czyzbys miała to samo pasje co ja?
To ci się śni, śni się mnie,
Dopóki śnimy, żyjemy w tym śnie
Dopóki śnimy, żyjemy w tym śnie
wiesz jak się czuję?
jak terrorysta planujący obalenie rządu
Zazdrość to cień miłości. Im większa miłość, tym dłuższy cień.
Rozprawiam się z demonami, po kolei. Dla co po niektórych z was byłoby najlepiej gdybym już na zawsze został tym załamanym dzieciakiem, który spał na podłodze sam na sam z myślami i budziła go strzyga dwa, trzy razy na noc. Który wpierdalał makaron z masłem i jeździł do miasta żeby żebrać o szlugi, czasami coś zajebać i w końcu iść do biblioteki zażyć nieco wirtualnego tlenu. Który czasami stawał na krawędzi i patrzył na widok z lotu ptaka. A jednak odnalazłem w tym źródło siły i dziś już nie jest tak samo, prawda? This is the payback from the past... jestem w stanie wybaczyć ale nigdy zapomnieć tamtych dni. Miłość przebacza. To właśnie jest w niej najgorsze. Że przebacza. Tonie kwestiaż dumy czy ekonomii. Przypomniał mi się pewien kawałek WWO: W Wyjątkowych Okolicznościach. O kim jest ten kawałek? Przejrzyj na oki, być może jest o Tobie z wtedy i o niej z wtedy. Chociaż masz wszystko to, za co ja tracę czas i zdrowie, to najbardziej kusi to czego mieć nie możesz, prawda? Śniła mi się ostatnio Druga, szliśmy ekipą szerokim chodnikiem niedaleko numeru pierwszego, był słoneczny dzień, przez cały czas próbowała zwrócić na siebie moją uwagę, w końcu objęła mnie ramieniem od tyłu z prawej strony, wtedy odwróciłem się w prawo i to jednak byłaś Ty, dobre trzydzieści centymetrów niższa, lecz we śnie wszystko się może zdarzyć, wtedy Cię objąłem i spacerowaliśmy sobie, bez pośpiechu, trzydzieści centymetrów ponad chodnikami.
Tak wysoko chodzę aż do soboty, gdy tracę łączność ze światem. Samoloty spadają z nieba, bo silniki zahaczają o brak zaufania i stają w ogniu, fioletowy ogień bucha a ja każdym nerwem ciała, każdą komórką czuję że coś jest niehalo. Nie wiem, nie mam nic prócz przeczucia ale zawiodłem się już tyle razy że zaczynam w to wierzyć. Z tym ciężarem łażę przez całą sobotę.
Pozdrówki dla gangu za towarzystwo, gościnę, czas, nieco mniej dobre słowo kiedy go potrzebowałem, potrafiliście tylko wbijać szpilki, nocne wilki, jak to nawijał Sitek: nie ma nic bardziej przykrego od osiedli bez ambicji, bo patrzyli na nas z góry żebyś tylko się ich wyzbył. Zastąp ambicje marzeniami. Nauczyłem się od was wiele, a ból najlepszym nauczycielem. Ból zapamiętasz, nie to co piękne.
Na początku był ból. Wszechogarniający, przejmujący ból, ostry jak brzytwa, słowa nie opiszą tego bólu bo jest ukryty. Zdradziecki. Nie widać go, lecz nic nie może tego naprawić, już nigdy nic nie będzie w porządku, tak boli ta nicość, otchłań, tak boli że ten ból wydaje się niemożliwy do przeżycia, przebycia, przepicia, martwica mózgu, sam ból tylko nieskażony myślą, czy czas pogrzebać marzenia, bo to słabość, a za słabość nie ma przebacz, czas nas zmienia, czas zmienia światopogląd, odkąd wylądował orzeł może powiesz mi, coś z serii niepotrzebnie powieści układasz w głowie, a może nie powiesz nic, tylko powolna agonia, katatonia, lobotomia, jątrząca się rana której nie można zabandażować, ani polać wody utlenionej, bo jej nie ma tak naprawdę, tej rany, nie istnieje poza twoją głową a stamtąd rozchodzi się po ciele, krąży w lewo, przeciwnie do kierunku wskazówek bezkarna trucizna, tik tak tyka serduszko zmęczone, oczy też, obol a łez nie ma, skończyły się, susza, nic już nie rusza, nikomu nie ufam, dzięki chłopaki nie mazaczo, zakchowuje się źle, najgorzej, gorzej - chciałem dobrze, nie słucham ostrzeżeń, doświadczonych rad, o sny? nie pytaj, nie ma snów, nie ma słów, nie ma znów nic, tylko ból, bul bul bul...
Z niczego powstaje coś, z bólu wyłaniają się literki, a z nich tworzy się słowo, nieznajoma jeszcze gracienia. Słowo krąży i skrzysięga, bez znaczenia ani sensu wędruje w nicość. Złe słowa rodzi się ciemność i światło i od tej pory zlatują się ćmy i od tego dnia już wiesz że to istnieje, następuje podział, wstaje misłońce milczące ukłucie i już wiesz że tak wygląda świtnoc idzień. Tak kończy się dzień pierwszy.
