Tuesday, 30 June 2015
Sens
Życie go ma. Jest druga dwadzieścia dwa. Produkcja trwa. Sens to produkcja. Producent decyduje o pierworodnym kształcie produkcji, przed oszlifowaniem. Więc to tak. Nie wiedziałem.
Sen
Śni ci się czasem polowanie na zło?
Właśnie wybudziłem się z najgorszego koszmaru od lat. Jeśli tak ma wyglądać zrywanie z nałogiem, chyba zacznę wcześniej wstawać.
We śnie były latające sanie, renifery i dużo śniegu. Naprawdę dużo śniegu. Na jednym stole wysypałem fetę, na drugim Frano wysypał koks. Był też ktoś trzeci, dziewczyna. Mieliśmy już mieszać prochy gdy pod dom podjechało auto i dziewczyna mówi: To Frances! Wróciła! Zwijamy się! Wcześniej była wolna chata. Chowam się w pokoju tuż przed tym jak otwierają się drzwi frontowe, zanim znikam mówię im jeszcze: schowajcie koks...
W pokoju jest Domi, niewyraźna, obecna niemalże tylko głosem, jak duch. Jest też zeszyt... Gdy tylko pomyślę o zeszycie przechodzą mnie dreszcze, wszystkie włoski na ręce stają dęba w napadzie gęsiej skórki. Domi pyta czy słucham Comy, pyta współczująco, lecz za tym współczuciem kryje się oskarżenie. Mówię że czasami (kłamię, nigdy nie słyszałem żadnego kawałka, czytałem jedynie ze dwa teksty) a ona wtedy przewraca kartkę (znów dreszcze, do tego szklanki w oczach) i na następnej stronie jest coś dziwnego. Pyta czy to moje.
Na kartce jest czerwony wzór, który nieco przypomina pismo. Być może takim językiem posługują się w piekle. Gdy TO widzę, mówię tylko Jezu i wpatruję się zahipnotyzowany. Wcześniej są jakieś słowa lecz urywają się i wtedy wzór rozpoczyna swój ohydny taniec na papierze do końca strony. Jest dużo skrzyżowanych linii i te krzyżyki są potworne, pochylone, plugawe, przywodzą na myśl las krzyży, masowe groby, Golgotę, las krzyży a do każdego przybita postać w agonii, przywodzą na myśl ślady jakie mogą zostawić zakrwawione paznokcie drapiące w panice po ścianie. Linie są cienkie, zawijają się i przecinają nawzajem, w jakiś sposób patrzenie na nie boli, wypacza umysł, wykracza poza racjonalne pojmowanie świata. Lepiej tego nie opiszę, to jakby opisywać kolory daltoniście.
Gdybym chciał odtworzyć linie, straciłbym rozum.
Gdyby mi się udało je odtworzyć i pokazać, mógłbym wywołać niekontrolowaną rzeź, jak w la Fin Absolute du Monde - to historia o filmie z aniołem w roli głównej. Bóg zsyła na ziemię anioła, a ten spotyka reżysera. Reżyser kręci film nad wszystkie filmy, absolutny hit, w którym to odcina aniołowi skrzydła na wizji. Stopklatka.
Budzi mnie pojedynczy dźwięk dzwonu z kościoła nieopodal.
Monday, 29 June 2015
Rewizja
(Przestępcze myśli; Back in de dejs)
Tekst oparty jest na autentycznej, zasłyszanej historii. Cała reszta jest zmyślona.
Ze specjalną dedykacją dla Ryśka i Alkomata.
Rewizja
- Dzień dobry, jestem komisarz W. a to aspirant K. - mundurowy pokazał odznakę. - W związku z podejrzeniem popełnienia przestępstwa oraz podejrzeniem usunięcia dowodów tego przestępstwa, zgodnie z artykułem 220-stym kodeksu karnego musimy przeszukać mieszkanie.
J. patrzył przez chwilę z nieskrywanym zdumieniem. Stojący obok R. mógłby uznać je za prawdziwe, gdyby nie to że znał J. od piaskownicy.
-Ale… o co chodzi? - odezwał się w końcu. - Jeśli to o wczorajszą noc to nie zakłócaliśmy ciszy nocnej po skardze sąsiadki z góry, proszę, hmm, pana. Jeśli to donos…
-Proszę nie utrudniać nam pracy - odparł komisarz, wyższy, z wąsem i w ogóle budzący zaufanie bardziej niż jego szczurowaty kolega. - Nie jesteśmy upoważnieni do udzielania takich informacji. A teraz proszę nas wpuścić. Po czym wsadził rękę w drzwi i wprosił się do środka.
-No dobrze, niech, hmmm, panowie wejdą. Chociaż naprawdę nie wiem o co chodzi. Może, hmmm, herbatki? - J. wyszczerzył zęby. R. tylko się skrzywił, jakby chciał powiedzieć ‘przeginasz chłopie’.
-To się jeszcze zobaczy, chłopcze.
Do J. ciężko było mówić chłopcze. Wysoki, łysy, o grubych rysach twarzy i jeszcze grubszych łapach przypominał atletę przy aspirancie Szczurku. R. z kolei wyglądał na naście lat, chociaż wchodził już w wiek chrystusowy, to puszki Tyskacza zapewniały mu wieczną młodość.
Zaczęli od przetrzepania materaców i poszewek na łóżku pietrowym w sypialni. Gospodarz biernie przyglądał się jak leci jego kojo, potem rzeczy z szafy.
-Może, hmmm, panowie znajdą jakąś Japonkę - znowu zażartował J. ale tamci się nawet nie odwrócili. J. przypomniała się historia którą gdzieś ostatnio słyszał, o bezdomnej kobiecie w Japonii, która przez rok mieszkała w szafie jakiegoś gościa, bez jego wiedzy. W końcu koleś się zorientował bo znikało jedzenie i zainstalował kamery. To musiało być zaskoczenie, pięćdziesięcioletnia skośnooka raszpla skitrana w szafie. Nie dość że dzieliła z nim mieszkanie, to jeszcze lodówkę i łazienkę.
Wiedzieli czego szukają. Metodycznie przeszukiwali każdy zakamarek, kuchnię, lodówkę, kibel, ze szczególnym uwzględnieniem szafek na lekarstwa, barek, wnętrza foteli, kanapy (aż dziwne że jej nie rozpruli!), nawet popielniczka w poszukiwaniu jakiegoś podejrzanego niedopałka. Jakbyśmy byli amatorami. Za lolka nas nie posadzicie, śmiecie.
Wszystko leżało na ziemi, wybebeszone, wypierdol życie na ziemię, poźniej se pozbierasz. Obrazek z Janem Pawłem II leżał na podłodze, ze zbitą szybką i J. wkurwił się na moment.
-No i co? Wpadają, hmmm, panowie do spokojnych ludzi i wywracają wszystko na drugą stronę. Macie coś na nas czy nie. I co z nakazem?
‘Czy nie’ nie było pytaniem, tak mówili wszyscy z osiedla i J. skarcił się w duchu. To było niepotrzebne, ale przynajmniej Kaczor miał rację. Wpadł jakieś dwie godziny temu z wywieszonym jęzorem, no ale później z tego jęzora popłynęły niezbędne informacje.
-Chłopaki ktoś was sprzedał, psy jadą! - Spojrzał na to co leżało na ławie i oczy o mało nie wyszły mu z orbit. - No to macie przejebane… - I zaczął tak biegać po mieszkaniu, jakby był kotem ciągniętym za ogon.
J. westchnął. Poszedł do kuchni gdzie akurat Kaczor motał się dookoła butelek, pamiątki po ostatnim chlaniu.
-Kaczor, kurwa weź się ogarnij! Po pierwsze, nie macie przejebane, tylko mamy przejebane. Po drugie, nie mamy przejebane tylko mamy chwile czasu żeby zrobić porządek. I po trzecie masz tu setkę i siadaj na dupie.
Podziałało. Tamtemu wróciły kolory i znieśli wszystko do piwnicy koleżki z bloku, chociaż R. miał już trochę w czubie i chciał jeszcze obić Kaczorowi ryj, tak dla pewności, ale on już taki był.
Znieśli ładunek w reklamówkach z reala, oprócz tabletkarki, bo to cholerstwo było strasznie ciężkie. Amfetamina, czystości około osiemdziesięciu procent, efedryna, trochę mety, dużo zielonego, pecyny i cały ten zestaw małego chemika. Wyczyścili wszystko skrupulatnie, a teraz...
- Mam dla pana jeszcze kilka pytań - odezwał się wąsaty, wyraźnie rozczarowany. - Muszę również rzucić okiem na pana dowód osobisty, oraz pańskiego kolegi. Może usiądziemy?
J. umieścił na miejscu wyrwane siedzenie od fotela i zasiadł do szerokiej dębowej ławy. Wtedy to zobaczył i serce na moment przestało mu bić. To pewnie R. , jebany moczymorda, zapomniał się. Na widoku, obok sterty ulotek leżało białe opakowanie po tabletkach. Zostały jeszcze jedna czy dwie, kto wie co to było, prochów walało się po domu mnóstwo. Swoją drogą to ciekawe że nie przyszli z psem.
- A więc dowód, pesel, zaraz, dziewięć pięć zero osiem… - brwi wąsatego tworzyły jedną schodzącą do środka zniecierpliwioną linię. - Jeśli chodzi o nakaz, powinien otrzymać go w ciągu 7 dni.
-A jak to tak bez nakazu? - palnął R. jak gdyby nigdy nic, jakby nie widział, jakby na stole nie było czegoś co może naprowadzić ich na pewną piątkę za kratki.
- Nakaz będzie pocztą, a przy okazji czy był pan już karany? - zwrócił się znowu do J.
- Tak, wszystko jest w papierach. My nic nie zrobiliśmy, nie wiemy o co chodzi.
- Bierzesz narkotyki? - przerwał mu znowu wąsaty. R. w tym czasie stał obok aspiranta Szczurka i we dwójkę próbowali na siebie nie patrzeć z odrazą. Słabo im to wychodziło. - Odpowiesz? Pewnie że bierzesz, jak wy wszyscy.
Widocznie starszy pies chciał ich jeszcze trochę pomęczyć, szukał na nich
czegoś ale nic nie podchodziło. W końcu spojrzał zza długopisu na stół i podniósł tabletki. J. zamknął na moment oczy, a serce na moment się zatrzymało, po czym uderzyło jak młotem. -A to, co to jest? Nieoznakowane opakowanie?
Na moment J. był jak antyczna grecka rzeźba, jak ludzie na aukcjach kiedy cena winduje się w górę, poza ich możliwości finansowe, pasują i nie drgnie im ani muskuł. Przypomniał mu się pierwszy raz kiedy trafił na komendę. To były wakacje i jako szczeniak pił z kolegami na klatce schodowej, na jednym z tych dobrze utrzymanych osiedli, do tego pojawiły się dobrze utrzymane dziewczyny zachwiane jakimś wytwornym winem. J. też czuł się przy nich
wytwornie, chociaż darły się nawet jak rozmawiały i w końcu stara ropucha z pierwszego piętra zadzwoniła po lokalny oddział pasożytów, czyli straż miejską. J. był generalnie wkurwiony tamtego wieczoru bo dwa razy proponował zmianę miejscówki ale wszyscy zostali. Nie miał zameldowania i to w połączeniu z ciętym językiem oznaczało, że musiał odwiedzić specjalny pokoik. Był tam jeden smerf, który pozował twardego i skopał mu nogi okrutnie po drodze, ale J. nie dał mu tej satysfakcji i nie upadł. Obili mu też pięty, tak że przez tydzień chodził stopami wewnątrz jak jakiś cwel.A może chodziło tylko o to żeby nogi drżały, żeby pokonać go psychicznie przez strach. Na miejscu kazali mu wyciągnąć wszystko i rozebrać się. Fart mu sprzyjał bo nie miał nic tamtego dnia, nawet bletki, a i tak sprawdzali każdą drobinę tytoniu, kamyki w bucie. Później, trochę poniżony lecz spokojny zakładał szerokie spodenki, gdy nagle coś zaszeleściło w koszu po lewej. Ten który robił za kozaka, wojskowego, kazał mu podnieść co upadło. I tak jak teraz miał przez moment pustkę w głowie. Nie schylił się tylko tak stał, może pięć sekund, może pięćdziesiąt. Dopiero po tym czasie pojawiła się myśl, spóźniona jak peleton po zwycięzcy. To co podniesiesz jest twoje.
