Nie miałem ostatnio czasu aby tu
zaglądać, ale łapcie zalążek pewnej historii, która
powiększy się zapewne o kolejną część lub dwie. Opowiadanie to
będzie poprawiane i tworzone na bieżąco, można powiedzieć, że
blog posłuży za brudnopis. Nie wiem czy jest dobre czy raczej
śmieszne – pisałem je na ciężkiej bombie – poza tym dawno
straciłem umiejętność obiektywnej oceny własnych rzeczy. Z jakiegos powodu dialogi sa oznaczone kropka, ale nie mam zamiaru sie wkurwiac pol godziny zeby to naprawic.
PS. to juz czwarty dzien bez skuna.
Papuga
Tego dnia, który miał wszystko
zmienić, Max obudził się po jedenastej z kapciem w mordzie.
Właściwie to obudził go Zenon, który wszedł do pokoju z
miską i dwoma talerzami. Miał świeżo wygoloną głowę i krótkie
spodnie. Max podniósł się ciężko z łóżka i
pokręcił głową, kiedy Zenon podał mu spliffa.
- Nie mogę, chłopie, po prostu nie
mogę – powiedział, po czym poczłapał do okna i szybkim ruchem
odsunął zasłony. Słońce wisiało już wysoko i bezlitośnie biło
w oczy. Spał prawie od osiemnastu godzin, spał niespokojnym,
urywanym snem, mieszającym się z jawą, jak to po wódce.
- Zrobiłem kurczaka, patrz – Zenon
rozsiadł się, dumny z siebie i zaczął dokładać sałatkę do
usmażonych piersi i ziemniaków. - Bierz, to twoje.
O kurwa, grubo – Max najpierw
wydoił resztę wczorajszego piwa a potem zabrał się do jedzenia.
- Zajebiste. Ej, wiesz, sorry że tak wczoraj nagle odpadłem, nie
było mi niedobrze ani nic, po prostu dopadła mnie straszna
paranoja, mówie ci, myślałem że pierdolne sobie w łeb.
Urwał bo i tak nie mógł
znaleźć słów żeby opisać co działo się z nim wczoraj.
Gdy poszedł do łazienki nie poznał odbicia w lustrze; było
kompletnie obce, monstrum o twarzy zaszczutego zwierzęcia i szeroko
otwartych, przerażonych oczach. Może to dlatego spał tak długo?
Gdy sen jest lepszy od jawy, człowiek pragnie już tylko śmierci.
Później pomyślał o Millie i ogarnęło go kłujące
poczucie winy. Zenon jakby czytał jego myśli i zapytał:
Jedziesz gdzieś dzisiaj?
Tak, za niedługo – Max
popatrzył na niego i szybko opuścił wzrok, na stertę puszek na
stole. Nie przeszkadzały im w obiedzie. - Muszę dzisiaj wyjść,
wyrwać się stąd. Poza tym... to chyba już koniec tej sesji.
Jakiej sesji?
No z jaraniem. To już trzy lata
jak pale dzień w dzień, to koniec, po wczoraj nie mogę tak
dalej.
Zenon popatrzył przez chwilę oczami
zwężonymi w szparki. Max w tym czasie przelatywały obrazy w
głowie; obrazy siebie samego opartego o kaloryfer, drżącego jak
podczas febry, a głos w głowie cały czas mówił. To był
głos ostrzy, noży i nożyczek wbijanych w krtań, głos bosych stóp
na autostradzie, głos budynków, które zapraszały, by
wszedł na nie, wszedł i popatrzył w dół...
Jeśli bez jarania osiągniesz
spokój ducha, proszę bardzo. U mnie to działa na odwrót.
Max wyszedł kilka minut później.
To był piękny dzień. To
był jeden z tych dni, kiedy miasto się nagrzewa, a metal i
karoseria odbijają promienie. Jeden z tych dni, kiedy wszyscy marzą
o morskich kurortach, a zazwyczaj muszą zadowolić się małym
skrawkiem zieleni w parku. Kiedy młode dziewczyny zakładają
lekkie, zwiewne i kwieciste sukienki, a te starsze robią dobrą minę
do złej gry. Roi się od ciemnych okularów i ciemnych myśli.
Max naciągnął czarną,
znoszoną bejsbolówkę niżej na oczy. Oglądał auta,
myśląc, że w tym kraju każdy, kto jest kimś, ma samochód.
Lub dwa. Lub cały podjazd. Później myśli pobiegły do
doszczętnie zalanego konta, w gruncie rzeczy to już niedługo
mogliby wysłać do niego poważnych ludzi, po odebranie
należności. Czy mogliby mu coś zrobić? Jakoś go to nie
ochodziło. Niewiele go ostanio obchodziło.
