Wednesday, 30 July 2014

zwrotka

Wszyscy chcą być Chrystusami
Albo Pezetami bez granic po kolejnej bani
Nie penerami z wenerami przesiani plenerami
Co różnią się dla turystów ale nie z natury
Znam te mury
Choć nie jestem taki sam i mnie też ukształtowały
Blask ulic i ich cienie
Mam dumny wzrok
Spojrzenie wiary pełne
Które na wskroś ciebie pali jak Rentgen
Analizuje głębię twojej duszy
Serce, które bije w rytmie nielegali
Nauczyłem się obserwacji więc piszę
O tym co widzę
Szaleństwo lub życie
Szczęście lub znieczulicę
Zazdrość, pychę
Doprawione pożądaniem,
Tworzą parę, on i ona
On ma wporzo z hajsem
A ona się puszcza za grosze
Gdy ją puszcza proszek
Puszczam w obieg te słowa i to jest przestroga
Dla was a dla nas ulga od tych myśli
A więc odkryj to i sprawdź to (mój rap!)
Tutaj po to by ta noc nie była tak (długa!)
To tak jakby do (ucha!)
Spiewała Lauryn Hill
To nieznany świat jak Silent Hill
Dalej z tym jadę choć sam wiem
Że niby wszystko już zostało napisane
Więc po co tak siedzę nad ranem?
Zajebane oczy, ledwo odróżniam sen i jawę
Zamęt, ale nie chodzi tylko o zabawę, chcesz to zaprzecz...

Wednesday, 16 July 2014

Bezsenność

Jeden umysł, co przemierza bezkresne laguny
Znam sekret sztuki co im zerwie struny
Nie zdradzę receptury, na kartce kreślę runy
Wdycham gęste chmury, masz to bez cenzury
A te we megle tłumy, ich świat jest zepsuty
To bezsens który wessie głupich
Jak czerwie z Diuny, wiesz, wiecznie suszy
Tych Perseuszy pod spojrzeniem Meduzy.

Gdy wyboru nie masz za nic masz kwestię zguby
Nie możesz, jak Piłat, umyć ręce od próby
Chcę więcej muzy aż zapłoną w mieście łuny
Gdzie częste próby znaleźć szczęście gubi
Niejeden, efekty, skutki jak kręgi na wodzie
Poszerzają się codzień, ja tylko robię swoje
I tylko tęsknię głupi do jej miękkiej skóry
Patrzę bezsennie w sufit, ale sen nie cuci,
kurwa co jest!?


(bez)
(bezsens)
(bezcel)
(bez niej)
(bezsen)
(bezsenność)


Zamiast zegarka cyka hajhet, już po drugiej
Siadam zaczynam pisać bo i tak dziś nie usnę,
Spojrzenie nieufne, ciasne masy ludzkie
W mieście, tu gdzie znaleźć kąt swój trudniej
To jak grać w dziada w budce telefonicznej
Celem zdobyć te hajsy, niech płyną jak Jangcy.
Każdy tak patrzy i jebać skrupuły
Każdy marny pucybut chce fortuny.
Widzę w mroku wyrastające kontury miasta
Myślę o podróży, miasto nas zniewoliło,
Gdzieś tam Jezus z Rio obejmuje zachodzące słońce,
Które za parę godzin dotknie ulic
Rozpocznie który to już dzień w dzień toniemy w robocie,
Udając że to nie my gonimy w peletonie,
Rymy w telefonie, bezsenne nocne myśli
Cenie sobię te chwile jak żadne inne wiesz?
To takie dziwne...

Saturday, 12 July 2014

?