Poradził sobie wtedy, jako gówniarz, to poradzi sobie i teraz. Trwał tak przez moment w tej pustce i w końcu powiedział pierwszą rzecz która przyszła mu do głowy.
- To? To moje tabletki na pamięć.
- A czemu nic na nich nie pisze?
- Zapomniałem.
Komisarz popatrzył na niego przez chwilę i roześmiał się. Napięcie opadło. Spojrzał na zegarek a później na swojego przydupasa.
-No i co, nic nie ma? Wygląda to na pomyłkę.
I tyle. J. znów był sobą, znów był pod kontrolą i kiedy odprowadził tych durniów, jednego młodego osła i jednego starego muła, do drzwi, znów miał wolność, pieniądze i życie.
I znów swędziały go zęby.
- Haha co ty wymyśliłeś z tą tabletką to ja nie mogę - R. otworzył piwo, wyrwał dzyndzel i wziął solidny łyk.
- O kurwa, grubo było… - westchnął J. - Patrz jaki syf zostawili. Ktoś musiał nas wjebać. Ale to zaraz będziemy kminić kto się okazał frajerem. Dzwoniłeś w ogóle do Dżokera?
- Co ty nie odbiera, pewnie posuwa tą swoją ciemną, Niki. Coś ostatnio wkręcał że dała mu za kasę na cracka.
- To mogła dać za cracka, jakby do nas przyszedł, hehe. - J. wyszedł na balkon i splunął za oddalającym się radiowozem. - Poza tym musi uważać, nie dość że do takiego próchna chodzi to jeszcze Niki, z takim imieniem nie może nie być złodziejką.
Zapalił papierosa i czekał aż rozdzwonią się telefony.
Gdyby...
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Saturday, 27 June 2015
Metamorfoza
(Brudne Myśli; Back in de dejs)
I mimo szczerych chęci
I mimo dobrej woli
Świat posuwa się naprzód
A ludziom się pierdoli
Mimo ilości soli
W tych ranach, damy radę!
Mimo że nie wypada
Czasem lache na to kłade
Jest sobota, pierwsza w nocy, nikt nie chce mnie widzieć; szaleńcy są zabawni tylko do czasu. Przeglądam więc stare teksty i natrafiam na tego oto trupa z szafy, już lekko zgniłego, lecz ogólnie w dobrym stanie. Opowiadanie to zacząłem wkurwiony na detoksie, kilka lat temu, jeszcze jako dziewica, co widać, choć ta historia to coś więcej niż wylewanie frustracji. Miała być monumentalną, wielowątkową opowieścią z rozmachem, ale po pierwszym morderstwie zapaliłem jointa i zapomniałem.
Ze specjalną dedykacją do wszystkich głupich suk, które tak bardzo lubią mój piękny ból.
Uwaga: drastyczne!
Metamorfoza
Istnieją w historii momenty przełomowe: narodziny, zabójstwa, bitwy, zgromadzenia lub choćby rozmowy, które na zawsze trafiają na kartki podręczników. Potomnym pozostaje dociekanie przyczyn, analizowanie łańcuchów zdarzeń, wyciąganie wniosków. Prędzej czy później każde wydarzenie można rozłożyć na czynniki pierwsze. Druga wojna światowa (najprawdopodobniej) nie wybuchłaby, gdyby nie Hitler. Ten z kolei nie doszedłby do władzy gdyby nie bieda i polityczny ekstremizm. Taki nastrój nie panowałby gdyby nie Traktat Wersalski, który z kolei nie zostałby podpisany, gdyby nie kapitulacja w 1918 roku. I tak dalej, i tak dalej. Od bitwy pod Grunwaldem do Rose Parks siedzącej na niewłaściwym miejscu, przyczyna i skutek rządziły światem jak kolejno upadające kostki domina. Aż do Metamorfozy. Z Metamorfozą sprawa nie była taka prosta. Była bocznicą na torze ludzkości. Butem niszczącym staranną konstrukcję domina. Po południu 19 czerwca 2020 roku wszystkie media świata podawały tą samą informację. A później już nic nie było takie samo.
***
Upał był nie do zniesienia, zwłaszcza dla Pawła, ubranego w kanty i koszulę z krawatem, na której, pod pachami, widniały plamy potu. Podobno podróż była dobra dla duszy. Tylko co jeśli duszy nie można już było pomóc? Przez ramię miał przewieszoną marynarkę, a w drugiej ręce ciążyła mu walizka. Postawił ją na ziemi, otarł czoło przedramieniem i spojrzał na szyld ponad głową: Motel Baron: tani nocleg. Wziął głęboki oddech i wszedł do budynku, który niegdyś musiał być pospolitym blokiem. Pomyślał, że pewnie zrobiono z niego motel, kiedy już nie nadawał się do mieszkania. W recepcji, panie za lądą podniosły wzrok znad ekranu.
- Dzień dobry, chciałbym wynająć pokój. Na razie na jedną noc - powiedział Paweł, czując przygniatające zmęczenie. Marzył o łóżku.
- Pan nam tu zaraz zemdleje - rzuciła z troską ta po lewej. - Gośka, poszukaj no wolnego miejsca. Pan chce z własną łazienką czy wspólną?
Otwierał usta żeby odpowiedzieć, kiedy spojrzał na książkę na ladzie i zamarł. Zakochany Wampir, najnowszy bestseller Magdaleny Winiarskiej leżał otworzony mniej więcej w połowie, okładkami do góry. Czy to tylko przypadek, że czytały powieść tej obmierzłej suki, za którą przemierzył pół kraju?
- Dobrze się pan czuje? Pytałam czy...
- Tak, tak - wziął się w garść. Czasem książka to tylko książka, zbiegi okoliczności się zdarzają. Zamówił tani pokój z dzieloną łazienką, podał recepcjonistkom fałszywy dowód wraz z banknotami i pozwolił się zaprowadzić na górę. Z apartamentem nie miało to dużo wspólnego, ale Paweł zdążył się już przyzwyczaić. Szukając Magdy bywał już w gorszych miejscach. O klimatyzacji nie było mowy, a w pokoju unosił się stęchły zapach starości. W kącie stał mały telewizor z anteną i włączył go (ręcznie, bo pilot nie działał), ale większość kanałów mocno snieżyła. Dał sobie spokój, zamknął drzwi na klucz i w ubraniu runął na łóżko. Na pościeli była podejrzana plama, ale i tak po chwili zasnął. W ten sposób, na swoje szczęście, przespał najważniejszy moment dziejach.
***
Zjawisko zwane Metamorfozą nastąpiło w jednym momencie, o czternastej jedenaście czasu polskiego, bez jakiegokolwiek opóźnienia na całym świecie, rodząc ogólną panikę i chaos. Sam proces wszyscy odczuwali inaczej; jedni jako mrowienie lub swędzenie, inni jako przenikliwy ból każdej części ciała. Szacuje się, że przemianę, w większym lub mniejszym stopniu, odbyła jedna piąta całej populacji. Sama nazwa wyklarowała się dopiero wieczorem, po nagłośnieniu przez amerykańskie CNN szokującego przypadku Franka Listera z Teksasu. Frank, na co dzień mechanik samochodowy, mieszkał w dzielnicy slumsów i wybrał najgorszy możliwy moment na zabicie karalucha w kuchni. Podzielił los bohatera Kafki i zamienił się w dwumetrowego insekta. O różnicy w obyczajach między latami dwudziestymi XX i XXI wieku niech poświadczy fakt, że biedny karaluch Frank nie został przez najbliższych ukryty, tylko nagrany, a później zastrzelony z dubeltówki. Nagranie poszło w świat, a jedna z gadających głów (niezmieniona, rzecz jasna) amerykańskich stacji telewizyjnych ukuła termin Metamorfozy. Większość metamorfujących miała więcej szczęścia niż Frank. Wspólnym mianownikiem wszystkich przemian było to, że ofiara zamianiała się w żywą istotę, która w danej chwili zaprzątała jej uwagę. Na szczęście dla wielu oznaczało to drugiego człowieka.
Obudziło go pukanie do drzwi. Paweł obudził się z pulsującym bólem głowy. Nieprzytomnie rozejrzał się, usiłując przypomnieć sobie gdzie jest. Cienie były odrobinę dłuższe, słońce zdążyło pokonać nieco drogi gdy spał, ale nadal dokuczało gorąco. Pokój był na trzecim piętrze i z otwartego okna dobiegały krzyki. Jednak nie wyjrzał i najpierw podszedł do drzwi. To był jego pierwszy błąd. W progu stała Magdalena Winiarska, znana autorka, jego była żona. Nie mogło być mowy o pomyłce, nawet miała na sobie tą samą bluzkę co wtedy, na sali sądowej.
- Przepraszam, czy... - zaczęła. Wyraz twarzy Pawła, maska uprzejmej obojętności skierowana do świata zewnętrznego, opadła w ułamku sekundy. Kiedy Magda zobaczyła co było pod nią, urwała w pół zdania i otworzyła usta do krzyku. Nie zdążyła. Błyskawicznie wyprowadził cios i uderzył nisko, w miękki brzuch. Wypuściła z sykiem powietrze i zatoczyła się. Zasłonił jej usta, a drugą ręką złapał za blond włosy. Kurwie włosy, jak zwykł o nich myśleć. Kiedyś, pod koniec ich krótkiego małżeństwa, powiedział to na głos. Nie wszczęła kłótni, tylko patrzyła znad książki tymi swoimi mądrymi, brązowymi oczami, trochę wystraszona. Chyba już wtedy się domyślała. Swoją drogą, to dziwne, jakie myśli ogarniają człowieka w takiej chwili. Zdarzało mu się na przykład, że zupełnie znikąd miał w głowie słowa tandetnej radiowej piosenki, kiedy okładał młotkiem psa przybłędę.
Nie stawiała dużego oporu gdy wciągnął ją do pokoju i cisnął na dywan. Ból głowy zniknął bez śladu. Konserwacja energii, pomyślał. Migrena nie może być stworzona ani zniszczona, jedynie przekazana. Chwycił za popielniczkę na parapecie i rozbił ją na głowie Magdy. Odłamki kaleczyły palce, ale ledwo to poczuł. Kolory były wyostrzone, widział każdy pyłek kurzu rozświetlony przez promienie słońca wpadające do pokoju. Próbowała się podnieść, ale kopniakiem posłał ją spowrotem na parter. Na moment odwrócił się, zamknął drzwi i przekręcił klucz. Mogła o tym nie wiedzieć, ale szczęk zamka przypieczętował jej los. Zastanawiał się przez chwilę nad poduszką, ale nie chciał jej pobrudzić, a Magda mocno krwawiła. Poza tym nie widziałby wtedy jej twarzy. Uwielbiał zabijać, ale największą gratką, wisienką na torcie był widok tej ostatniej iskierki gasnącej na jego oczach. Sądził, że dzięki temu pozna kiedyś tajemnicę życia i śmierci.
Więc zrobił to własnoręcznie. Chwycił za gardło i wpatrywał się w swoją kobietę, którą znał tak dobrze i która była powodem tej całej wycieczki. Z całej siły uciskał kciukami tchawicę. Na początku wierzgała, usiłowała walczyć, ale w końcu opadła z sił. Próbowała jeszcze coś powiedzieć. Cholerni artyści, nawet kiedy umierają, próbują coś powiedzieć. Człowiek, kiedy odchodzi, pokazuje jaki naprawdę jest. Wreszcie było po wszystkim. Przypomniał sobie, że wyżebrała od sądu jakieś śmieszne pisemko, zabraniające mu zbliżania się na bliżej niż pięćset metrów. Chciała separacji, to ma. Od teraz będzie na stałe odeparowana na sześć stóp od reszty świata. Przeciągnął się leniwie, jak po obfitym obiedzie, nasycony. Upadając zgubiła torebkę; podniósł ją teraz i zajrzał do środka. Trochę kobiecych pierdół, szminka, chusteczki, telefon. W bocznej kieszeni książka: Zakochany Wampir oczywiście. Pisarze, pomyślał z pobłażaniem, próżni do cna. Z książki wypadła plastikowa karta, zapewne używana jako zakładka. Obejrzał ją i zmarszczył brwi. Była na nazwisko Małgorzaty Kwiatkowskiej, a zdjęcie przedstawiało Gośkę z recepcji. Co tu jest grane?
