(Przestępcze myśli; Back in de dejs)
Tekst oparty jest na autentycznej, zasłyszanej historii. Cała reszta jest zmyślona.
Ze specjalną dedykacją dla Ryśka i Alkomata.
Rewizja
- Dzień dobry, jestem komisarz W. a to aspirant K. - mundurowy pokazał odznakę. - W związku z podejrzeniem popełnienia przestępstwa oraz podejrzeniem usunięcia dowodów tego przestępstwa, zgodnie z artykułem 220-stym kodeksu karnego musimy przeszukać mieszkanie.
J. patrzył przez chwilę z nieskrywanym zdumieniem. Stojący obok R. mógłby uznać je za prawdziwe, gdyby nie to że znał J. od piaskownicy.
-Ale… o co chodzi? - odezwał się w końcu. - Jeśli to o wczorajszą noc to nie zakłócaliśmy ciszy nocnej po skardze sąsiadki z góry, proszę, hmm, pana. Jeśli to donos…
-Proszę nie utrudniać nam pracy - odparł komisarz, wyższy, z wąsem i w ogóle budzący zaufanie bardziej niż jego szczurowaty kolega. - Nie jesteśmy upoważnieni do udzielania takich informacji. A teraz proszę nas wpuścić. Po czym wsadził rękę w drzwi i wprosił się do środka.
-No dobrze, niech, hmmm, panowie wejdą. Chociaż naprawdę nie wiem o co chodzi. Może, hmmm, herbatki? - J. wyszczerzył zęby. R. tylko się skrzywił, jakby chciał powiedzieć ‘przeginasz chłopie’.
-To się jeszcze zobaczy, chłopcze.
Do J. ciężko było mówić chłopcze. Wysoki, łysy, o grubych rysach twarzy i jeszcze grubszych łapach przypominał atletę przy aspirancie Szczurku. R. z kolei wyglądał na naście lat, chociaż wchodził już w wiek chrystusowy, to puszki Tyskacza zapewniały mu wieczną młodość.
Zaczęli od przetrzepania materaców i poszewek na łóżku pietrowym w sypialni. Gospodarz biernie przyglądał się jak leci jego kojo, potem rzeczy z szafy.
-Może, hmmm, panowie znajdą jakąś Japonkę - znowu zażartował J. ale tamci się nawet nie odwrócili. J. przypomniała się historia którą gdzieś ostatnio słyszał, o bezdomnej kobiecie w Japonii, która przez rok mieszkała w szafie jakiegoś gościa, bez jego wiedzy. W końcu koleś się zorientował bo znikało jedzenie i zainstalował kamery. To musiało być zaskoczenie, pięćdziesięcioletnia skośnooka raszpla skitrana w szafie. Nie dość że dzieliła z nim mieszkanie, to jeszcze lodówkę i łazienkę.
Wiedzieli czego szukają. Metodycznie przeszukiwali każdy zakamarek, kuchnię, lodówkę, kibel, ze szczególnym uwzględnieniem szafek na lekarstwa, barek, wnętrza foteli, kanapy (aż dziwne że jej nie rozpruli!), nawet popielniczka w poszukiwaniu jakiegoś podejrzanego niedopałka. Jakbyśmy byli amatorami. Za lolka nas nie posadzicie, śmiecie.
Wszystko leżało na ziemi, wybebeszone, wypierdol życie na ziemię, poźniej se pozbierasz. Obrazek z Janem Pawłem II leżał na podłodze, ze zbitą szybką i J. wkurwił się na moment.
-No i co? Wpadają, hmmm, panowie do spokojnych ludzi i wywracają wszystko na drugą stronę. Macie coś na nas czy nie. I co z nakazem?
‘Czy nie’ nie było pytaniem, tak mówili wszyscy z osiedla i J. skarcił się w duchu. To było niepotrzebne, ale przynajmniej Kaczor miał rację. Wpadł jakieś dwie godziny temu z wywieszonym jęzorem, no ale później z tego jęzora popłynęły niezbędne informacje.
-Chłopaki ktoś was sprzedał, psy jadą! - Spojrzał na to co leżało na ławie i oczy o mało nie wyszły mu z orbit. - No to macie przejebane… - I zaczął tak biegać po mieszkaniu, jakby był kotem ciągniętym za ogon.
J. westchnął. Poszedł do kuchni gdzie akurat Kaczor motał się dookoła butelek, pamiątki po ostatnim chlaniu.
-Kaczor, kurwa weź się ogarnij! Po pierwsze, nie macie przejebane, tylko mamy przejebane. Po drugie, nie mamy przejebane tylko mamy chwile czasu żeby zrobić porządek. I po trzecie masz tu setkę i siadaj na dupie.
Podziałało. Tamtemu wróciły kolory i znieśli wszystko do piwnicy koleżki z bloku, chociaż R. miał już trochę w czubie i chciał jeszcze obić Kaczorowi ryj, tak dla pewności, ale on już taki był.
Znieśli ładunek w reklamówkach z reala, oprócz tabletkarki, bo to cholerstwo było strasznie ciężkie. Amfetamina, czystości około osiemdziesięciu procent, efedryna, trochę mety, dużo zielonego, pecyny i cały ten zestaw małego chemika. Wyczyścili wszystko skrupulatnie, a teraz...
- Mam dla pana jeszcze kilka pytań - odezwał się wąsaty, wyraźnie rozczarowany. - Muszę również rzucić okiem na pana dowód osobisty, oraz pańskiego kolegi. Może usiądziemy?
