka ulic w centrum miasta zostaje oddanych do dyspozycji
graficiarzy i pusta nie pozostaje żadna ściana w promieniu
kilometra. Niektórych tagów nie mogę odczytać w
ogóle, inne ujawniają swoją wiadomość po chwili, jakby
elementy układanki nagle zaskoczyły w głowie odbiorcy. Kupuję los
na loterii – bezwartościowy gest człowieka, który nie ma
na co wydać pieniędzy.
Palimy sporo, wlewamy w
siebie procenty i zanim dołącza reszta towarzystwa cała ta wyprawa
przestaje mnie obchodzić. BezOczu, raper, przyjeżdża z dziewczyną,
patrzą dziwnie, widzę w oczach drwinę. Ona mówi do mnie
'raper' ale patrzę jakbym widział ją pierwszy raz w życiu i temat
umiera. Robi się późno, ale zwlekamy, idziemy na ławkę
zapalić. Naprzeciwko siedzi dwóch Polaków, duży i
mały. coś jak Móżdżek i Pinky, w odwrotnej kolejności.
Mały, czyli Móżdżek, jest wygadany, aż za bardzo, drugi
tylko patrzy, nie odzywa się. Jego postura i wygląd mówi
więcej niż trzeba. Nasze oczy spotykają się na moment. Są
kompletnie wyprane z emocji.
Móżdżek okazuje
się islamistą. Z początku nie wierzę, dopóki Z nie zauważa
ciapackiego tatuażu na ręce. Na karku z kolei napis: Only God Can
Judge Me. Bóg, w sensie Allah. Móżdżek zaczyna nam
objaśniać zawiłości dogmatów, pokazuje filmik na którym
strzela z kałacha, ubrany w coś w rodzaju sutanny. Robi się
nerwowo, w końcu idziemy w swoją stronę, a oni za nami, ale tylko
kawałek.
W oddali słychać
dudnienie basu. Świat wydaje mi się bardzo odległy, ale w sumie w
porządku. Dzięki rosnącym cieniom grafy nabierają głębi, innego
wymiaru. A może to tylko skręty? Zanim wchodzimy w tłum zatrzymuję
resztę przed... No właśnie, ciężko to nazwać. Spreje mieszają
się w w obraz, karykaturę, z obwisłą, zmęczoną twarzą o
ciężkich powiekach i zdesperowanym grymasie. Postać trzyma w
rękach pudełko, na którym widnieje żółta buźka,
jeden z tych symboli, jakie na pewno znacie, czarne kropki jako oczy
i linia uśmiechu. Tyle że zamiast uśmiechu krzywa opada w
depresyjny łuk. Obok postaci jest dymek: Is there any hope of fixing
this? Całość hipnotyzuje mnie, na szczęście nie na długo.
Podążam za stadem do stolików upstrzonych co najmniej setką
niedopitych drinków. Robimy obchód, a jako że baki są
już puste, każdy wychodzi z butelką. Polaka poznasz niezawodnie po
tym jak doi czyjeś drinki. To coś jak łańcuch pokarmowy.
Butelkę później
otacza mnie tłum a Jamajski rastafarianin prowadzi koncert reggae.
Ledwo widzę na oczy, więc ignoruję tłum, zwłaszcza kobiety i
gibam się niezdarnie jak większość. Leci cover Damiana Marleya i
przez chwilę każdy się zapomina a ludzi ogarnia zbiorowa euforia,
a ręce idą do góry. To dobry moment. Stoję chwilę tuż pod
samą sceną i jak zawsze, gdy to robię, zastanawiam się jak by to
było po drugiej stronie. Następuje rozproszenie, gubimy się,
pamiętam rozmowę z nieznajomą i szukanie reszty. Jest głośno,
duszno i wszystko jedno. Totalna obojętność, przecież miałem się
bawić. Is there any hope of fixing this?
Nie wiadomo kiedy ani
gdzie oddalamy się od miejsca imprezy, chociaż nawet jeszcze się
na dobre nie zaczęła. Kilometr później siedzimy przy
fontannach. To jeden z lepszych zakątków w całym mieście, w
samym jego sercu, gdzie gmach muzeum wznosi się nad szerokim placem,
a czterometrowy sfinks patrzy kamiennym wzrokiem. Sfinks to symbol
zagadki i faktycznie pojawia się człowiek zagadka, po tym jak
zapraszamy go do siebie i z dala od grupki Angoli, zanim się na
siebie rzucą.
Gość jest tak
naładowany adrenaliną, że powietrze naokoło wydaje się
naelektryzowane. Historia, jaką nam przedstawia, kolejna historia
pojebańca, to opowieść o psie, który właśnie wyszedł z
więzienia. To wywołuje reakcję u Jotpeka. Jotpek nienawidzi psów,
lubi kozaczyć i w ogóle dobrze go mieć przy sobie na najbie.
Oznajmia, że z kurwami nie gadamy. Człowiek-zagadka prostuje się,
jakby dostał z liścia i zdejmuję bluzę. Jeśli Jotpek chce się
napierdalać, to zaraz będzie się kąpał w fontannie. Jotpek mówi
że nie chce. Ja tymczasem marzę, żeby któryś zrobił
pierwszy ruch i mógłbym zapomnieć o tej chwili napięcia.
Marzę o wbiciu pięsci tak głęboko w zęby tamtego, aż dojdą do
mózgu. To pragnienie nie opuszcza mnie odkąd straciłem
robotę. Z też jest gotowy, wymieniamy spojrzenia i widzę w nim
uśpioną tęsknotę za jakąś burdą.