Dopiero teraz zastanowił się, skąd właściwie jego eks miałaby wiedzieć, gdzie jest i dlaczego przyszła? Ogarnęła go lekka paranoja. Uważnie nasłuchiwał dźwięków z dołu; cały czas ktoś krzyczał. I czy to syrena policyjna w oddali? Wtedy ciało zaczęło się zmieniać. Wystraszony nagłym ruchem odskoczył i stanął pod ścianą. Trup z siną szyją na moment stracił ostrość konturów, jak gdyby zmienił konsystencję i galaretowata masa rozlała się dookoła. Kolory wymieszały się i substancja jak plastelina nabierała znajomych kształtów. Twarz, choć nadal pusta i bez detali, stawała się rozpoznawalna. Po chwili miał przed sobą kobietę z karty hotelowej. Jedyne, co pozostało takie same, to fioletowe ślady po rękach Pawła. Pierwsza myśl była spokojna i dziwnie kojąca. To co widział nie mogło zdarzyć się naprawdę. Do reszty oszalał. Już od dawna, jeszcze zanim rozpoczął polowania na bezpańskie zwierzęta, a później na bezdomnych ludzi, podejrzewał, że w końcu odbije mu szajba. Ostrożnie, jakby miał przed sobą jadowitego węża, zbliżył się do Magdy/Gośki i próbował wyczuć oddech. Nic. Dalej martwa.
CDN.
Amnesia Retrogada
Doba za dobą, ja to pandemonium widzę
Nawet jeśli sam zginę w ogniu wszystko to opiszę
Wszystko znika mi
Nie widzę nikogo z was
Podążam sam gdzieś (sam gdzieś...) na drugi pas
Niewiele mogę zrobić
Mogę już tylko krok
Lecz jeśli zrobię go (zrobię go?)
Stracę swą moc
Nie widzę nikogo z was
Podążam sam gdzieś (sam gdzieś...) na drugi pas
Niewiele mogę zrobić
Mogę już tylko krok
Lecz jeśli zrobię go (zrobię go?)
Stracę swą moc
Ja, kiedy zaczynałem, nie byłem zadowolony, jak długo przyjaciele chwalili mnie. Kiedy zamilkli, pomyślałem: oho! No, a gdy posypały się rady, żebym przestał, że zaułek, że ślepa droga, że się kończę, wiedziałem już, że wszystko dobrze.
Może już lepiej nie pisz nic
Bo to co masz dla mnie to mniej niż nic
Znam pewien kawał. Niejednokrotnie opowiadałem go na melanżach, jeszcze w czasach gdy ludzie uważali mnie za osobę dowcipną. A szło to tak: pewnego dnia trzech kumpli wybrało się na ryby. Oczywiście złowili złotą rybkę, a ta mówi:
- Wiecie co wieśniaki, jestem dziś w dobrym nastroju, więc każdy z was dostanie po trzy życzenia jeśli tylko puścicie mnie wolno.
Podekscytowane chytruski dłufo się namyślają i w końcu pierwszy mówi:
- Ja to chciałbym mieć villę o stu pokojach i z basenem, drugie to git Ferrari 250 GT, byle nie rysorak, bo ty pewnie jesteś cwana rybka, cwana i swawolna, no i ostatnie to milion dolarów w gotówce. Nagle jeb! i spełniło się.
Drugi mówi tak:
- Ja to chciałbym być sławnym aktorem, byle nie w produkcjach sadomaso, bo ty jesteś pewnie łajdacka rybka, chciałbym być sławnym piłkarzem, byle nie z San Marino czy innych Wysp ciulowych, bo ty pewnie jesteś psotna rybka. No i do tego chciałbym żeby każda kobieta mnie pragnęła, byle nie wszystkie naraz, jakoś tak z ładem i składem. Nagle jeb! i spełniło się.
Trzeci gagatek strasznie długo się namyśla i w końcu mówi tak:
- Ja to chciałbym po pierwsze żeby lewa ręka cały czas mi latała w przód i w tył, o tak. Po drugie, żeby druga ręka cały czas mi chodziła z góry na dół i spowrotem, o tak. No i po trzecie i najważniejsze, chcę żeby głowa mi się cały czas kręciła, o tak.
reszta patrzy z konsternacją. rybka mówi:
- Co kurwa!? ty wiesz że życzenia nie można cofnąć...
Lecz nasz nicpoń jest pewny siebie.
- Spoko, wiem co robie - mówi. No więc jebudu! i spełniło się.
Urwipołcie postanowili spotkać się ponownie za rok żeby zobaczyć, jak im się wiedzie na nowej drodze życia. Po roku pierwszy mówi:
- Chłopaki, jest zajebiście, robię melanże nie z tej ziemi, mam forsy jak lodu, drinki, striptizerki, koktajle w wannie, co za życie!
Drugi mówi:
- Chłopaki, jest czadowo, zapraszają mnie na melanże nie z tej ziemi, gdzie nie pójdę proszą mnie abym podpisał się na cyckach, a wczoraj strzeliłem zwycięską bramkę w El Classico. Zyć nie umierać!
Trzeci podchodzi do nich
z takim downem i mówi:
- Kurwa, źle wybrałem.
Kurwa, źle wybralem. Czy to możliwe? Czy to tylko zjazd? Czyżbym przez cały ten czas dawał się zwodzić, dawał wysysać z siebie emocje, najlepsze chwile natchnienia i marzenia, dawał robić się w chuja przez podstępną rusałkę z dalekich stron? To okropna myśl, lecz jeśli prawdziwa, to chyba nie pozostaje już nic innego niż rozwiązanie Hemingwaya. Ale najpierw jeszcze trochę popiszę. Zostało jeszcze sporo wina w butelce.
Znalazłem szczęście i je zgubiłem, trudno
Pudło, nudno i truchło tych marzeń
Zostaje na dobre jak tatuaże
Tatuś dalej to enigma
Myśli zatopione jak Bismarck
Lub ostre jak brzytwa
Przerywane jak arytmia
Mówią wytrwaj, pełzaj jak glista
Od rana do wieczora lista spraw
których nie załatwię, wyjdź na dach
I spójrz wyżej, wyżej zapoznaj się ze świtem jakbyś nie spał tydzień
Ziomy mówią, żyjesz? Pijesz i nie tyjesz
Ze spidem czy bez
Urodziłem się martwy tak jak Big L
Popijam winem i też mam swój Gang Albanii
I też zmuszam się za dnia jak Al Bundy
Jak nakarmić tego potwora co siedzi we mnie
I nie zostać alko-parko-ławko delikwentem
Narko ze skrętem zabija w nas autosugestie
Łatwo ulec, nie? to jak efekt motyla
Jeden krok i masz przed sobą jebany Babilon
Może odkryją swój Syjon gdy tylko się zaszyją
Winowajcy nie wskażesz palcem
Bo on chodzi w masce i puszcza latawce
Wypluwa szarańcze i zatruwa nasz tlen
Kurwa jak ten czas leci, mierzony klepsydrą
Tu nie ma już dzieci, każdy stracił niewinność
Pamietaj że cisną ci co już umarli na tysiąc
Sposobów, nie znają się na tym, nic nie widzą
Nie słyszą, pucują się że hiphop, że żyją szybko
A nie znają pionierów, olej pozerów, mam dość problemów
I bez kształcenia ignorantów, znam pięć elementów, mam za sobą w tracków w chuj, zasób słów, blantów kurz
Brak już płuc gdy widzę tych wacków znów
Tu chcą nie żałować niczego jak Edith Piaf
Dzielić gram, ich religia to odmienny stan
Świadomości jak 3w ale to ja mam w zanadrzu setki rymów...
Zamiast zegarka cyka hajhet, już po drugiej
Siadam zaczynam pisać bo i tak dziś nie usnę,
Spojrzenie nieufne, ciasne masy ludzkie
W mieście, tu gdzie znaleźć kąt swój trudniej
To jak grać w dziada w budce telefonicznej
Celem zdobyć te hajsy, niech płyną jak Jangcy.
Każdy tak patrzy i jebać skrupuły
Każdy marny pucybut chce fortuny.
Widzę w mroku wyrastające kontury miasta
Myślę o podróży, miasto nas zniewoliło,
Gdzieś tam Jezus z Rio obejmuje zachodzące słońce,
Które za parę godzin dotknie ulic
Rozpocznie który to już dzień w dzień toniemy w robocie,
Udając że to nie my gonimy w peletonie,
Rymy w telefonie, bezsenne nocne myśli
Cenie sobię te chwile jak żadne inne wiesz?
To takie dziwne...
To takie dziwne, jak złosliwe a zarazem prawdziwe mysli moga zrodzić się w ludzkiej głowie. To przez melanże. To wszysttko przez melanże. Gdyby nie to, nie mógłbym się nauczyć jak sieć międzyludzkich relacji potrafi cię zmienić. Nie uczą tego na turystyce, prawda? Na fotografii też nie.
Fleszbek: Piatek kiedyśtam. Wracam z pracy późno, ociekam potem, smigam szybko pod prysznic a potem pod numer pierwszy. Melanż trwa. Siedzimy w kręgu i pijemy whisky. Wynika nieformalna rozmowa i M., pozornie do nikogo, lecz wiem że mówiła do mnie, z pretensją w głosie, mówi: 'nie trzeba było spać na imprezie u Młodego. Fakt, tamtego dnia zajebałem się strasznie i zaliczyłem zgona jako pierwszy. to był ostatni etap Wyścigu o Cnotkę, z czego zdałem sobie sprawę jakis tydzień wcześniej. Wtedy w pociągu po raz pierwszy wyczuwam wrogość i dystans u Rudego. Wczesniej nawet się dogadywalismy. (Swoją drogą za używanie proszku podczas Wyścigu powinny byc punkty karne.)
Co nie zmienia faktu, że argument z rodzaju 'trzeba było nie spać' jest jednym z najgłupszych jakie w życiu słyszałem. Najwyraźniej przeceniłem jej iloraz o co najmniej trzydzieści sześć punktów. Jak suka nie da to pies nie weźmie, wiesz?
Skoro już nie mogłaś wytrzymać i dałaś dupy rudemu to nie oczekuj teraz że ten ktoś będzie cię chciał.
Ups, powiedziałem to na głos? No coż, słośliwy chochlik, ot co... To życie, nie rozczula się nad nikim, a już na pewno ja nie będę roczulał się nad tobą, choć mógłbym. Zawsze będziesz druga, choć był moment kiedy mogło być inaczej.
A teraz miałem zły sen i nie mogę dalej spać. We śnie mieszkałem w domu podobnym do Victorii, lecz nie do końca. Mój pokój jest o wiele większy, pełny przestrzeni, a ściany pomalowane są na ciemny, głęboki błękit. Mam obszerne łóżko (coś w rodzaju narożnika) oraz białą dziecięcą kołyskę. Jest pusta. Według logiki REM wiem że byli tu przed chwilą Kamil i Zet, ale wyszli właśnie do sklepu. To ma sens, to jedyni ludzie którym ufam bezgranicznie. Ale teraz ich nie ma a w kącie siedzi jakiś typ z kartonowym pudłem w rękach. Przedstawia się jako nowy sąsiad i wstaje. Wydzieram się na niego po angielsku: I don't give a fuck who you are, get out of my room! Zaczynamy sie szarpać, nie bezpośrednio tylko łapiąc za to pudło właśnie i w końcu wypierdalam go na zewnątrz. Na korytarzu czeka jego ekipa, odjebani jak do klubu. I znów sie wydzieram: I don't give a fuck who you are! What?!!! Ale oni tylko się śmieją. Na dole wchodzą do domu jakieś dupy, później wracają Kamil i Zet. W pokoju okna otwierają się same z siebie i robi się zimno, więc je zamykam i wychodzimy.