Czy zanurzysz się w wir słów i pętli na bicie?
Czy zagubisz się w gniciu na pętli zawiśniesz?
Czy zamulisz się w piciu codziennym kaprysie?
Czy zasłużysz na miłość, piękny dar, życie?
Czy masz już syf gdzieś z tyłu przeszły nawałnice?
Czy gnasz w podróży bez wygód lecz z pełnym kanistrem?
Czy nauczył Cię pustych słów cenny magister?
Czy calutki swój żywot zmieścisz w walizce?
Czy katuszy w ukryciu nie zmierzy krew, łzy, strach, śince?
Czy światu krzywdy wyrządzone zwrócisz, pięść zaciśniesz?
Czy masz już być tym kim twój ojciec i geny z nazwiskiem?
Czy sztalugi od pierwszego krzyku otrzymałeś czyste?
Czy z natury nienawidzisz i niszczysz jak Hitler?
Czy kochasz ludzi chcesz im pomóc, leczyć, masz misję?
Czy sam musisz to wiedzieć tak jak ja po dziś dzień?
Czy znasz już te pytania i masz odpowiedzi wszystkie?


Czy szum maszyn sprawia że cierpisz nagminnie?
Czy wśród fabryk twój kwiat z cierni zakwitnie?
Czy tłumaczy Cię to że chcesz być jak Bill Gates?
Gdy w ludziach widzisz tylko ich ceny na piśmie?
Czy gówniarzy można winić za ucieczki na tripie?
Gdy już sami nie wiedzą co jest prawdziwe?
Czy do wózka przykute dziecko wierzy naiwnie,
W sny gdzie rusza w Himalaje z bloku bez pieniędzy na windę?
Czy duch straszy i nawiedza ścieżki za szczytem?
(wzgórza)
Po tym jak tutaj trzy naście razy go pocięli za łyżwę?
(na butach)
Czy twój azyl jest twój, czy go zmienisz za chwilę?
Czy zmuszany uciekać wrócisz kiedyś nad Wisłę?
Czy ruszamy świat pod nami przez te dobre ambicje?
Czy głód sławy służy mainstreamowi za dźwignię?
Czy wśród niewiadomych idziesz tak ja ja po dziś dzień?
Czy już znasz pytania i masz odpowiedzi wszystkie?



Pracuje ostatnio w miejscu gdzie ostatnie trzy godziny zmiany uplywaja na powolnym i leniwym udawaniu, ze robi sie cos produktywnego. No wiec cos produktywnego splodzilem.

Niby nie musze tego dodatkowo podkreslac, kazdy umie czytac, ale chyba kazdy tworca to ma, ta rozpaczliwa chec zeby uwypuklic wszystkie niuanse. Wiec co takiego jest w tych wersach?

Przede wszystkim ksztalt, forma, niemal matematyczna regularnosc. Bierze sie to ze sztuki skladania wielokrotnych rymow, o ktorych bylo juz wczesniej. Wielokrotne sa wtedy kiedy rymuja sie naraz po kilka sylab, slow lub nawet calych zdan. Umysl po jakims czasie jest wycwiczony do tworzenia takich wlasnie pokretnych tworow z tysiacem rymow. 

Tylko mowie.

Wednesday, 9 July 2014

Papuga (I)

Nie miałem ostatnio czasu aby tu zaglądać, ale łapcie zalążek pewnej historii, która powiększy się zapewne o kolejną część lub dwie. Opowiadanie to będzie poprawiane i tworzone na bieżąco, można powiedzieć, że blog posłuży za brudnopis. Nie wiem czy jest dobre czy raczej śmieszne – pisałem je na ciężkiej bombie – poza tym dawno straciłem umiejętność obiektywnej oceny własnych rzeczy. Z jakiegos powodu dialogi sa oznaczone kropka, ale nie mam zamiaru sie wkurwiac pol godziny zeby to naprawic.

PS. to juz czwarty dzien bez skuna.