Jego uwagę przykuło
ogłoszenie na słupie, ozdobione zdjęciem zielonego ptaka. Brzmiało
następująco:
NAGRODA! NAGRODA! NAGRODA!
Zaginęła papuga Ara ze
zdjęcia. Reaguję na imię Tuśka Znalazcę prosimy o zwrot
kochającym właścicielom, nagroda wynosi 500 FUNTÓW! Jeśli
widziałeś lub znalazłeś Tuśkę zadzwoń pod 075 xxx xxx lub
zapukaj do naszych drzwi, pod 33 Shirley Road!
Papuga jak papuga, oczy jak
paciorki, dziób zakrzywiony w dół i zielone
upierzenie. Max wychylił głowę i spostrzegł, że ogłoszenie było
również na kolejnym słupie. Wisiało na wszystkich słupach
do końca ulicy. Komuś naprawdę zależało na swoim zwierzaku. No i
te pięć stówek... w tym momencie byłoby jak zbawienie.
Pomyślał o tym jak mógłby je pomnożyć ale szybko zdławił
tę myśl w zarodku. Już żadnych maszyn, żadnych gier liczbowych,
od teraz jedynym hazardem, jakiego miał zamiar się dopuścić,
mogło być przejście na czerwonym świetle.
Szedł tak zamyślony
ulicą, od czasu do czasu machał ręką, gdy widział znajomą
twarz, ale nie zatrzymywał się, ani nie przechodził na drugą
stronę, żeby pogadać. Wszedł do monopolowego i wybrał butelkę
słodkiego wina, jakieś porto, ze statkiem na czarnej etykietce. Nie
było go stać, na nic więcej, ale Millie powinno się spodobać...
Miał zamiar usiąść na ławce i
zapalić zanim przyjedzie autobus. Grzebał w kieszeniach ale w ręce
wpadały mu tylko bibułki. Kurwa mać, zostawiłem tabak w domu.
Mistrzowskie posunięcie. Eh,
zawsze tak było, zawsze czegoś zapominał. Zaczął się rozglądać
i wybierać drobne z kieszeni. Jak na złość nikt nie palił, para
staruszków, ciapata w burce, z wózkiem, te same co
zawsze moczymordy w pubie, do nich podejdzie w ostateczności...
A, jest. Jakieś
czterdzieści metrów w prawo, na krawężniku siedział typ i
Maxowi błysnęło żółte opakowanie tytoniu do kręcenia.
Podszedł do nieznajomego w brązowej skórze.
Gość nie
podniósł nawet głowy, wiec Max ponowił pytanie.
Yo, masz
odsprzedać papierosa?
W końcu
zareagował i spojrzał do góry a Max zobaczył jego twarz.
Mówisz
że chcesz fajka, he? - miał nieprzyjemny, szorstki głos, w którym
nie było nawet cienia uprzejmości. Nieznajomy wcisnął bletkę,
którą właśnie miał kręcić, do ręki Maxa, który
przez moment stał jak sparaliżowany. Chodziło o oczy. Max lubił
patrzeć ludziom w oczy, zazwyczaj usiłował łapać spojrzenia
przypadkowych przechodniów, po prostu po to, żeby coś z
nich wyczytać. Od jakiegoś czasu uczył się rozpoznawać ludzi po
oczach. Ale ten...
A powiedz mi,
gdzie są kurwa twoje? I gdzie są moje filtry? - sięgnął do
kurtki dziwnym, niepozornie powolnym ruchem. W ogóle cały
był dziwny, rysy twarzy były toporne, jakby wyrzeźbione z
kamienia. Tyle tylko, że aby stworzyć taką twarz, rzeźbiarz
musiał być na kacu, albo właśnie zbudzić się ze strasznego
koszmaru.
Mam bletki,
trzeba mi filtra i baki – powiedział Max, ale te słowa
zabrzmiały pusto i obco nawet w jego ustach. Schował drobne, czuł
że to nie jest dobry pomysł. Wyciągnął rękę po żółte
opakowanie, ale typ nawet nie drgnął.
Mówisz
że chcesz fajka, ta? - powtórzył i wstał. Ciężko
powiedzieć co było w nim takiego, ale kiedy się wyprostował,
słońce jakby trochę przygasło. Cały czas przeszywał Maxa
wzrokiem, ciężkim i nieruchomym, a źrenice wbijały się w niego
jak szpilki. Po chwili lewa powieka mrugnęła, tylko na moment.