Z jakiegos powodu budzę się zlany potem, a sen wydaje mi się bardzo ważny, więc go spisuję a kilka dni później (gdy piszę te słowa) interpretuje go w senniku, choć nigdy wczesniej tego nie robiłem. Oto co wyszło:
Pusta kołyska: czeka Cię dotkliwy smutek.
Kartonowe pudło: rozczarowanie, przyjaciele oszukają cię w ważnych sprawach, ten kto ma pudło ma powód, aby coś ukrywać
Otwierane/zamykane okno: ktoś chce ci zaszkodzić, i znów: unikaj przewrotnych kolegów...
I jak tu nie wierzyć w siłę podświadomości?
Chciałbym zapomnieć o tym wszystkim. Amnezja. A co gdybym tak uszkodził sobie głowę wystarczająco, aby zapomnieć, dajmy na to, całą tę Grę i ten Sen też, wszystkie Gramy Skuna, ostatnie piętnaście miesięcy? Taki uraz powypadkowy fachowo nazywa się Amnesia Retrogada, utrata pamięci wywołana przez wstrząs. Gdybym znajdował się w jednej z tych wykręconych powieści science fiction, mógłbym zamówić sobie chirugiczną operację, wycięcie płata mózgu odpowiedzialnego za ten okres czasu. To da się zrobić.
Gdzie tam. Nie da rady. Tylko śmierć nas rozłączy. A co jeśli będę pamiętał po śmierci?
Mam pociąg do broni. Rzeczy które mogą robić krzywdę. Najpierw rozbite szkło, ale teraz jednak bardziej metal, ciężki w dotyku, solidny, weźmy taki kij do golfa, świszczący w powietrzu, jak pięknie zdobiłaby ścianę rozbita głowa takim kijem, istne dzieło sztuki, komu chciałbym zadedykować to płótno. Ktoś by się znalazł. Oj tak.
Twarz królowej patrzy obojętnie, fioletowo. Czyżbym znalazł się już w tym punkcie metafizycznych priorytetów że papier będzie kolejnym celem? Kurwa, źle wybrałem.
Bo w życiu trzeba mieć cel, panie i panowie. Trzeba mieć coś, do czego dąży się. A z dna jakie przedstawia butelka nie wydobędziesz nawet pół zeta, to wraca jak bumerang, efekt tych studiów to bumelant, kupe lat patrz jak na tle tych durniów ja frunę tak, skun mnie strasznie zrył, gorzej niż anielski pył i diabelski młyn.
- Wiecie co wieśniaki, jestem dziś w dobrym nastroju, więc każdy z was dostanie po trzy życzenia jeśli tylko puścicie mnie wolno.
Podekscytowane chytruski dłufo się namyślają i w końcu pierwszy mówi:
- Ja to chciałbym mieć villę o stu pokojach i z basenem, drugie to git Ferrari 250 GT, byle nie rysorak, bo ty pewnie jesteś cwana rybka, cwana i swawolna, no i ostatnie to milion dolarów w gotówce. Nagle jeb! i spełniło się.
Drugi mówi tak:
- Ja to chciałbym być sławnym aktorem, byle nie w produkcjach sadomaso, bo ty jesteś pewnie łajdacka rybka, chciałbym być sławnym piłkarzem, byle nie z San Marino czy innych Wysp ciulowych, bo ty pewnie jesteś psotna rybka. No i do tego chciałbym żeby każda kobieta mnie pragnęła, byle nie wszystkie naraz, jakoś tak z ładem i składem. Nagle jeb! i spełniło się.
Trzeci gagatek strasznie długo się namyśla i w końcu mówi tak:
- Ja to chciałbym po pierwsze żeby lewa ręka cały czas mi latała w przód i w tył, o tak. Po drugie, żeby druga ręka cały czas mi chodziła z góry na dół i spowrotem, o tak. No i po trzecie i najważniejsze, chcę żeby głowa mi się cały czas kręciła, o tak.
reszta patrzy z konsternacją. rybka mówi:
- Co kurwa!? ty wiesz że życzenia nie można cofnąć...
Lecz nasz nicpoń jest pewny siebie.
- Spoko, wiem co robie - mówi. No więc jebudu! i spełniło się.
Urwipołcie postanowili spotkać się ponownie za rok żeby zobaczyć, jak im się wiedzie na nowej drodze życia. Po roku pierwszy mówi:
- Chłopaki, jest zajebiście, robię melanże nie z tej ziemi, mam forsy jak lodu, drinki, striptizerki, koktajle w wannie, co za życie!
Drugi mówi:
- Chłopaki, jest czadowo, zapraszają mnie na melanże nie z tej ziemi, gdzie nie pójdę proszą mnie abym podpisał się na cyckach, a wczoraj strzeliłem zwycięską bramkę w El Classico. Zyć nie umierać!
Trzeci podchodzi do nich
z takim downem i mówi:- Kurwa, źle wybrałem.
Kurwa, źle wybralem. Czy to możliwe? Czy to tylko zjazd? Czyżbym przez cały ten czas dawał się zwodzić, dawał wysysać z siebie emocje, najlepsze chwile natchnienia i marzenia, dawał robić się w chuja przez podstępną rusałkę z dalekich stron? To okropna myśl, lecz jeśli prawdziwa, to chyba nie pozostaje już nic innego niż rozwiązanie Hemingwaya. Ale najpierw jeszcze trochę popiszę. Zostało jeszcze sporo wina w butelce.
Znalazłem szczęście i je zgubiłem, trudno
Pudło, nudno i truchło tych marzeń
Zostaje na dobre jak tatuaże
Tatuś dalej to enigma
Myśli zatopione jak Bismarck
Lub ostre jak brzytwa
Przerywane jak arytmia
Mówią wytrwaj, pełzaj jak glista
Od rana do wieczora lista spraw
których nie załatwię, wyjdź na dach
I spójrz wyżej, wyżej zapoznaj się ze świtem jakbyś nie spał tydzień
Ziomy mówią, żyjesz? Pijesz i nie tyjesz
Ze spidem czy bez
Urodziłem się martwy tak jak Big L
Popijam winem i też mam swój Gang Albanii
I też zmuszam się za dnia jak Al Bundy
Jak nakarmić tego potwora co siedzi we mnie
I nie zostać alko-parko-ławko delikwentem
Narko ze skrętem zabija w nas autosugestie
Łatwo ulec, nie? to jak efekt motyla
Jeden krok i masz przed sobą jebany Babilon
Może odkryją swój Syjon gdy tylko się zaszyją
Winowajcy nie wskażesz palcem
Bo on chodzi w masce i puszcza latawce
Wypluwa szarańcze i zatruwa nasz tlen
Kurwa jak ten czas leci, mierzony klepsydrą
Tu nie ma już dzieci, każdy stracił niewinność
Pamietaj że cisną ci co już umarli na tysiąc
Sposobów, nie znają się na tym, nic nie widzą
Nie słyszą, pucują się że hiphop, że żyją szybko
A nie znają pionierów, olej pozerów, mam dość problemów
I bez kształcenia ignorantów, znam pięć elementów, mam za sobą w tracków w chuj, zasób słów, blantów kurz
Brak już płuc gdy widzę tych wacków znów
Tu chcą nie żałować niczego jak Edith Piaf
Dzielić gram, ich religia to odmienny stan
Świadomości jak 3w ale to ja mam w zanadrzu setki rymów...
Zamiast zegarka cyka hajhet, już po drugiej
Siadam zaczynam pisać bo i tak dziś nie usnę,
Spojrzenie nieufne, ciasne masy ludzkie
W mieście, tu gdzie znaleźć kąt swój trudniej
To jak grać w dziada w budce telefonicznej
Celem zdobyć te hajsy, niech płyną jak Jangcy.
Każdy tak patrzy i jebać skrupuły
Każdy marny pucybut chce fortuny.
Widzę w mroku wyrastające kontury miasta
Myślę o podróży, miasto nas zniewoliło,
Gdzieś tam Jezus z Rio obejmuje zachodzące słońce,
Które za parę godzin dotknie ulic
Rozpocznie który to już dzień w dzień toniemy w robocie,
Udając że to nie my gonimy w peletonie,
Rymy w telefonie, bezsenne nocne myśli
Cenie sobię te chwile jak żadne inne wiesz?
To takie dziwne...
To takie dziwne, jak złosliwe a zarazem prawdziwe mysli moga zrodzić się w ludzkiej głowie. To przez melanże. To wszysttko przez melanże. Gdyby nie to, nie mógłbym się nauczyć jak sieć międzyludzkich relacji potrafi cię zmienić. Nie uczą tego na turystyce, prawda? Na fotografii też nie.
Fleszbek: Piatek kiedyśtam. Wracam z pracy późno, ociekam potem, smigam szybko pod prysznic a potem pod numer pierwszy. Melanż trwa. Siedzimy w kręgu i pijemy whisky. Wynika nieformalna rozmowa i M., pozornie do nikogo, lecz wiem że mówiła do mnie, z pretensją w głosie, mówi: 'nie trzeba było spać na imprezie u Młodego. Fakt, tamtego dnia zajebałem się strasznie i zaliczyłem zgona jako pierwszy. to był ostatni etap Wyścigu o Cnotkę, z czego zdałem sobie sprawę jakis tydzień wcześniej. Wtedy w pociągu po raz pierwszy wyczuwam wrogość i dystans u Rudego. Wczesniej nawet się dogadywalismy. (Swoją drogą za używanie proszku podczas Wyścigu powinny byc punkty karne.)
Co nie zmienia faktu, że argument z rodzaju 'trzeba było nie spać' jest jednym z najgłupszych jakie w życiu słyszałem. Najwyraźniej przeceniłem jej iloraz o co najmniej trzydzieści sześć punktów. Jak suka nie da to pies nie weźmie, wiesz?
Skoro już nie mogłaś wytrzymać i dałaś dupy rudemu to nie oczekuj teraz że ten ktoś będzie cię chciał.
Ups, powiedziałem to na głos? No coż, słośliwy chochlik, ot co... To życie, nie rozczula się nad nikim, a już na pewno ja nie będę roczulał się nad tobą, choć mógłbym. Zawsze będziesz druga, choć był moment kiedy mogło być inaczej.
A teraz miałem zły sen i nie mogę dalej spać. We śnie mieszkałem w domu podobnym do Victorii, lecz nie do końca. Mój pokój jest o wiele większy, pełny przestrzeni, a ściany pomalowane są na ciemny, głęboki błękit. Mam obszerne łóżko (coś w rodzaju narożnika) oraz białą dziecięcą kołyskę. Jest pusta. Według logiki REM wiem że byli tu przed chwilą Kamil i Zet, ale wyszli właśnie do sklepu. To ma sens, to jedyni ludzie którym ufam bezgranicznie. Ale teraz ich nie ma a w kącie siedzi jakiś typ z kartonowym pudłem w rękach. Przedstawia się jako nowy sąsiad i wstaje. Wydzieram się na niego po angielsku: I don't give a fuck who you are, get out of my room! Zaczynamy sie szarpać, nie bezpośrednio tylko łapiąc za to pudło właśnie i w końcu wypierdalam go na zewnątrz. Na korytarzu czeka jego ekipa, odjebani jak do klubu. I znów sie wydzieram: I don't give a fuck who you are! What?!!! Ale oni tylko się śmieją. Na dole wchodzą do domu jakieś dupy, później wracają Kamil i Zet. W pokoju okna otwierają się same z siebie i robi się zimno, więc je zamykam i wychodzimy.
Z jakiegos powodu budzę się zlany potem, a sen wydaje mi się bardzo ważny, więc go spisuję a kilka dni później (gdy piszę te słowa) interpretuje go w senniku, choć nigdy wczesniej tego nie robiłem. Oto co wyszło:
Pusta kołyska: czeka Cię dotkliwy smutek.
Kartonowe pudło: rozczarowanie, przyjaciele oszukają cię w ważnych sprawach, ten kto ma pudło ma powód, aby coś ukrywać
Otwierane/zamykane okno: ktoś chce ci zaszkodzić, i znów: unikaj przewrotnych kolegów...
I jak tu nie wierzyć w siłę podświadomości?