Papuga



Tego dnia, który miał wszystko zmienić, Max obudził się po jedenastej z kapciem w mordzie. Właściwie to obudził go Zenon, który wszedł do pokoju z miską i dwoma talerzami. Miał świeżo wygoloną głowę i krótkie spodnie. Max podniósł się ciężko z łóżka i pokręcił głową, kiedy Zenon podał mu spliffa.
- Nie mogę, chłopie, po prostu nie mogę – powiedział, po czym poczłapał do okna i szybkim ruchem odsunął zasłony. Słońce wisiało już wysoko i bezlitośnie biło w oczy. Spał prawie od osiemnastu godzin, spał niespokojnym, urywanym snem, mieszającym się z jawą, jak to po wódce.
- Zrobiłem kurczaka, patrz – Zenon rozsiadł się, dumny z siebie i zaczął dokładać sałatkę do usmażonych piersi i ziemniaków. - Bierz, to twoje.
    • O kurwa, grubo – Max najpierw wydoił resztę wczorajszego piwa a potem zabrał się do jedzenia. - Zajebiste. Ej, wiesz, sorry że tak wczoraj nagle odpadłem, nie było mi niedobrze ani nic, po prostu dopadła mnie straszna paranoja, mówie ci, myślałem że pierdolne sobie w łeb.
Urwał bo i tak nie mógł znaleźć słów żeby opisać co działo się z nim wczoraj. Gdy poszedł do łazienki nie poznał odbicia w lustrze; było kompletnie obce, monstrum o twarzy zaszczutego zwierzęcia i szeroko otwartych, przerażonych oczach. Może to dlatego spał tak długo? Gdy sen jest lepszy od jawy, człowiek pragnie już tylko śmierci. Później pomyślał o Millie i ogarnęło go kłujące poczucie winy. Zenon jakby czytał jego myśli i zapytał:
    • Jedziesz gdzieś dzisiaj?
    • Tak, za niedługo – Max popatrzył na niego i szybko opuścił wzrok, na stertę puszek na stole. Nie przeszkadzały im w obiedzie. - Muszę dzisiaj wyjść, wyrwać się stąd. Poza tym... to chyba już koniec tej sesji.
    • Jakiej sesji?
    • No z jaraniem. To już trzy lata jak pale dzień w dzień, to koniec, po wczoraj nie mogę tak dalej.
Zenon popatrzył przez chwilę oczami zwężonymi w szparki. Max w tym czasie przelatywały obrazy w głowie; obrazy siebie samego opartego o kaloryfer, drżącego jak podczas febry, a głos w głowie cały czas mówił. To był głos ostrzy, noży i nożyczek wbijanych w krtań, głos bosych stóp na autostradzie, głos budynków, które zapraszały, by wszedł na nie, wszedł i popatrzył w dół...
    • Jeśli bez jarania osiągniesz spokój ducha, proszę bardzo. U mnie to działa na odwrót.
      Max wyszedł kilka minut później.




To był piękny dzień. To był jeden z tych dni, kiedy miasto się nagrzewa, a metal i karoseria odbijają promienie. Jeden z tych dni, kiedy wszyscy marzą o morskich kurortach, a zazwyczaj muszą zadowolić się małym skrawkiem zieleni w parku. Kiedy młode dziewczyny zakładają lekkie, zwiewne i kwieciste sukienki, a te starsze robią dobrą minę do złej gry. Roi się od ciemnych okularów i ciemnych myśli.
        Max naciągnął czarną, znoszoną bejsbolówkę niżej na oczy. Oglądał auta, myśląc, że w tym kraju każdy, kto jest kimś, ma samochód. Lub dwa. Lub cały podjazd. Później myśli pobiegły do doszczętnie zalanego konta, w gruncie rzeczy to już niedługo mogliby wysłać do niego poważnych ludzi, po odebranie należności. Czy mogliby mu coś zrobić? Jakoś go to nie ochodziło. Niewiele go ostanio obchodziło.
Jego uwagę przykuło ogłoszenie na słupie, ozdobione zdjęciem zielonego ptaka. Brzmiało następująco:


NAGRODA! NAGRODA! NAGRODA!

Zaginęła papuga Ara ze zdjęcia. Reaguję na imię Tuśka Znalazcę prosimy o zwrot kochającym właścicielom, nagroda wynosi 500 FUNTÓW! Jeśli widziałeś lub znalazłeś Tuśkę zadzwoń pod 075 xxx xxx lub zapukaj do naszych drzwi, pod 33 Shirley Road!