Boże. - Jak masz na
imię, koleżko? Choć no na stronę.
Ehem, Mike –
powiedział Max. I poszedł kawałek za nim, jak zahipnotyzowany.
Już wiedział, gdzie widział wcześniej takie spojrzenie, tak
nieruchome i zimne jak głaz – w programach przyrodniczych, o
drapieżnikach. To były oczy drapieżnika.
Wiesz, szukam
tylko pretekstu, Mike.
Zbył tą uwagę
milczeniem i zaczął kręcić papierosa z podanego opakowania,
skupiając się na tej czynności, tak żeby nie musiał znów
na niego patrzeć.
Szukam tylko
pierdolonego pretekstu.
Do czego? -
spytał Max, ale gość tylko patrzył. Tym razem chłopak wytrzymał
spojrzenie, chociaż tamten znowu mrugnął. Wytrzymał bo w sumie
było mu już wszystko jedno.
Ok, dzięki za
szluga, spoko, siema – rzekł, po czym zaczął odchodzić.
Gdzie uciekasz
Mike? Ej, Mike!?
Była w tym głosie
jakaś moc, siła, która kazała Maxowi się odwrócić.
To nie była dobra siła, raczej chora fascynacja.
Jestem dla
ciebie miły, daje ci kurwa zajarać, coś taki nieuprzejmy!?
Nie jestem
nieuprzejmy, dzięki za to ale...
Co
ale, nigdy nie stawiaj się na równej pozycji, słyszysz!?
Jesteś nie-u-przej-my wiesz? - znowu mrugnięcie. Kurwa,
co za pojeb. Nieznajomy
zbliżył się, tak że gdyby nie czapka, stykaliby się głowami.
Jego ruchy były sztywne, jakby mechaniczne. Powietrze wydawało
się naelektryzowane, jak przed burzą.
Nie, nie
jestem i nie obchodzi mnie, czy będę żył jutro czy nie.
Nie wiedział,
dlaczego to powiedział, ale to była prawda. Jego słowa
zadźwięczały, przeszły swoisty rezonans i pod ich wpływem gość
cofnął się nieco. Ale cały czas patrzył jak jastrząb
wypatrujący ofiary. Po chwili zaczął znowu:
Gdybyś nie
był taki nieuprzejmy, wiesz co bym zrobił? Wiesz? Zabrałbym cię
do baru, o, tam, do Weatherspoona.
Max odpalił i
zaciągnął się.
Wiesz, masz
coś w oczach. Jakbyś zrobił coś. Rzeczy.
Nieznajomy
roześmiał się, a w jego śmiechu nie było ani odrobiny radości.
Właściwie to brzmiał jak odgłos tarcia, tarcia papieru
ściernego o ludzką skórę, jak odgłos wyrywania włosów.
Coś? Jak co?
Branie kokainy przez dwadzieścia lat? Robiłem dużo rzeczy,
nieuprzejmy chłopcze – po czym mrugnął. - Jestem twardym
irlandzkim skurwielem, czaisz?
Max poczuł że
już wystarczy. Podziękował za papierosa i poszedł na
przystanek, tym razem nie było nawoływania, ale miał okropne
przeczucie, że ten dziwny typ z oczami zabójcy mógłby
złamać mu kark jak zapałkę, cały czas utrzymując ten sam
wyraz twarzy. Ludzie chyba też coś przeczuwali, bo patrzyli na
niego z ostrożnością, zwykle zarezerwowaną dla chuliganów,
pijaków i innych takich.
Wtedy przyjechał
jego autobus i na jakiś czas zapomniał o całej sytuacji.
Jedynie w podświadomości pozostało groteskowe, ale w jakiś
sposób przyjemne wrażenie, że Psychol (jak miał nazywać
go od tej pory, gdy już spotkają się znów) polubił go,
a może nawet więcej. Rozumiał
go.
Przeciągnęła
się rozkosznie, zupełnie jak kotka. Letnie promienie wpadały przez
balkon na pościel, rozświetlając jej ciało i włosy. Nie była
ideałem, ale w tym momencie nie zamieniłby jej na nikogo. Skończyli
prawie całą butelkę słodkiego porto, zanim oddali się słodkim
chwilom, oddali się temu, do czego natura ich stworzyła.
Co,
znowu nie masz swoich fajek, kochany? - spytała z uśmiechem, ale
i nutką pretensji w głosie. Strąciła na podłogę pędzelek; w
wolnym czasie lubiła malować i rzeźbić, widziała siebię jako
artystkę.