Chciałbym zapomnieć o tym wszystkim. Amnezja. A co gdybym tak uszkodził sobie głowę wystarczająco, aby zapomnieć, dajmy na to, całą tę Grę i ten Sen też, wszystkie Gramy Skuna, ostatnie piętnaście miesięcy? Taki uraz powypadkowy fachowo nazywa się Amnesia Retrogada, utrata pamięci wywołana przez wstrząs. Gdybym znajdował się w jednej z tych wykręconych powieści science fiction, mógłbym zamówić sobie chirugiczną operację, wycięcie płata mózgu odpowiedzialnego za ten okres czasu. To da się zrobić.
Gdzie tam. Nie da rady. Tylko śmierć nas rozłączy. A co jeśli będę pamiętał po śmierci?
Mam pociąg do broni. Rzeczy które mogą robić krzywdę. Najpierw rozbite szkło, ale teraz jednak bardziej metal, ciężki w dotyku, solidny, weźmy taki kij do golfa, świszczący w powietrzu, jak pięknie zdobiłaby ścianę rozbita głowa takim kijem, istne dzieło sztuki, komu chciałbym zadedykować to płótno. Ktoś by się znalazł. Oj tak.
Twarz królowej patrzy obojętnie, fioletowo. Czyżbym znalazł się już w tym punkcie metafizycznych priorytetów że papier będzie kolejnym celem? Kurwa, źle wybrałem.
Bo w życiu trzeba mieć cel, panie i panowie. Trzeba mieć coś, do czego dąży się. A z dna jakie przedstawia butelka nie wydobędziesz nawet pół zeta, to wraca jak bumerang, efekt tych studiów to bumelant, kupe lat patrz jak na tle tych durniów ja frunę tak, skun mnie strasznie zrył, gorzej niż anielski pył i diabelski młyn.
soundtrack: https://www.youtube.com/watch?v=RwUGSYDKUxU&spfreload=10
Wyobraź to sobie, jak Magik. Jak John Lennon. Wyobraź to sobie. Że nie ma podziałów, że nie ma nienawiści, odpowiedzialności, że wszyscy są zjednoczeni, nie myslą naprzeciw sobie, możesz sobie myslec że jestem marzycielem, ale przynajmniej mam ideę, mam ideę która nie zostanie skażona przez was. Nie jestem chyba sam w tym przekonaniu, świat jest pełen marzycieli, prawda?
Nie wszystko co piszę trafia na bloga. To ziemia niczyja miedzy dwoma okopami. Jeden zawiera Aliantów idealistów którzy nocami oglądają fotografie swoich żon i dziewczyn, czytają listy od nich, wspominają stare czasy i nigdy nie odpalają trzech papierosów jedna zapałką. To słowa zabarwione na fioletowo, najlepsze na jakie mnie stać. Nie są dla was, tylko dla niej. Drugi okop to naziści, których ideały dawno zgniły w kałużach błota, a snajperzy nocami wypatrują ogników papierosów. W tym obozie wszystko jest dozwolone.
Wyobraź to sobie, jak Magik. Jak John Lennon. Wyobraź to sobie. Że nie ma podziałów, że nie ma nienawiści, odpowiedzialności, że wszyscy są zjednoczeni, nie myslą naprzeciw sobie, możesz sobie myslec że jestem marzycielem, ale przynajmniej mam ideę, mam ideę która nie zostanie skażona przez was. Nie jestem chyba sam w tym przekonaniu, świat jest pełen marzycieli, prawda?
Nie wszystko co piszę trafia na bloga. To ziemia niczyja miedzy dwoma okopami. Jeden zawiera Aliantów idealistów którzy nocami oglądają fotografie swoich żon i dziewczyn, czytają listy od nich, wspominają stare czasy i nigdy nie odpalają trzech papierosów jedna zapałką. To słowa zabarwione na fioletowo, najlepsze na jakie mnie stać. Nie są dla was, tylko dla niej. Drugi okop to naziści, których ideały dawno zgniły w kałużach błota, a snajperzy nocami wypatrują ogników papierosów. W tym obozie wszystko jest dozwolone.
Fleszbek: Mam smołę na rękach. Próbuję zmyć ale nie schodzi. Przyszedłem tu tylko po telefon żeby wrócić do miejsca dolecowego, to znaczy dachu ponad sklepem monopolowym gdzie można kupić alko w ciągu 24. Czuję luz, czujesz luz? Ja już nie czuję zbytnio niczego, to bezsens, mam wstręt do jedzenia, innych ludzi, siebie, przede wszystkim włóczyłem się przez miejskie uliczki calutką noc i niepotrzebny był koc ani pies jak typowi co kimał, niepotrzebne buty z noskiem jak bramkarzom i tym co ich wpuszczali do całonocnych klubów, samowystarczalne jak łódź przeobrażona w dom, boathouse, a gdyby tak zamieszkać w jednej z tych zakrytych gondoli, pływać kiedy nic innego nie ma do roboty i podziwiać wodę naokoło - dziś byliśmy nad stawem, nie mal jęziorem i niemniej odbyłem pojedynek na rymy z Bieganem, wiesz naprawdę fascynują mnie słowa, ich pochodzenie, konotacje, rytmika, to jak można nimi czarować, wyobraź to sobie, sobie - wyruszyć w łódce w podróż dookoła świata, w środku kuchenka na gaz, czajnik, stolik, krzesła, sypialnia i dziób titanica, wyobraźnia i iluzja.
Tuesday, 2 June 2015
24/7
24/7 (Amfiteatr)
Z błękitu w czerń.
I smoke l’s wit medusa give her shotguns in hell..
Wyobraź sobie że siedząc tak i ćpając, dziś dorosły i tam gdzie siedziałeś kiedyś ty, siedzi dziś twój własny syn....
Dla nich będziesz tylko tym który upadł
Tak nisko że dno to dla ciebie jak sufit
Twoje prochy jak kurz ktoś zmiecie znad trumny
I nie pytaj skąd to wiem bo nie wiem wcale
Ale przypuszczam że kiedyś tak się stanie
Każdy chce i musi żreć (ale)
Nie każdy ma do tego (talent)
I kiedy na słupie znajdujemy ogłoszenie ''bardzo ładną bielutką sukienkę do I komunii + torebeczkę tanio sprzedam 677 019 009'', to odrywamy i chcemy natychmiast zadzwonić, chociaż nie przeciśniemy jej nawet przez głowę i nie wyrosną nam gałązki mirty na czole.
Tak nisko że dno to dla ciebie jak sufit
Twoje prochy jak kurz ktoś zmiecie znad trumny
I nie pytaj skąd to wiem bo nie wiem wcale
Ale przypuszczam że kiedyś tak się stanie
Każdy chce i musi żreć (ale)
Nie każdy ma do tego (talent)
I kiedy na słupie znajdujemy ogłoszenie ''bardzo ładną bielutką sukienkę do I komunii + torebeczkę tanio sprzedam 677 019 009'', to odrywamy i chcemy natychmiast zadzwonić, chociaż nie przeciśniemy jej nawet przez głowę i nie wyrosną nam gałązki mirty na czole.
Mysle wiec jestem.
Nie. Jestem aktorem. Pozbawioná twarzy, nosa, dróg oddechowych, nosa, maszkará, itp. itd. jest czwarta nad ranem, moja komunikacja niewerbalna z innymi ludmi jest już mocno ograniczona, ciężko skupić się na jednej rzeczy jednocześnie. Jedność. Jeden, sam jeden tak siedze znowu w tym krześle i kreśle przesłanie, pokutę i karę, testament, zebrane dowody przeciwko ludzkości, mądrości niepisane a jdnak próbuję je przelać, patrząc na ekran biel otępia, wyprostuj się chłopie, jest pajączek, a raczej dwa zamiast dłoni, co za piękne mięśnie, prawie jak udka kurczaka, rozluźniej się, a jednak się nie da tylko siedzisz w tym krześle kręcac fazy halucynogenne jak wojna polsko ruska, ta autorka, masłowska, chyba nie chcesz pisać jak ona, w jednym nieprzerwanym ciągu. Wytrzymałem siedem stron. Film za to cały i był wyśmienity, tak jak towarzyszące mu ciche, dyskretne kreski fety, do tego nienawiść, chore emocje, agresja, zakłopotanie, telepanie mięśnia sercowego, takie ego, piszę na szykedgo, kolego, bożego prawa nie słamiesz to towarzyszące temu uczucie, mam wyczucie na skucie jak bumerang to wraca, jak obrazy picassa faza yobrażam sobie po-dróże w e wszelkie świata zakątki, chcesz coś udowodnić czy uwolnić od piętna kaina, piękna w stanach lotu nie znajdziesz, czerp je z żcyia najpierw przeżytego jak memoriał w szerokic spodniach zbrodnia to ognia dolać do oliwy.
Jeszcze chwilę.
Opanuj składnię na moment.
Do roboty przychodzę pociągając nosem, staje się to rutyną. Wąsaty typ od testów narkotykowych łypie podejrzliwie gdy się mijamy. Test już zdałem więc czuję się bezkarny jak w Las Vegas Parano. Pozostaje cały czas w ruchu, tak że reszta załogi zaczyna się martwić abym nie wydeptał dziury w podłodze. Po robocie chodzę do budki tlenfonicznej na rogu żeby wykonać szybkie połączenie. Autobus i powtórka na kiblu w Wetherspoonie.
Piątek, późnym wieczorem odwiedzam zaspanego i zjaranego Zet. Patrzy na mnie i włącza odcinek Miodowych Lat pt. Mister Uprzejmości. Karol i Norek mają w tym odcinku bardzo ciemne oczy, mało się śmieją, za to dużo mówią. Krawczyk startuje w konkursie na najbardziej uprzejmą osobę w zajezdni, przez co nie może się odgryzać wszystkim, którzy drwią sobie z jego nieudacznictwa. Nie przejmuj się, ja mam tak cały czas.
Wychodzę ze sztuką jarania, 1.3 na wadze, lemon haze, wszystko piknie i i elegancko, późno, puby, bary i inne atrakcje już dawno zabite blachą i deskami, ale iść do domu? O nie. Na rondzie, na ławce koło biblioteki (biblioteka to moja apteka - tak mawiał frano, albo Fr, jak symbol chemiczny, albo jak Freon, pewnie da się to ćpać, kumacie - przynajmniej mówił tak zanim nie zacząłem węszyć melanżu co kilka godzin, melanż, jak opisać melanż?
W Diunie Franka Herberta - czytałem mnóstwo science fiction za dzieciaka, w tym intrygi i skomplikowane relacje typu gra o tron - melanż był najcenniejszą substancją we wszechświecie, umożliwiał widzenie wariantów przyszłości, coś jak jasnowidzenie, robi się jasno, nie wiem ile jeszcze tak jak fortepian będę klepał te wiersze, melanż umożliwiał wejrzenie w przyszłość dawał mistyczną frajdę, był również narkotykiem, którego regularne zażywanie doprowadzało do uzależnienia i syndromu odstawienia - śmierć. Taka bajka. Stopklatka.)
No więc na rondzie był koleś, który o trzeciej nad ranem chciał kupić czteropak red stripe (jamajskie piwo, po chuj to piszę i marnuje czas, nawiasy jak lustra, niekończące się odbicia w lustrze) no i nie chciał mu go sprzedać smutas za ladą w monopolowym, albo szukał rozmowy albo zaczepki, nie wiadamowo niemowo, a kiedy jesteś wystrzelony od tygodnia to wydaje się jakbyś miał wybór, wyjebać mu albo on tobie. Adrenalina robi swoje. W końcu pozbywasz się podejrzliwości na tyle, żeby nie łypać tylko oczyma jak pięciozłotówki. I po chwili idziesz taki zajebany z nim pod to okienko, już trzeci raz dziś, dejavu, wyrabia się tolerancja do ćpania mania rymowania cały czas pytania we łbie, typ pyta what? co chwilę, to dobrze czy nie, przy okienku zamawia coś jakiś typ, znów napinka bo latam cały, znów sygnały, tego nie zdołasz ukryć że bez przerwy synapsy nazbyt pobudzone, pobrudzone karty, apsik, odleciałem w gwiazdy, fantastyk, galaktyczny odlot mówię wam. I dopiero kiedy już zamawiasz te browary i opanowany przekazujesz many i wyćpani piątkę zbijamy, mówisz że jesteś wjebany, i nagle okazuje się że gość to istota ludzka z krwi i kości, z sercem, trzustką, jelitami i całym tym majdanem. Ktoś komu zrobiłeś przysługę. Znałem kiedyś typa co był specjalny, wjebany, nawąchany, mniejsza o te dragi, wolę kilka pytań e
egzystencjalnych.