Papuga jak papuga, oczy jak paciorki, dziób zakrzywiony w dół i zielone upierzenie. Max wychylił głowę i spostrzegł, że ogłoszenie było również na kolejnym słupie. Wisiało na wszystkich słupach do końca ulicy. Komuś naprawdę zależało na swoim zwierzaku. No i te pięć stówek... w tym momencie byłoby jak zbawienie. Pomyślał o tym jak mógłby je pomnożyć ale szybko zdławił tę myśl w zarodku. Już żadnych maszyn, żadnych gier liczbowych, od teraz jedynym hazardem, jakiego miał zamiar się dopuścić, mogło być przejście na czerwonym świetle.
Szedł tak zamyślony ulicą, od czasu do czasu machał ręką, gdy widział znajomą twarz, ale nie zatrzymywał się, ani nie przechodził na drugą stronę, żeby pogadać. Wszedł do monopolowego i wybrał butelkę słodkiego wina, jakieś porto, ze statkiem na czarnej etykietce. Nie było go stać, na nic więcej, ale Millie powinno się spodobać...
Miał zamiar usiąść na ławce i zapalić zanim przyjedzie autobus. Grzebał w kieszeniach ale w ręce wpadały mu tylko bibułki. Kurwa mać, zostawiłem tabak w domu. Mistrzowskie posunięcie. Eh, zawsze tak było, zawsze czegoś zapominał. Zaczął się rozglądać i wybierać drobne z kieszeni. Jak na złość nikt nie palił, para staruszków, ciapata w burce, z wózkiem, te same co zawsze moczymordy w pubie, do nich podejdzie w ostateczności...
A, jest. Jakieś czterdzieści metrów w prawo, na krawężniku siedział typ i Maxowi błysnęło żółte opakowanie tytoniu do kręcenia. Podszedł do nieznajomego w brązowej skórze.
    • Sorry, masz może odsprzedać trochę baki?
    Gość nie podniósł nawet głowy, wiec Max ponowił pytanie.
  • Yo, masz odsprzedać papierosa?
    W końcu zareagował i spojrzał do góry a Max zobaczył jego twarz.
  • Mówisz że chcesz fajka, he? - miał nieprzyjemny, szorstki głos, w którym nie było nawet cienia uprzejmości. Nieznajomy wcisnął bletkę, którą właśnie miał kręcić, do ręki Maxa, który przez moment stał jak sparaliżowany. Chodziło o oczy. Max lubił patrzeć ludziom w oczy, zazwyczaj usiłował łapać spojrzenia przypadkowych przechodniów, po prostu po to, żeby coś z nich wyczytać. Od jakiegoś czasu uczył się rozpoznawać ludzi po oczach. Ale ten...
  • A powiedz mi, gdzie są kurwa twoje? I gdzie są moje filtry? - sięgnął do kurtki dziwnym, niepozornie powolnym ruchem. W ogóle cały był dziwny, rysy twarzy były toporne, jakby wyrzeźbione z kamienia. Tyle tylko, że aby stworzyć taką twarz, rzeźbiarz musiał być na kacu, albo właśnie zbudzić się ze strasznego koszmaru.
  • Mam bletki, trzeba mi filtra i baki – powiedział Max, ale te słowa zabrzmiały pusto i obco nawet w jego ustach. Schował drobne, czuł że to nie jest dobry pomysł. Wyciągnął rękę po żółte opakowanie, ale typ nawet nie drgnął.
  • Mówisz że chcesz fajka, ta? - powtórzył i wstał. Ciężko powiedzieć co było w nim takiego, ale kiedy się wyprostował, słońce jakby trochę przygasło. Cały czas przeszywał Maxa wzrokiem, ciężkim i nieruchomym, a źrenice wbijały się w niego jak szpilki. Po chwili lewa powieka mrugnęła, tylko na moment. Boże. - Jak masz na imię, koleżko? Choć no na stronę.
  • Ehem, Mike – powiedział Max. I poszedł kawałek za nim, jak zahipnotyzowany. Już wiedział, gdzie widział wcześniej takie spojrzenie, tak nieruchome i zimne jak głaz – w programach przyrodniczych, o drapieżnikach. To były oczy drapieżnika.
  • Wiesz, szukam tylko pretekstu, Mike.
    Zbył tą uwagę milczeniem i zaczął kręcić papierosa z podanego opakowania, skupiając się na tej czynności, tak żeby nie musiał znów na niego patrzeć.
  • Szukam tylko pierdolonego pretekstu.
  • Do czego? - spytał Max, ale gość tylko patrzył. Tym razem chłopak wytrzymał spojrzenie, chociaż tamten znowu mrugnął. Wytrzymał bo w sumie było mu już wszystko jedno.
  • Ok, dzięki za szluga, spoko, siema – rzekł, po czym zaczął odchodzić.
  • Gdzie uciekasz Mike? Ej, Mike!?
Była w tym głosie jakaś moc, siła, która kazała Maxowi się odwrócić. To nie była dobra siła, raczej chora fascynacja.
    • Jestem dla ciebie miły, daje ci kurwa zajarać, coś taki nieuprzejmy!?
    • Nie jestem nieuprzejmy, dzięki za to ale...
    • Co ale, nigdy nie stawiaj się na równej pozycji, słyszysz!? Jesteś nie-u-przej-my wiesz? - znowu mrugnięcie. Kurwa, co za pojeb. Nieznajomy zbliżył się, tak że gdyby nie czapka, stykaliby się głowami. Jego ruchy były sztywne, jakby mechaniczne. Powietrze wydawało się naelektryzowane, jak przed burzą.
    • Nie, nie jestem i nie obchodzi mnie, czy będę żył jutro czy nie.
Nie wiedział, dlaczego to powiedział, ale to była prawda. Jego słowa zadźwięczały, przeszły swoisty rezonans i pod ich wpływem gość cofnął się nieco. Ale cały czas patrzył jak jastrząb wypatrujący ofiary. Po chwili zaczął znowu:
    • Gdybyś nie był taki nieuprzejmy, wiesz co bym zrobił? Wiesz? Zabrałbym cię do baru, o, tam, do Weatherspoona.
      Max odpalił i zaciągnął się.
    • Wiesz, masz coś w oczach. Jakbyś zrobił coś. Rzeczy.
      Nieznajomy roześmiał się, a w jego śmiechu nie było ani odrobiny radości. Właściwie to brzmiał jak odgłos tarcia, tarcia papieru ściernego o ludzką skórę, jak odgłos wyrywania włosów.
    • Coś? Jak co? Branie kokainy przez dwadzieścia lat? Robiłem dużo rzeczy, nieuprzejmy chłopcze – po czym mrugnął. - Jestem twardym irlandzkim skurwielem, czaisz?
        Max poczuł że już wystarczy. Podziękował za papierosa i poszedł na przystanek, tym razem nie było nawoływania, ale miał okropne przeczucie, że ten dziwny typ z oczami zabójcy mógłby złamać mu kark jak zapałkę, cały czas utrzymując ten sam wyraz twarzy. Ludzie chyba też coś przeczuwali, bo patrzyli na niego z ostrożnością, zwykle zarezerwowaną dla chuliganów, pijaków i innych takich.
        Wtedy przyjechał jego autobus i na jakiś czas zapomniał o całej sytuacji. Jedynie w podświadomości pozostało groteskowe, ale w jakiś sposób przyjemne wrażenie, że Psychol (jak miał nazywać go od tej pory, gdy już spotkają się znów) polubił go, a może nawet więcej. Rozumiał go.