J. umieścił na miejscu wyrwane siedzenie od fotela i zasiadł do szerokiej dębowej ławy. Wtedy to zobaczył i serce na moment przestało mu bić. To pewnie R. , jebany moczymorda, zapomniał się. Na widoku, obok sterty ulotek leżało białe opakowanie po tabletkach. Zostały jeszcze jedna czy dwie, kto wie co to było, prochów walało się po domu mnóstwo. Swoją drogą to ciekawe że nie przyszli z psem.
- A więc dowód, pesel, zaraz, dziewięć pięć zero osiem… - brwi wąsatego tworzyły jedną schodzącą do środka zniecierpliwioną linię. - Jeśli chodzi o nakaz, powinien otrzymać go w ciągu 7 dni.
-A jak to tak bez nakazu? - palnął R. jak gdyby nigdy nic, jakby nie widział, jakby na stole nie było czegoś co może naprowadzić ich na pewną piątkę za kratki.
- Nakaz będzie pocztą, a przy okazji czy był pan już karany? - zwrócił się znowu do J.
- Tak, wszystko jest w papierach. My nic nie zrobiliśmy, nie wiemy o co chodzi.
- Bierzesz narkotyki? - przerwał mu znowu wąsaty. R. w tym czasie stał obok aspiranta Szczurka i we dwójkę próbowali na siebie nie patrzeć z odrazą. Słabo im to wychodziło. - Odpowiesz? Pewnie że bierzesz, jak wy wszyscy.
Widocznie starszy pies chciał ich jeszcze trochę pomęczyć, szukał na nich
czegoś ale nic nie podchodziło. W końcu spojrzał zza długopisu na stół i podniósł tabletki. J. zamknął na moment oczy, a serce na moment się zatrzymało, po czym uderzyło jak młotem. -A to, co to jest? Nieoznakowane opakowanie?
Na moment J. był jak antyczna grecka rzeźba, jak ludzie na aukcjach kiedy cena winduje się w górę, poza ich możliwości finansowe, pasują i nie drgnie im ani muskuł. Przypomniał mu się pierwszy raz kiedy trafił na komendę. To były wakacje i jako szczeniak pił z kolegami na klatce schodowej, na jednym z tych dobrze utrzymanych osiedli, do tego pojawiły się dobrze utrzymane dziewczyny zachwiane jakimś wytwornym winem. J. też czuł się przy nich
wytwornie, chociaż darły się nawet jak rozmawiały i w końcu stara ropucha z pierwszego piętra zadzwoniła po lokalny oddział pasożytów, czyli straż miejską. J. był generalnie wkurwiony tamtego wieczoru bo dwa razy proponował zmianę miejscówki ale wszyscy zostali. Nie miał zameldowania i to w połączeniu z ciętym językiem oznaczało, że musiał odwiedzić specjalny pokoik. Był tam jeden smerf, który pozował twardego i skopał mu nogi okrutnie po drodze, ale J. nie dał mu tej satysfakcji i nie upadł. Obili mu też pięty, tak że przez tydzień chodził stopami wewnątrz jak jakiś cwel.A może chodziło tylko o to żeby nogi drżały, żeby pokonać go psychicznie przez strach. Na miejscu kazali mu wyciągnąć wszystko i rozebrać się. Fart mu sprzyjał bo nie miał nic tamtego dnia, nawet bletki, a i tak sprawdzali każdą drobinę tytoniu, kamyki w bucie. Później, trochę poniżony lecz spokojny zakładał szerokie spodenki, gdy nagle coś zaszeleściło w koszu po lewej. Ten który robił za kozaka, wojskowego, kazał mu podnieść co upadło. I tak jak teraz miał przez moment pustkę w głowie. Nie schylił się tylko tak stał, może pięć sekund, może pięćdziesiąt. Dopiero po tym czasie pojawiła się myśl, spóźniona jak peleton po zwycięzcy. To co podniesiesz jest twoje.
Poradził sobie wtedy, jako gówniarz, to poradzi sobie i teraz. Trwał tak przez moment w tej pustce i w końcu powiedział pierwszą rzecz która przyszła mu do głowy.
- To? To moje tabletki na pamięć.
- A czemu nic na nich nie pisze?
- Zapomniałem.
Komisarz popatrzył na niego przez chwilę i roześmiał się. Napięcie opadło. Spojrzał na zegarek a później na swojego przydupasa.
-No i co, nic nie ma? Wygląda to na pomyłkę.
I tyle. J. znów był sobą, znów był pod kontrolą i kiedy odprowadził tych durniów, jednego młodego osła i jednego starego muła, do drzwi, znów miał wolność, pieniądze i życie.
I znów swędziały go zęby.
- Haha co ty wymyśliłeś z tą tabletką to ja nie mogę - R. otworzył piwo, wyrwał dzyndzel i wziął solidny łyk.
- O kurwa, grubo było… - westchnął J. - Patrz jaki syf zostawili. Ktoś musiał nas wjebać. Ale to zaraz będziemy kminić kto się okazał frajerem. Dzwoniłeś w ogóle do Dżokera?
- Co ty nie odbiera, pewnie posuwa tą swoją ciemną, Niki. Coś ostatnio wkręcał że dała mu za kasę na cracka.
- To mogła dać za cracka, jakby do nas przyszedł, hehe. - J. wyszedł na balkon i splunął za oddalającym się radiowozem. - Poza tym musi uważać, nie dość że do takiego próchna chodzi to jeszcze Niki, z takim imieniem nie może nie być złodziejką.
Zapalił papierosa i czekał aż rozdzwonią się telefony.
No comments:
Post a Comment