Czy zanurzysz się w wir słów i pętli na bicie?
Czy zagubisz się w gniuciu, na petli zawiśniesz?
Czy zamulisz się w piciu, codziennym kaprysie?
Czy zasłużysz na miłość, piekny dar, życie?
Czy masz już syf gdzieś z tyłu, przeszły nawałnice?
Czy gnasz w podróży bez wygód, lecz z pełnym kanistrem?
Czy nauczył cię pustych słów cenny magister?
Czy calutki swój żywot zmieścisz w walizce?
Czy katuszy w ukryciu nie zmierzy krew, łzy, strach i sińce?
Czy światu krzywdy wyrządzone zwrócisz? (pięść zaciśniesz?)
Czy masz już być tym kim twój ojciec i geny z nazwiskiem?
Czy sztalugi od pierwszego krzyku masz czyste?
Czy z natury nienawidzisz i niszczysz jak Hitler?
Czy kochasz ludzi, chcesz im pomóc, leczyć, masz misję?
Czy sam musisz to wiedzieć tak jak ja po dziś dzień?
Czy już znasz te pytania i odpowiedzi wszystkie?
Czy szum maszyn sprawia że cierpisz nagminnie?
Czy wśród fabryk twój kwiat z cierni zakwitnie?
Czy tłumaczy cię to że chcesz być jak Bill Gates?
Gdy w ludziach widzisz tylko ich ceny na piśmie?
Czy gówniarzy można winić za ucieczki na tripie?
Gdy już sami nie wiedzą co jest prawdziwe?
Czy do wózka przykute dziecko wierzy naiwnie
W sny gdzie rusza w Himalaje z bloku bez pieniedzy na windę?
Czy duch straszy i nawiedza ścieżki za szczytem? (wzgórza)
Po tym jak tutaj trzynaście razy go pocięli za łyżwę? (na butach)
Czy twój azyl jest twój, czy go zmienisz za chwilę?
Czy zmuszany uciekać wrócisz kiedyś nad Wisłę?
Czy ruszamy świat pod nami przez te dobre ambicje?
Czy głód sławy służy mainstreamowi za dźwignię?
Czy wśród niewiadomych idziesz jak ja po dziś dzień?
Czy już znasz pytania i masz odpowiedzi wszystkie...
To chyba mój najlepszy tekst dotychczas. Powstał w całkowitej trzeźwości i swoistej poetyckiej gorączce. Czas na trzecią zwrotkę.
Co jeśli twój apetyt przerośnie normę
Co kreślisz teraz sobie na tym stole
W tej profesji jesteś amatorem+, jak w każdej innej, gdy ide ulicą co drugi człowiek kaszle jak w filmie jest to straszne życie, szybkie życie, bo gdy czas płynie szybciej, tak naprawdę płynie wolniej. Jest zamrożony. Zamroczony. Tyle z rapowania, jakie życie taki rap, nie oczekuj że ludzie będą traktować cię poważnie.
Fleszbek: After po jednym z piątkowych melanży pod numerem pierwszym. Poprzedniego wieczoru przywitała mnie kreska długości widelca. Ostatni raz wciągałem witaminę A niespełna rok temu i nie wiedziałem jeszcze dokąd mnie to zaprowadzi. Chciałem poczuć się dobrze a amfetamina dobrze podrabia uczucie zakochania, przynajmniej na początku. Czujesz dreszcze, motylki i całą resztę tego emocjonalnego tatałajstwa. Jest tam M. i wyraźnie daje do zrozumienia, że jej linie obrony, pas cnoty, uczuciowa garda, nie jest postawiona tak wysoko jak zazwyczaj. Olewam ją. Akurat tamtego tygodnia myślałem o kim innym, a uwagę mam niepodzielną. Monogamiczną. Przejebane. Na drugi dzień wracam i na moment patrzę w oczy Domi. Nie zapamiętuję twarzy, zapamiętuję spojrzenia, a to uderza prosto w przysadkę mózgową. Jej oczy są tak smutne, pełne wyrzutu, mówią mi: czemu jesteś taki zjebany i trudny w obsłudze? Zrobiłam wszystko co w mojej mocy żeby ją do ciebie przekonać i zbliżyć was do siebie, a ty marnujesz swoją okazję. Żal mi cię. Już niedługo przestanie się przejmować mną, to blabla bla. Bla.
Daję Masłowskiej jeszcze jedną szansę. Po tygodniu na haju jej proza jest jakby lepsza, bardziej przejrzysta, pełna ukrytej ironii, szalonych metafor, gorzkiej prawdy o gorzkim smaku życia. I pełna spaczonych, złośliwych opisów, jeszcze jakis wkleje jak rozkminie ten word editor.
Fleszbek: literki zamieniają się w pierwsze ostrzeżenie. To był chyba zeszły piątek, moja pamięć jest zawodna, zeszły piątek i wszystkie poprzednie i wszystko co działo się keidyś wydaje się lata świetlne odległe od tego jak wściekle i zaciekle daleko od tego jak jestem naspidowany teraz.
Za oknem kracze kruk. Jest tak biało. Wracam z roboty, już wtedy waliłem kreski, lecz nie codziennie, oddzielnie, jakoś tak przyjemniej, niemniej nie mogłem spać i w pracy nie było cacy, bo gdy wiedzą że lubisz prochy, że jesteś płochy popatrzą w te oczy w czerń nocy wtedy staniesz się obcy.
Wtedy, u Zet, żółte, mokre grudki upstrzyły płytę Cypres Hill, Black Sunday. Okładka była odwrócona na zdjjęcie rentgena czaszk, być może b-real, i wtedy pomyślałeś że schudłeś ostatnio, prawda? Nimeal jak w tej historii Kinga, 'Chudszy'.
Jesteś ćpunem. Wtedy, sypiąc kreskę na rozmytą żółć czaszki, kopuły, żegnasz świętej pamięci intelekt i duszę zdolną poświęcić wszystko za tę jedną miłość. Zjadłeś to sam. Czy nie wtedy właśnie Gabi przestała pisać? Jak ja mam to opisać? Że zabijam się by nie rozmyślać o Tobie. Cały świat wydaje się w zmowie, gdzie jesteś powiedz coś, cokolwiek, bez tego nie mogę żyć, znicz, żywić urazy do Ciebie, ta miłość w dziwnym świecie jak niemen, pewnie jestem nikim dla ciebie, nikim jak mr nobody, jak żywić nadzieję, myślę o bliskim ciele, okłamywałem Cię o wstydliwym seksie, a teraz świt
i tęsknie za Tobą, wymarzoną słodką, mądrą, skromną wyjątkową jak książką boską mocą, mokrą, mocno kochającą moją cudowną cząstką mnie, jak mam zostawić to, co złe, skoro nie mogąc Cię zapomnieć, wyciąć jak wyrostek, musisz z tego wyjść chłopcze, z nią czy bez niej nie sięgaj po jeszcze więcej, co jest silniejsze? To śmieszne, kreślę kreskę. Biorę na palec gorzki proszek i liżę. Po chwili wypluwam bezgłośnie. Jest obrzydliwy, dzięki bogu to chyba moment w którym się przejadłem, wracamy po krótkiej przerwie, czas odlecieć pod koldrę.
7 czerwca
A jednak lece dalej. Bóg nie żyje od jakiegoś czasu. Zaczęło się to chyba 23-ego, a może 24-ego. Maja. Gdy miesiąc dobiega końca a księżyc pokazuje pucułowatą, bladą twarz, napierdalam już dwa cztery na siedem. Parę razy po zmroku z budki telefonicznej, jak jebany Clark Kent, tylko później okazuje się że to co walił to był kryptonit.
Siedzę na dachu garażu gdzieś, jest piękny dzień, w oknie przez jakiś czas obserwuje mnie stara społeczniara ale w końcu znika za firanką, słońce grzeje, nikogo wokół, przez moment patrzę na maleńkie kwasy, tfu, kwiaty, fioletowe o rdzawoczerwonych łodygach wrastających w blachę, pszczółka lub bąk lata od jednego do drugiego i zapyla, lub wysysa. Ma apetyt. Rejestruje to ostro i wyraźnie, jakby w wyższej rozdzielczości. Przydałby się aparat. Uwieczniłbym to, a tak zapomnę, to jak natura działa dalej pomimo wynaturzenia niektórych jej trybów, jak znajduje sposób na przetrwanie, szczęście, eudaimonie. Ktoś kiedyś powiedział mi że ma pamięć jak złota rybka. Roześmiałem się wtedy ale nawet wtedy nie był to wesoły śmiech. Bardziej obłędny, a to było ostrzeżenie, żesz nie pierdol.
Za długo tu siedzę. Miałem iść do pracy, a pale frana jak frano frances franca właścicielka domu lokum powiedziała 'come clean' ale gdy odstawiam i już nie jestem bogiem, myślę o tym co robię i myślę o tobie i tonie daje żyć i serce płonie, proszę powiedz coś.
Nic? Nie dziwię się. Sam bym nie chciał gadać z samym sobą, samolubność i samo jutro napawa odrazą. Samtogówno dokończ, brakuje czwartego rymu. Ludzie mówią że mi odjebało. Że nie wiem ocb. Wiem za to co to ocd, jak obsessive compulsive disorder, nerwica frontowa, jak u N. w noweli Kinga, u mnie objawia się numeryczna obsesja, np. 23 to najgorszy ze wszystkich, 24 to dobry numer, 19 też, to zagadka, 36 jest dobre, 37 to śmierć. Zrywa się wiatr i ja też się zrywam bo słyszę krakanie. Czarny kruk tuż nad głową.
Czas przestał istnieć. Gdy płynie szybciej, tak naprawdę płynie wolniej, tylko spokojnie, czuję jak od szaleństwa tej niedzieli jeden krok mnie dzieli, co jeżeli oni będą to wiedzieli, one wiedziały, zwodziły jak fatamorgany, zwała, spadam, myślę o niebieskich migdałach migawka michała kichawa przepizgana upalna kabina autobusu, upajam się mocą śrutu, kukuryku, ty bedziesz śmiał się do łez po lufce, siedząc na klatce w zniszczonej bejzbolówce, ze znajomymi wypróbujesz ścierwo wkrótce i nie będziesz się przyglądał swoim błędom, głupcze. Serio gubie się, handlowe centrum, ludzie wszędzie ich zapach, gdzie ta czapka, bez czapki nie mogę patrzeć na nich, kabina, tobą mógłby się już zająć sanepid, insane speed.
Ławka, Solihull. Czekam na autobus powrotny z wagarów (kiedyś w ogóle nie wagarowałem, tylko zbierałem wiedzę w pocie czoła, turlałem te gałązki faktów i formułek jak mrówka do mrowiska, skąd miałem wiedzieć że kiedyś przejdzie tamtędy jakiś cham w dresie i rozgniecie mrowisko butem?) ale w sumie to przejeżdża już trzeci i nie mam ochoty wstawać. Znajomy ryj, Justin, kierowca z roboty, słyszałem że też ćpa(Ł? łatwo łudzić się łabędziu). Podbija na moją ławkę z towarzystwem, pyta czy nie powinienem być gdzie indziej, pyta czy biorę. Mówię że tak, od dziesięciu dni. Śmieją się i idą w pizdu. Całą scenę obserwuje jakaś dupa i też podbija do mnie, mówi że idzie policjant, zasłania mój naćpany ryj aż sobie pójdzie. Wyraźnie ma na mnie ochotę. Dupa, nie pies. Olewam ją aż sobie idzie. Kolejna w ciemnych okularach stoi naprzeciwko. Gdy kuma, że ją obczajam, zaczyna taniec, wypina się nad zakupami jak tancerka. Przez chwilę podoba mi się to show, ale wtedy wkładam do ucha słuchawkę i słyszę kawałek Bonsona: Kiedyś Tak Będzie. Łzy napływają mi do oczu, nie na pokaz tylko naprawdę, nie mogę tego opanować i tyle z nadziei na chętną dupeczkę w sobotę wieczór.