Przeciągnęła się rozkosznie, zupełnie jak kotka. Letnie promienie wpadały przez balkon na pościel, rozświetlając jej ciało i włosy. Nie była ideałem, ale w tym momencie nie zamieniłby jej na nikogo. Skończyli prawie całą butelkę słodkiego porto, zanim oddali się słodkim chwilom, oddali się temu, do czego natura ich stworzyła.
    • Co, znowu nie masz swoich fajek, kochany? - spytała z uśmiechem, ale i nutką pretensji w głosie. Strąciła na podłogę pędzelek; w wolnym czasie lubiła malować i rzeźbić, widziała siebię jako artystkę.
    • Daj spokój, gdyby nie to, nigdy byśmy się nie poznali, nie?
    • To prawda.
Lubili na siebie patrzeć, tak po prostu. Jakby każde spojrzenie zamykało ich razem, zamykało na chwilę na resztę świata. Zniknęły samobójcze myśli.
    • Jak wyglądam? - spytała i odsunęła palcami potargane włosy.
    • Normalnie – odpowiedział, zanim ugryzł się w język. No to wtopa.
    • Jak to normalnie!? - ściągnęła usta w dół.
    • Poczekaj, poczekaj, nie o to mi chodziło. Jak chcesz, to coś ci opowiem. Japończycy wierzą w pewną legendę, o dziewczynie, która nocą spaceruje po ulicach. Dziewczyna ma na twarzy bliznę od ucha do ucha, coś jak Joker z Batmana, widziałaś?
      Pokiwała głową, znowu zasłuchana. Boże, uwielbiał to, uwielbiał wkręcać jej różne rzeczy.
    • To ofiara przemocy domowej. Chodzi nocami i straszy przechodniów pytaniem: jak wyglądam? Jeśli ktoś odpowie ze brzydko, albo w ogóle nie tak jak trzeba, ścina mu głowę nożycami. - Zrobił pauzę dla lepszego efektu. - A jeśli powie, że pięknie, wtedy uśmiecha się, tym swoim trupim uśmiechem. Z kolei jeśli powiesz 'normalnie', to wtedy wpadnie w zamyślenie i możesz uciec.
    • A chciałbyś ode mnie uciec?
    • Millie, to ostatnia rzecz jakiej teraz pragnę.