Daj
spokój, gdyby nie to, nigdy byśmy się nie poznali, nie?
To
prawda.
Lubili
na siebie patrzeć, tak po prostu. Jakby każde spojrzenie zamykało
ich razem, zamykało na chwilę na resztę świata. Zniknęły
samobójcze myśli.
Jak
wyglądam? - spytała i odsunęła palcami potargane włosy.
Normalnie
– odpowiedział, zanim ugryzł się w język. No to
wtopa.
Jak
to normalnie!? - ściągnęła usta w dół.
Poczekaj,
poczekaj, nie o to mi chodziło. Jak chcesz, to coś ci opowiem.
Japończycy wierzą w pewną legendę, o dziewczynie, która
nocą spaceruje po ulicach. Dziewczyna ma na twarzy bliznę od ucha
do ucha, coś jak Joker z Batmana, widziałaś?
Pokiwała
głową, znowu zasłuchana. Boże, uwielbiał to, uwielbiał
wkręcać jej różne rzeczy.
To
ofiara przemocy domowej. Chodzi nocami i straszy przechodniów
pytaniem: jak wyglądam? Jeśli ktoś odpowie ze brzydko, albo w
ogóle nie tak jak trzeba, ścina mu głowę nożycami. -
Zrobił pauzę dla lepszego efektu. - A jeśli powie, że pięknie,
wtedy uśmiecha się, tym swoim trupim uśmiechem. Z kolei jeśli
powiesz 'normalnie', to wtedy wpadnie w zamyślenie i możesz
uciec.
A
chciałbyś ode mnie uciec?
Millie,
to ostatnia rzecz jakiej teraz pragnę.
Wyszli
na balkon, Millie już w sukience, a Max w bokserkach i koszulce.
Miasto, które zawsze postrzegał jako brudne getto dla
emigrantów, z tej perspektywy nie wyglądało tak źle. Miała
widok na tą lepszą, bogatszą okolicę, tuż poniżej był park, a
dalej majaczyły biurowce i apartamenty w centrum.
Często
opowiadasz mi takie makabryczne rzeczy – westchnęła,
wydmuchując dym, nadal trochę zarumieniona. - To fascynujące,
ale też trochę się tego boję. W barze ludzie są zawsze tacy
serdeczni, tak samo na uczelni, powinieneś ich kiedyś poznać.
Skrzywił
się nieznacznie. Podziwiając widok, na chwilę się zawiesił.
Millie myślała że to bardzo głębokie i w ogóle, ale po
prostu nie mógł się dobrze skupić bez skręta.
Zycie
bywa makabryczne. I fascynujące. I serdeczne. - wzruszył
ramionami. - Ty mi pozwalasz o tym zapomnieć, ale czasem samo
wychodzi.
A
słyszałeś o tych zaginionych dzieciach? - spojrzała tymi swoimi
wielkimi, ciemnymi oczami.
Nie,
tylko o zaginionej papudze.
No
to chodzi o to, że w ciągu miesiąca czwórka dzieci, do
dwunastu lat, po prostu rozpłynęły się w powietrzu. Dwójka
białych, jedno czarne i jeden mały Hindus. Pisali o tym w
Birmingham Mail.
Znowu
zapatrzył się na panoramę. Dzieciaki grały w piłkę pod nimi,
zrobili sobie bramki z paru kurtek i plecaków. Pstryknął w
ich kierunku niedopałkiem.
Dużo
tutaj pojebów. Pamiętasz tą historię historię o typie,
który łaził po centrum, kiedy były festyny i wstrzykiwał
pijanym laskom wirusa HIV?
Millie
zadrżała. Może przesadził, a może po prostu robiło się
chłodno, na horyzoncie zbierały się potężne, ciężkie burzowe
chmury.
Ty
nie dałbyś mi zrobić krzywdy?
Nie,
słońce. Nie. - Nachylił się i wyszeptał coś do jej ucha, po
czym delikatnie pocałował w szyję. Spodobało się jej.
Weszli
do środka, pijani własnym szczęściem, tak wyjątkowym dla nich, a
tak śmiesznym i znajomym gdy oglądanym od zewnątrz. To było
szczęście dwóch bardzo samotnych ludzi, którzy
pojęli, że czas ich samotności – przynajmniej na razie –
dobiegł końca.
Spuścili
żaluzję, by odciąć się od świata, gdzie właśnie zaczynało
grzmieć. Chmury sprowadziły prawdziwą nawałnicę.
Tymczasem
Pat Nevin, alias Butcher, alias Psychol, lubił burze. Zacierały
ślady.