Później w domu umieram, atak depresji. Gdzie tu sprawiedliwość, myślę do poduszki, gdzie godność, temida ma już na szali tyle bólu że pęka jej kręgosłup, chcę umrzeć, a ty bądź przeklęta, na zawsze, nie chcę nikogo innego, może nie potrafię być z prawdziwą osobą, że umiem tylko z fantomem i prądem. Za to że dałaś uczucie a później zabrałaś obyś się poniewierała w piekle tak jak ja teraz, dostałaś co chciałaś suko, historia kołem się toczy, oto twoja zemsta, gwałt na emocjach, rozpacz, zobacz to dobrze oczyma wyobraźni, a potem zaśnij, niech cię to prześladuje, niech pech cie nie opuszcza, niech pękają lustra przez siedem kurwa lat obyś była brudna pusta i smutna obyś tu przyjechała i znalazła grób i piach, furia godna wariata. I tak wszystko co mówię spełnia się na opak. Jestem w błędzie, jak to mówi frano. Czekam na dzień którego nie będzie.
Patrzę w lustro. Nic dziwnego że ludzie zaczęli patrzeć inaczej, pociągać nosem na mój widok, a kobiety odwracać wzrok, (większość lecz nie wszystkie. Te chętne oblizują wargi swymi jęzorami, a te jęzory pokryte są bąblami i pęcherzami od tych wszystkich kłamstw, plotek, zdradzonych ważnych informacji, są zdrętwiałe i bezużyteczne.) Moje oczy stały się szkliste i puste, kości obolałe, jakby slimfast wżerał się w nie tysiącem miniaturowych wierteł, skóra ziemista, przezroczysta, niemal widać pod spodem siatkę żył i mięśni, a poza nimi nie ma nic, tylko cmentarna ziemia wypełniająca głowę. Kącicki ust są na stałe skrzywione w dół, jakby przymocowane do nich były niewidzialne odważniki. Czasem w nieznanym towarzystwie mam wizję, jak rozpierdalam komuś łeb butelką/pałką/pluszową zabawką (niepotrzebne skreślić). No i to spojrzenie. Gdy wpatrujesz się w otchłań, otchłań również wpatruje się w ciebie.
Fleszbek. Wpatruję się w ziejące czernią otwory okien balkonowych pewnego apartamentowca. Niebieskie apartamenty, taki jest napis na domofonie. Jeszcze jest czas się wycofać, ale przed kwadransem wciągnąłem tyle spida, że jeży się każdy włos na głowie, a w dodatku jeszcze spaliłem lolka. Nie ma odwrotu. Dzwonię domofonem, odpowiada kobiecy głos ze wschodnim akcentem. Przez czas nieokreślony błądzę po korytarzach budynku jak astronauta zawieszony w przestrzeni, wszystkie ściany i wszystkie drzwi są identyczne, a za nimi nieustająca nocna zmiana, trybik ociera się o trybik, zębatka o zębatke, machina jest w ruchu a gdy w końcu zakończy swe żmudne dzieło, pochłonie cały wszeświat, nie będzie już żadnej miłości, zdjęć w ramkach, niedzielnych obrusów ani rosołu, żadnych pocałunków (pamiętaj!), żadnych krzaków agrestu ani białych róż. Zostaną tylko kurwy.
Później szlafrok w owocowy wzór, szelest banknotów, szelest opadającego szlafroka, dwa dorodne jabłuszka a niżej gruszka. Obawiałem się że nie utrzymam dżordża pod kontrolą, ale jest na odwrót, jakoś powoli zbiera się do roboty. Przez jakiś czas prześladuje mnie twarz Gabi nakładająca się na przeżywane bodźce i fantasmagorię, ale gdy tamta odwraca się tyłem, jej tyłek przesłania resztę. We łbie, nieposłusznym i chaotycznym nawet w tak ważnym momencie, przewija się wers: czuję luz, czujesz luz? Gdy gruszka siada na mnie, wydaje się z bliska ogromna, pełna i soczysta, a zarazem miękka jak te owoce z supermarketu, wymacane przez zbyt wielu ludzi. Nie trwa to długo; po kilku minutach jest po wszystkim, a euforia słaba, niepełna, jakbym doszedł w jakiejś maszynie, orgazmotronie. Orgazmotron ma bardzo ładny design, ale w środku same bugi i wirusy.
Chcę więcej ale ona schodzi ze mnie i śmieje się drwiąco. Zostało jeszcze sporo czasu, ale ja, biedny naspidowany chłopaczek, mogłem wcześniej zapytać dokładnie co wolno, a co nie, czyż nie? Chyba nie oczekiwałem trzydziestu sześciu stopni wtajemniczenia, prawda? Mam ochotę chwycić ją za te blond kurwie włosy i jebnąć o ścianę.
Chusteczki, papierosy. Wprawiona sprząta, jak po dziecku, właściwie to brakuje tylko żeby mnie przewinęła i założyła pampersa, cobym nie zapaskudził pościeli w domu. Chwilę gadamy ale nie patrzę w oczy. Mówi że zrobi mi masaż, żebym się położył i odprężył, jej ręcę są ciepłe i wiedzą gdzie dotykać, lecz i tak to na nic. To tak jakby masować sylwetki założycieli na Górze Rushmore. Nie staną się od tego mniej kamienne. Łapie mnie za luźny fałd skóry u boku i śmieje się, mówi że za dużo jak na swój wiek pije. Nic. Pyta gdzie moja dziewczyna. Nic. Mówi że zna się na ludziach. Tu już nie wytrzymuję. Mówię, że zna się tylko na kutasach.
Muszę odstawić. To koniec, ostatni etap żałosnego kiblowego maratonu, ostatnia kreska spływa goryczą do gardła. Idę na chwilę do Zet. Jest tam niemal cała osiedlowa zgraja i ani śladu poprzedniej nocy. Moment gdy tak stoimy w kręgu i palimy jointa, tak różni a połączeni życiem na Acocksie, to szczególna chwila, zostaje w głowie z wyrazistością fotografii. Ja niebieski, blady, jeszcze na haju ale już prawie na zjeździe, sącze nerwowo browar, Zet chwali się tatuażem na przedramieniu, twarzą Jokera o płomiennych włosach. Dziara jest świeża, kolorowa i zajebista. Janek stoi jak posąg, ręce założone na piersi, nogi rozstawione, może mysli o szufladkach z przeszłości (domyślam się że jest o czym), mógłby tak stać dzień i noc, a słońce zataczałoby krąg, raz skracając a raz wydłużając jego cień, w którym siedzi Klaudia, piękna i przepalona. Jacek opowiada Bieganowi jak w najszybszy i najłatwiejszy sposób włamać się do auta. Kala z Domi na schodach, gadają, młodszy Zet z trudem trzyma fason, oczy mu uciekają, a między nimi Młody...
Rok pański 2015. Czerwiec Ósmy. Ty pusty, głupi melepeto. Amfiteatr trwa w najlepsze. Zaopatruję się u Schabowego, niebezpiecznego wariata o chrapliwym głosie. Podobno dlatego, że ktoś kiedyś przebił mu płuco nożem. To twardy skurwiel bez skrupółów, a blizn ma więcej niż jest linii metra w Londynie. Leżę w łóżku jak śnięta ryba przez większość dnia, dopóki nie dzwonię zapytać o torebkę śmierci na kredyt. Przynosi ją, a jakże. Na woreczku namalowane są serduszka.
W pracy jestem zawieszony na czas nieokreślony. Dwieście funtów nadgodzin przeszło koło nosa (dosłownie) podczas weekendu bo nie mogłem poskromić apetytu. Byłem zbyt naćpany aby stwarzać pozory, więc zawróciłem spod bramy, wyrzuciłem robocze buciory w krzaki opodal przystanku i hulaj dusza. A teraz podobno jest komplet ludzi i jak na razie nie wracam. Za cztery godziny rozpoczynam pracę w innym miejscu, więc powinienem zbierać sen, energię i koncentrację na dobre pierwsze wrażenie, lecz siedzę przed monitorem i oglądam kolejny świt. Czcionka jest już pochylona na dobre, tak jak sylwetka i psychika. Kurwa mać.
Wcześniej tej nocy przez dwie godziny wędruję po ciemnych ulicach, bezszelestnie jak duch którym jestem. Trafiam nad kanał - w Bham jest jeden z najdłuższych, a kanałów w ogóle jest więcej niż w Wenecji - z kanałem sąsiaduje duży park, gdzie błądzę przez jakiś czas. Mogę zażyć tlenu w spokoju i dyskrecji. Idę w całkowitych ciemnościach, na pamięć, a gałęzie i pajęczyny wydają się specjalnie stawać na drodze, zaczepiać o ubrania, szepczeć: zostań z nami, do niezmąconej czerni został już tylko jeden krok, zostań i daj się utulić do snu, zobacz jak pławimy się tu, na dole, zostań i wejdź w głębinę, krok po kroku, głębiej i głębiej...
Wikipedia o niezapominajkach: niezapominajki to symbol wierności w miłości.
Alfabet Morse'a lekcja druga: jeden dźwięk oznacza tak, trzy oznaczają koniec.
Mrok, łażę po ciemnych zaułkach, to zły sen, to tylko zły sen... W domu zimna wojna, trzaskające drzwi, Frances ma jeszcze wobec mnie cierpliwość, ale najwyraźniej powoli się kończy. Jeszcze tego brakowało, żebym znowu wylądował na ulicy. to byłby koniec, kropka, żadnych peesów. Karma, ogromny i leniwy owczarek niemiecki, patrzy obojętnie jak wychodzę i wracam, dla niej wszystko jedno kim jestem, zna mój zapach i wie, że lubię ją głaskać i częstować jedzeniem. Chciałbym zostać Karmą na jeden dzień. Leżeć tak cały dzień na brzuchu albo zagryźć gardło jakiemuś skurwielowi.
Jest jeden plus całej tej sytuacji. Słowa na ekranie płyną nieprzerwanie.
Fleszbek. Weekend kiedyśtam nie tak dawno. W salonie pod numerem pierwszym pojawił się biały, plastikowy stolik/podnóżek, usptrzony gęstymi rdzawymi plamami, których raczej nie było tam wcześniej. Na półce obok leży pasek.
Mówią że należy trzymać wrogów blisko siebie. Walę kreski z Rudym Mefistofelesem.
(...)
Znów ruszam w bój. Bitwa ostatnia już czeka mnie. Tak zacznę wątek samobójstwa gdyby zapadł ten szczególny rodzaj ciszy. Tak jak teraz. No więc zaczynam ten wątek chociaż nie chcę, palce same wystukuja rytm na klawiaturze bez udziału woli, hipnoza, wolna wola i samokontrola dryfuj jak gondola nie musisz spać bo dusi zjazd i kusi tak ten biały proszek. Po prostu wystukuj rytm i to zadziała jak czary, panie i panowie, oto pokaz magicznych sztuczek jakiego państwo jeszcze nie widzieli, oto sztukmistrz oraz iluzjonista, Harry Houdini pokaże państwu sztuczkę o wiele trudniejszą niż wstrzymanie oddechu przez trzy minuty, równocześnie otwierając zamek kłódki na rękach zanurzony w zamkniętym zbiorniku na skraju wodospadu.
Przecież wiesz że to tylko kwestia czasu zanim sięgniesz po resztki spida, trzy minuty, godziny, lata, melanże, papierosy, eony, trzy razy się tego wyprzesz a i tak weźmiesz. Daję ci góra dwadzieścia minut.
Czy słyszę głosy? To znaczy, te oprócz nasłuchiwania wszystkich dookoła, głos w napuchniętej, zmęczonej, pulsującej bólem czaszce.