Wyszli na balkon, Millie już w sukience, a Max w bokserkach i koszulce. Miasto, które zawsze postrzegał jako brudne getto dla emigrantów, z tej perspektywy nie wyglądało tak źle. Miała widok na tą lepszą, bogatszą okolicę, tuż poniżej był park, a dalej majaczyły biurowce i apartamenty w centrum.
    • Często opowiadasz mi takie makabryczne rzeczy – westchnęła, wydmuchując dym, nadal trochę zarumieniona. - To fascynujące, ale też trochę się tego boję. W barze ludzie są zawsze tacy serdeczni, tak samo na uczelni, powinieneś ich kiedyś poznać.
        Skrzywił się nieznacznie. Podziwiając widok, na chwilę się zawiesił. Millie myślała że to bardzo głębokie i w ogóle, ale po prostu nie mógł się dobrze skupić bez skręta.
    • Zycie bywa makabryczne. I fascynujące. I serdeczne. - wzruszył ramionami. - Ty mi pozwalasz o tym zapomnieć, ale czasem samo wychodzi.
    • A słyszałeś o tych zaginionych dzieciach? - spojrzała tymi swoimi wielkimi, ciemnymi oczami.
    • Nie, tylko o zaginionej papudze.
    • No to chodzi o to, że w ciągu miesiąca czwórka dzieci, do dwunastu lat, po prostu rozpłynęły się w powietrzu. Dwójka białych, jedno czarne i jeden mały Hindus. Pisali o tym w Birmingham Mail.
      Znowu zapatrzył się na panoramę. Dzieciaki grały w piłkę pod nimi, zrobili sobie bramki z paru kurtek i plecaków. Pstryknął w ich kierunku niedopałkiem.
    • Dużo tutaj pojebów. Pamiętasz tą historię historię o typie, który łaził po centrum, kiedy były festyny i wstrzykiwał pijanym laskom wirusa HIV?
Millie zadrżała. Może przesadził, a może po prostu robiło się chłodno, na horyzoncie zbierały się potężne, ciężkie burzowe chmury.
    • Ty nie dałbyś mi zrobić krzywdy?
    • Nie, słońce. Nie. - Nachylił się i wyszeptał coś do jej ucha, po czym delikatnie pocałował w szyję. Spodobało się jej.
Weszli do środka, pijani własnym szczęściem, tak wyjątkowym dla nich, a tak śmiesznym i znajomym gdy oglądanym od zewnątrz. To było szczęście dwóch bardzo samotnych ludzi, którzy pojęli, że czas ich samotności – przynajmniej na razie – dobiegł końca.
Spuścili żaluzję, by odciąć się od świata, gdzie właśnie zaczynało grzmieć. Chmury sprowadziły prawdziwą nawałnicę.