W końcu mówię
typowi żeby się, kurwa, uspokoił. Nie ma gadki, na chwilę zapada
ciężkie milczenie, znowu nic mnie nie obchodzi. Gość przez chwilę
mówi; o tym, że wielkie uliczne zasady, że sam jest taki jak
my, że słucha Chady czy kogośtam. Wydaje mi się, że chciał się
zabić, o ile jeszcze tego nie zrobił. Idziemy dalej. Jak spokojni,
kurwa mać obywatele.
Reszta towarzystwa znika,
wracamy we dwójkę, w ciszy, przynajmniej jak na najebanych
ludzi. Jesteśmy już bardzo przejarani, a to oznacza, że czasem
niewiele gadamy. Przepalone obwody w mózgu, czy coś.
Niedzielny poranek wita płytą Cypress Hilla w odwarzaczu, jointem i
piwem. Życie się toczy.
Wtorek. Dalej pustka. Nie
mam gdzie się podziać, brak zajęcia sprawia, że ciskam się bez
celu po czterech ścianach, w końcu, gdy wybija upragniona dwunasta
w południe, opróżniam mocnego Guinnessa na dwa łyki. Ruszam
do miasta, w poszukiwaniu pracy, ale gdzieś tam w środku siedzi
diabełek, szczerzy zęby i wie swoje. Jest gorąco i dla ochłody
wpadam do klubu o nazwie Velvet. Sącze podwójnego Jacka
Danielsa z lodem w półmroku, o tej porze jest mały ruch,
jedynie kilku starych alkoholików.
Dzwoni Świnia, mówi
że zatrudnili u niego mojego brata. Tutaj mógłbym wpaść w
dygresję i zacząć snuć opowieść o młodszej, nieco prostrzej,
ale czystszej, utalentowanej wersji mnie, z jeszcze większym
syndromem emocjonalnego upośledzenia i odcięcia od rzeczywistości,
ale to zabrałoby czas do samego rana, a nie chcę (jeszcze) zasnąć
nad klawiaturą.
Dzwoni jako głos
rozsądku, bo wie, że nie mam umiaru, że nie panuję nad sobą,
kiedy jestem sam i mam pieniądze. Dzwoni na próżno.
Lekko pijany wpadam do
agencji (pracy, hehe). Kobiety wydają mi się odpychające,
rejestruje ich próżne gesty i zabiegi, przez które mam
przewracać się na plecy jak piesek. To znak, że terapia alkoholowa
zaczyna działać. Wracam na Broad Street, dzielnicę pubów,
klubów i przybytków zabawy wszelakiej. I wiecie co?
Zamawiam podwójną whisky z lodem w jednym. Później
drugim. I następnym. Siedzę i popijam je całkowicie sam, a ciszę
przerywają tylko przypadkowe rozmowy przy barze, muzyka i głosy w
tle, coś jak szum na pustym kanale. A właśnie. Pusty. Jebana
pustka.
Zalewam się w trupa do
momentu, kiedy dowiaduję się, że na karcie skończyły się
pieniądze. Coś tu nie gra, bo według wcześniejszych wyliczeń
miało być jeszcze na dwie, trzy godziny chlania. Zagadka wyjaśni
się kolejnego dnia, tymczasem powrót, przypadkowe rozmowy,
dystans, niedopowiedzenia. Dom.
Znacie tą scenę z
małego Księcia? Główny bohater spotyka pijaka i pyta go:
dlaczego pijesz? Na co tamten odpowiada: żeby zapomnieć. A o czym
chciałby zapomnieć? O tym że pije.
Jutro landlord spierdoli
mi się na głowę z czynszem. I będę musiał go skombinować,
znaleźć, w czipsach, kawie albo w parku w trawie. I cały ten cyrk
zacznie się od nowa.
Is there any hope of
fixing this?
Co ja właściwie wiem?
Tak naprawdę? Wiem że myślę więc jestem, wiem że nienawidzę
monotonii która za mną jak cień idzie, dlatego piszę. Że
przez ostatni rok postarzałem się co najmniej o pięć, że mam
pięść, pięć palców, środkowy dla padalców, pięć
dla paru, chęć zza baru wyciągnąć pięć browarów, i z
pięć gramów, pięć chamów co chcą spięć, pięć
minut do godziny duchów. Że są jeszcze ludzie których
kocham i być może jeszcze znaczę coś dla nich. Że przyciągam
ludzi z którymi coś jest nie tak. Że widzę świat przez
mgiełkę, skazany na instynkt, stwarzający pozory. Że mój
mózg przypomina gąbkę, taką do zmywania naczyń, którą
nagle potraktować ogniem. W takiej sytuacji ciężko nie utrzymywać
sekretów.
Liczy się przecież to
żeby być pierwszym, co nie? Żeby w końcu się wybić. Dajmy na to
takiego Chandlera – czytuję ostatnio jego kryminały. Stworzył
postać jedyną w swoim rodzaju, Phillip Marlowe, prywatny detektyw,
cynik który wciąż szuka kłopotów. Stworzył postać
o której nie da się zapomnieć. Marlowe tarza się w ludzkich
brudach za grosze, zawsze ma na końcu języka ciętą ripostę, a
zepsutych do szpiku kości klientów gości za pomocą whisky
lub bourbonu. A jednak jest dobrym człowiekiem. Czy nie o to chodzi
tak naprawdę? Aby postępować według własnego kodeksu, z
konsekwencją i czystym sumieniem? Jeśli takowego nie posiadasz,
współczuję.
Poniedziałek. Coś
ruszyło do przodu. To znaczy ja ruszyłem to do przodu, bo w życiu
nic samo nie przyjdzie. A jeśli czegoś mocno chcesz, to to
zdobędziesz. Obecnie chcę pieniędzy.