To głos bieli. Głos który nie straci weny jak ty już dawno, głos który będzie kroplą drążącą skałę, kropla wody kapiąca na czaszkę, kap, kap, w końcu twój mózg zje sam siebie, przekroi sięna pół jak kalafior i wiesz jak wyglądało będzie wnętrze? Będzie zakurzone jak odsłonięta zielona płyta telewizora, bedzie bezsensowne jak to porównanie, pełne przetartych, zniszczonych synaps które kiedyś gdzieś prowadziły, ale teraz? zgadnij, kończą się zerwanym przewodem, zerwana łączność, houston mamy problem, apollo 13 wchodzi w atmosferę z prędkością, szybko znaczy, jakieś trzy machy, cztery węzły i pięć węgorzy na godzinę. To wydaje się być dość wolno, lecz tylko pozornie, gdyż albowiem światło jest zaginane przez czasoprzestrzeń w rulon, a później supernowa eksploduję tworząc czarną dziurę i w ten sposób światło, zwłaszcza żółte i białe, wykazuje zachowanie cząstki, maleńkich kropek światła (nazywają się one fetony a ich napięcie jest mierzone w amfach) które podróżują szybciej relatywnie wzdlędem otoczenia, tak jak nakazuje Teoria Względności Einsteina, a im jest ich więcej w jednym strumieniu, tym bardziej czasoprzestrzeń jest zagieta, zaskoczona otwiera buzię/ryj tak szeroko jak może, aż widać migdałki i wtedy już wiesz że myślisz o sąsiadce z góry, lub raczej myślisz że myślisz ale nie myslisz o niczym tylko siedzisz. Cierpliwy jak jebany Budda w oczekiwaniu jak włączy się kawałek Wilka i Pelsona 'Czas Dokonać Wyboru'. Tyle że kawałek nie włącza się od półtorej godziny i dziś wybierzesz biało czerwoną flagę polsko-angielską. Wilku cię nie uratuje swoimi ckliwymi balladami z ciemnej bramy.
soundtrack: https://www.youtube.com/watch?v=7n9Wcq9QjHo
To piękny kawałek.
To chujowy kawałek. Zdradzę ci sekret. Wiesz czemu wyjdziesz stąd za moment i wciągniesz wpierw jedną, potem drugą i trzecią linię? Czemu typy naokoło robią to samo w zaciszu swoich domów? Przez kobiety, to wszystko przez kobiety, widzisz, szczęśliwi, pewni siebie ludzie dokonali właściwego wyboru, wyboru który ich zadowala. Ty nie. Ta pierwsza grupa obserwuje twój żywot robaka przed metamorfozą i w zależności od sytuacji kwituje to okrutną beką, lekką beką, milczeniem, zażenowaniem, politowaniem... zresztą co ja się będę Freudował na tobie, jesteś jak królik na autostradzie patrzący na zbliżające się światła, nie udało ci się, przespałeś moment. Więc teraz możesz go przespać, tfu, przećpać drugi raz, albo wiesz co? zakochaj się we wróżce Arlecie czy innej Szelobie, wysyłaj płomienne smsy opisujące kawałek jej stanika wystającego zza bluzki, niech ona obieca wywróżyć ci nowy mózg, taki dwurdzeniowy, żeby miał w chuj pamięci RAM (Ruchanie, Amfetamina, Melanż) widzenie na podczerwień i inne bajery. Niech przyniesie go pod twoje drzwi i zapuka gdy najmniej się tego spodziewasz, a wtedy padniecie sobie w ramiona i wyrzucisz ten stary, gąbczasty kalafior i ona otworzy ci głowę i zamontuje za pomocą śrubokrętu nowy egzemplarz, ze wspomnieniami i bodźcami szczęśliwymi tylko, wchestronnej wiedzy w wielu wyrafinowanych specjalizacjach, ależ chwilkę och ujemnie wygląda koniunkcja Marsa z platoniczną planetą Nie-Kocham-Cie-Lecz-Się-Jesteś-Dzieckiem-W-Mej-Ręce (właściwie to bardziej asteroida, krąży tam gdzie jej wygodnie) więc nie będę w stanie być z tobą, ale wyślę egzemplarz mózgu przez kryształową kulę prosto pod twoje okno jako piorun kulisty, albo po prostu wyślę Fedexem, gdyż myślę o tobie gdy akurat nie ma komu wróżyć ani tasować tarota, właściwie to ta paczka leży gdzieś w szafie, lecz niezwłocznie wyśle ją jak tylko rozpocznę życie w obcym miejscu, wyjdę za mąż, urodzę trójkę bobasów, z czego wszystkie nazwę twym imieniem, niewazne jaka płeć, tak bardzo myślę o tobie że jednak byłoby tonie na miejscu gdyż toniesz tonie modne imie a poza tym ich byłaby trójka a ty jeden, choć schizofrenicznie rozszczepiony, to jednak nieadekwatny i nieaktualny, właściwie to nie spakowałam tej paczki, tylko miałam taki zamiar, ale nie ma już nowych mózgów, wykupili wszystkie na targu, więc nowej głowy nie dostaniesz, nic nie dostaniesz, przegrałeś, smutna zielona żabo, pomidorze ty, arytmiczny mięśniu sercowy który jeśli zechcę to zgniotę w palcach i skończy się ten bełkot, będzie tylko ostatnie Du-Dum i koniec, zasuszę ten ochłap mięsa w torebce i zachowam na pamiątke aby wspomnieć twe dozgonne, niedorozwinięte uczucie w nudny, deszczowy dzień. Gdyż zawsze będę cię kochała, tak bardzo głęboko i sekretnie że wspomnę aksamitny dotyk twojej czcionki od czasu do czasu, a już na pewno raz na miesiąc, no chyba że parzysty, bo nie jesteśmy parą, raz na rok na pewno przypomnę sobie o tym, że w wąskim odstępie czasu byłeś ze mną gdy cię potrzebowałam by się wygadać, to znaczy mogłeś być w tym wąskim odstępie czasu przeszłego, past simple, być mą miłością jedyną, gdyż uczucia me są zagmatwane i niepewne a taki miałam sen gdy nikt mnie nie chciał gdyż eliptycznie wygięłam się za bardzo w lewo, a może w prawo, a może na lewą stronę i na opak i bardzo to dotknęło mą artystyczną duszę do czasu gdy jednak ten wąski odstęp czasu minął i już poszycie ściółki leśnej uzdrowiło to życie po życie me bo życie jest jak taniec, wymaga partnera, a ja go mam i mam też kilka zasuszonych ochłapów mięsa w kolekcji, żaden jednak tak nie krwawi jak twój, krwawi obficie tak że starczy by wypełnić całą wannę w nudny deszczowy, książkowy dzień, więc nie umieraj jeszcze, bo zobaczymy się niedługo, widzę to w mojej kryształowej kuli, zobaczymy się latem, wszystko jest już zaplanowane, wyśle ci mejlem mapę gdzie krzyżykiem zaznaczone jest miejsce gdzie musisz kopać na głębokość trzech warstw hamburgera a na samym dole jest adres restauracji. Mają tam na ścianach fotografie fauny i flory (głównie jednak flory, najbardziej udana kompozycja to niezapominajki wyrosłe na porzuconej komputerowej obudowie. Mają tam również pokoje do wynajęcia, wynajmiesz jeden i będziesz czekał, gdyż teraz jestem bardzo zajęta, przygotowania do życia w nowym kraju, otoczeniu, do wyjścia za mąż, ale będe myślała tylko o tobie cały ten czas będę niebieska, a jeśli nie to założę niebieską bluzkę i ucieknę sprzed ołtarza, wyrzucę telefon do oceanu arktycznego gdyż i tak nie użyłam go od trzech lat, na każdy kontakt mam inny dzwonek i czasem robie sobię koncert i wyżymam krew z ochłapu aorty do wiaderka, twoja krew jest bardzo smaczna, lecz nie mogę odebrać bo wtedy Du-Dum byłoby poza kontrolą i mogłabym się ochlapać czerwienią twą, a jestem nieśmiała i nie lubię gdy ktoś popełnia samobójstwo na pierwszej randce, to takie wulgarne, więc żyj jeszcze, tak jak teraz a gdy będę już dorosła, zgarbiona i ucieknę sprzed ołtarza, przynajmniej na weekend jak nikt się nie dowie i stanę przed tobą osobiście żeby zabrać wszystko co ci pozostało, zdejmę kaptur, usłyszysz świst kosy i już wszystko bedzie dobrze, będziemy razem na zawsze, jak syjamskie bliźnieta, sępy nad nami a my splecieni w kręgu, w danse macabre, najpiękniejszym z tańców, bez masek, bez skóry nawet, dopada ją korozja, erozja i w końcu schodzi i zostaje goła klatka żeber, piszczeli i łokci i słychać śpiew lulka w oddali jako akompaniament iwirujemy coraz szybciej...
Tracę przytomność, a gdy się budzę jest trzynaście godzin później, słońce wisi wysoko, ten dzień jest już z góry stracony, gdyż nie zdążyłeś, a czas to najcenniejszy towar we wdechświecie, nie cofniesz, gdy już raz ulegnie zagięciu w rulonie czasoprzestrzeni jest już za późno.
Wczorajszy dzionek to ostatni dzwonek, pierwszy dzień w nowej fabryce, małym zakładzie ukrytym w jednej z bocznych uliczek w centrum miasta, jeden z nielicznych egzemplarzy lokalnego przemysłu, który przetrwał Margaret Thatcher, Blaira, ciapatych, kryzys ekonomiczny i deszcz meteorytów. Zakład zajmuje się produkcją niezbędnych do dalszego istnienia ludzkości drucianych koszy na zakupy. Sami pomyślcie co by było gdyby nie te koszyki; grubasy noszą swą piramidę artykułów spożywczych na rękach (grubość nie, chudość tak, gdyż chudość to błogosławieństwo, jeszcze napiszę o tym) i nagle ta piramida jeb w dół i wszędzie naookoło pryska dietetyczna cola, sos, olej i wszystko co tłuste, a ludzie za grubasem ślizgają się i upadają, wstają wkurwieni i upierdoleni, wyciągają z kieszeni noże i koktajle mołotowa i zaczyna się rewolucja.
Na pierwszej przerwie siadam i słyszę: cześć. Patrzę w twarz ducha, a jest to twarz opuchnięta, chorobliwie czerwona, jeśli się nie opamiętam moja własna będzie tak wyglądać za kilka miesięcy. Ta twarz kontrastuje ze szczupłą sylwetką w ciasnych dżinsach. Kruczoczarne włosy tak podobne do włosów Anii, tak podobne że aż nie mogłem się oprzeć. Cześć Michał, czekałam aż tu w końcu trafisz. Cześć Beata, naprawdę? I myślę jak nawiązać do tamtej sytuacji w autobusie, jak wyjaśnić że to pomyłka, że tu nie chodzi o ciebie, biedactwo. Że choć rozłożyłaś mnie na części pierwsze przed koleżankami to nie masz pojęcia, nic nie wiesz.
Na kolejnej przerwie pytam o jej historię, jak to się stało że odeszła z Aston Labs. To nie twoja sprawa, słyszę. W porządku. Porozmawiam sobie ze słuchawkami. I tak ledwo dźwigam swój krzyż a co dopiero twój, możemy cierpieć osobno i w milczeniu.
- Słyszeliście? Jak był ten mecz Francja-Irlandia, wtedy jak Henry strzeił gola ręką w dogrywce, bezczelnie wepchnął piłkę do bramki, nikt nic nie zauważył i Francja wygrała mecz o wszystko, znaczy się o mundial, bo to były kwalifikacje, no to po wszystkim Fifa zapłaciła Irlandczykom 3.6 miliona funtów za to żeby siedzieli cicho.
Tak mówię ja.
- Co? - tak mówi Zet i wypuszcza bucha.
- Ile? - tak mówi Biegan, zielony ironiczny wygadany i też wypuszcza bucha.
- Trzy i pół miliona - mówi Zet gdy widzi że starczyło m gadania na trzy linijki i już nic nie powiem. W kuchi numer 36 jest nas szóstka. Kopcimy już drugi wieczór, a w ogóle to spłonęło w tym pomieszczeniu tylko w tym miesiacu wiecej blantów niż watów ma żarówka na suficie. Starannie jej unikam, jak również komfortowego siedzenia, tu nie da rady. Jest za to komfort dymu. komfort psychiczny trudniejszy do osiagnięcia.
Subscribe to:
Comments (Atom)