Tymczasem Pat Nevin, alias Butcher, alias Psychol, lubił burze. Zacierały ślady.

Thursday, 3 July 2014

Stado






Dziś będzie o pewnej książce (lub książkach).

Książka była strzałem na ślepo, leżała wciśnięta między tanią sensację a romanse. Niestety w Anglii nie znają się na literaturze, zwłaszcza jeśli coś jest napisane w nieznanych hieroglifach i sprowadzone z Polskiej hurtowni. To zmusza do poszukiwań. I w sumie dobrze, bo zdarzają się odkrycia jak to, odkrycia porównywalne do poszukiwacza złota, który ociera pot z czoła, macha kilofem w ostatniej rozpaczliwej próbie i widzi błysk wśród jałowej dotychczas ziemi.

Na pewno zna to uczucie grubas który siedział w fotelu za mną. Przetłuszczone włosy, szary podkoszulek rozciągnięty na brzuchu o objętości bębna od pralki. Nie zwraca uwagi na nic, wzrokiem pożera książkę w ręku, tak jak pewnie pożera w domu niekończące się porcje pizzy, a ser ciągnie się jak jego smutne w gruncie rzeczy życie. Chociaż skąd mam wiedzieć? Zgaduje tylko, tak jak wszyscy w dużym mieście, próbuję uporządkować chaos ludzi, głosów i barw w coś co ma sens. Gość zawsze przesiaduje w tym samym miejscu, widzę go często.

Ale wróćmy do książki. Nazwisko autora wywoływało odległy rezonans, jakbym powinien go znać. William Wharton. Powieść leży jakiś czas, czeka na swoją kolej.

Porównanie z żyłą złota jest bliskie prawdy, ale nie do końca oddaje złożoność sytuacji. Są na tym świecie poukrywane przeżycia i opowieści, w ludzkich głowach lub kartkach, taśmie, płótnie czy zdjęciach. Są opowieści które są jak zwrotnice na torach. Jeśli pociąg to nasze życie, poznanie tych historii zmienia kierunek podróży, zmienia sposób myślenia i postrzegania świata. Wharton to człowiek, który miał moc spisywania takich zdarzeń.

Zacznijmy od świata, w który wejdziesz jeśli nieopacznie sięgniesz po Stado. To lata Wielkiego Kryzysu dla amerykańskiej klasy robotniczej. Rodzina małego Dickiy'ego Kettlesona zmaga się z długami, później pracą i przedstawicielami fabryki, która wyrwale tępi raczkujące związki zawodowe. Dicky jest dobrym dzieckiem; ma nad sobą autorytet ciężko pracującego ojca, złotej rączki, który uczy dzieciaka podstaw zawodu stolarza. Historia rozkręca się bardzo powoli, Wharton poświęca długie strony opisowi rodzinnych stron, niespiesznie buduje kolejne wątki, przypomina to nieco 'Imię Róży' Umberto Eco, gdzie pierwsze kilkadziesiąt stron odstraszy większość, aby przesiać grono czytających do tych, którzy są wystarczająco cierpliwi, aby w pełni docenić kolejne, genialne rozdziały.

Skoro już o geniuszu, narracja w Stadzie jest dwutorowa, a opowieść, która przeplata się ze wspomnieniami dziecka mówi o geniuszu. Zycie Sture Modiga to życie wyjątkowej jednostki, wszechstronnie utalentowanej w czymkolwiek by się nie spróbowała. Niestety, Sture jest, jak i Dickie, naznaczony swoim pochodzeniem, ograniczony do życia na farmie. Nabywa tam nawyk i umiejętność rozmawiania ze zwierzętami, a te wydają się go słuchać i rozumieć. Jego ciekawość świata rozbłyśnie, gdy pójdzie do szkoły średniej, w wieku trzynastu lat i zainteresuje się mechaniką i maszynami. Później przychodzi wojna, która przerywa sielankę i na zawsze odbiera Sture beztroski uśmiech, choć nie brawurę i Modig zostaje kapitanem, a po powrocie – kierowcą rajdowym. Wharton czerpie z własnych przeżyć w armii by opisać żołnierza niemal idealnego, chociaż sam nim nie był. Ale o tym później.

Te dwa wątki połączone są motywem przyjaźni ze zwierzętami, przyjaźni daleko wykraczającej poza biologiczne różnice. Dickie ratuje życie małego kotka, Kanibala, od pewnej śmierci z głodu i odtąd są nierozłączni. Sture kupuje małe lwiątko, Tuffy'ego, od pijanego marynarza i Tuffy zostaje jego najlepszym, choć nie jedynym towarzyszem (później poznaje swoją przyszłą żonę). Małe lwiątko wyrasta na dwustukilogramową bestię, która potrzebuje pięciu kilo mięsa dziennie.

Wharton często sugeruje podobieństwo między lwami (czy kotami w ogóle) a człowiekiem, a robi to za pomocą pojęcia stada. Czym jest wasze stado? Czy to rodzina, grupa przyjaciół, czy korporacja? Czy stado dostarcza podstawowych potrzeb, pożywienia, potomstwa, zabawy, bezpieczeństwa? I wreszcie czy jesteście gotowi walczyć za swoje stado, polować, aby im te rzeczy dostarczyć? Jak dla mnie brzmi to niepokojąco blisko do ludzkich, zakodowanych pragnień.

Ludzkie zezwierzęcenie to pojęcie nieobce Whartonowi, był jego świadkiem podczas drugiej wojny, co opisuje w innej powieści, Szrapnelu. Żołnierze znużeni walką, ciągłym igraniem ze śmiercią, obserwują zwycięską Armię Czerwoną. Ruscy, napędzani wódką, plądrują okoliczne wioski, a gdzie pójdą, towarzyszy im gwałt i rabunek. Amerykanie biora z nich przyklad.To, w połączeniu z torturowaniem schwytanych Niemców, każe Whartonowi wątpić w człowieczeństwo, a także zadać pytanie, czy Alianci różnią się czymś od nazistów, czy zwycięzcy zawsze piszą swoją historię.

Tak więc druga część Stada jest o wiele bardziej mroczna i smutna. Jest to swoista pułapka, w ciągu poprzednich rozdziałów czytelnik (o ile nie ma serca z kamienia) zdążył już polubić bohaterów, utożsamia się z nimi, przeżywa ich emocje. Niestety działa to w obie strony - a kiedy życie Modiga, który przecież był czymś więcej niż stadnym zwierzęciem, był człowiekiem godnym podziwu – kiedy to życie w końcu sciąga go w dół, to boli. I wprawia w zadumę.

A jednak wątek Dicky'ego i jego rodziny, zwłaszcza ojca, lwa i przywódcy, jest ciepły, pełen uczucia, w jakiś sposób odizolowany od reszty świata. Daje nadzieję i wiarę w humanitarność, w najlepsze i najczystsze wartości.

Stado, oprócz tego że jest znakomicie opowiedzianą, fascynującą historią, zmienia swojego odbiorcę. Każe mu się zastanowić nad tym, jakim jest człowiekiem, obserwować i dostrzegać detale dotychczas ukryte przed umysłem, jakby nagle elementy układanki dopasowały się. Nie ma lepszej rekomendacji.

Po poranku, gdy skończyłem Stado, w takim właśnie nastroju zadumania, poznałem Millie. To był dobry, piękny dzień, nawet grubas przy Polskiej półce nie wzbudzał obrzydzenia, a próbę zrozumienia. Obserwowałem ludzi przy fontannach, a zwłaszcza ją. Siedziała za wielkim pomnikiem Sfinksa, wyciągała papierosa, a mi strasznie chciało się palić. Była studentką sztuki i kelnerką na drugim etacie. Pamiętam tylko jej oczy, jak ciemne źrenice powiększały się, te oczy obiecywały, prosiły o więcej. Przyszedłem tam również kolejnego dnia.