Dnia drugiego i trzeciego stfurca tworzy odpowiednio niebo i ziemię, błękit i zieleń, tęczówkę oka, oceany i lądy połączone sklepieniem, horyzontem, chorym związkiem i pustkę wypełniają rośliny, nie ma lipy, ale są klony, pokrzywy, tulipany, drzewa baobapu szczaw akacje groszek i marichuana. I kolce różane. Nie ma jeszcze samolotów ale i tak wiadomo że działa prawo ciążenia, tenlot szybko umiera, jeśli ktoś lub coś już raz wzleci w błękit, prędzej czy później zniebawidzi ziemię coraz bliżej i w końcu spada i już rogówka i główka pracują inaczej bo wiedzą że muszą uważnie stawiać stopy i uważać na rozpadliny, co krok łamliwe gałązki i nie można się potknąć.
Dnia czwartego w cztery strony opuszczonego kosmosu tfurca rozsyła migoczące gwiazdy aby rozjaśniły nieco mrok, później każde błyszczy osobie, osobno, tylko czasem jak deszcz spada z nieba, ogniki, chodniki i dni niczym jedno zlewają się ze sobą.
Potem przyszedł czas na piątki dzień i stfurca wykreował świat zwierząt, farbowane lisy, krokodyle łzy, małpi gaj, gibony, żubry i skruszone orły bieliki. I widzi tę chwiejną harmonię, oraz łańcuch pokarmowy, mięsożerców, roślinożerców i leniwce, widzi antylopy przy wódopoju, czyta, lub może łyka raport pelikana i patrzy jak rośnie farma żonkili, później widzi obraz z oddali jak pewna zagubiona kicia łamię nóżkę i wraca do przelotnego domu idiotknoł stfurca jednej ze smukłych smutnych gałązek, a była to wysoka topola i tak w jego głowie pojawiła się Druga myśl, nieśmiała i ambitna, aby z błyszczących czarnych kawałków węgla poczęta została postać stworzona na jego podobieństwo, czysta i wolna.
I chociaż nadal stfurca w środku zapatrzony był na losy bezbronnych kłulawych kotków, było to wszystko odd alone, więc stworzył mężczyznę i niewiastę, choć bez życia jeszcze mimotego błogosławił ich. Gdy zakończył dzieło, w sobotę wieczorem spali w pozycji na łyżeczkę, głupijak but początkujący tfurca zaczyna szeptać i wtedy wszystko się zmienia. Szepty to iluzja podpowiedziana przez podstępnego węża, zagadka i pułapka, klątwa skonstruowana tak, aby zabolało, zdolna skłonić i jedno i drugie do skosztowania owocu z drzewa poznania dobra i zła. Pierwszy kęs nie posmakował lecz jest już za późno, albowiem zło przeraziło ich a przebaczyć może tylko dobro, które jest iluzją.
Siódmego dnia tfurca postanowił się zdrzemnąć. Nie mógł jednak spać i jeszcze raz spojrzał na konsekwencje swoich czynów. Spojrzał na raj utracony, od miesięcy zwierzęcy folwark, poczuł się zdradzony i brzydził się. Splunął na talerz, splunął na talent i pomyślał: zbytnio zaufałem.
Na zwale myślę sobie: wytrzymaj, skoro wytrzymałeś już tyle to czemu miałbyś teraz się poddać paranoi? Już raz z tym wygrałeś, a podobno jeśli kogoś kochasz musisz pozwolić odejść. Zaufać. Jeszcze dwanaście godzin temu mógłbym wpakować pięć kul prosto w serce. Skąd się to we mnie bierze, czasem człowiek to zwierzę, gdy schwytany w sidła zadaje rany i probuje się wyrwać. Wybacz. Wybaczcie. Mam nadzięję że kolejny wpis będzie lepszy, że będzie kolejny wpis, że zagra mi swoją melodię mała smutna pozytywka z saskiej porcelany i wtedy będę mógł napisać najwspanialszą, inspirowaną życiem historię, jaką poznał świat (bo Acocks to cały świat, to znaczy jego centrum, pępek, świat kończy się kilka mil za Birmingham, spadzistym wodospadem urywa się w otchłań, świat to dysk a AG jest jego osią) i wtedy skończy się ból.
To mój czas - myślę w zadufaniu.
Rozprawiam się z demonami, po kolei. Dla co po niektórych z was byłoby najlepiej gdybym już na zawsze został tym załamanym dzieciakiem, który spał na podłodze sam na sam z myślami i budziła go strzyga dwa, trzy razy na noc. Który wpierdalał makaron z masłem i jeździł do miasta żeby żebrać o szlugi, czasami coś zajebać i w końcu iść do biblioteki zażyć nieco wirtualnego tlenu. Który czasami stawał na krawędzi i patrzył na widok z lotu ptaka. A jednak odnalazłem w tym źródło siły i dziś już nie jest tak samo, prawda? This is the payback from the past... jestem w stanie wybaczyć ale nigdy zapomnieć tamtych dni. Miłość przebacza. To właśnie jest w niej najgorsze. Że przebacza. Tonie kwestiaż dumy czy ekonomii. Przypomniał mi się pewien kawałek WWO: W Wyjątkowych Okolicznościach. O kim jest ten kawałek? Przejrzyj na oki, być może jest o Tobie z wtedy i o niej z wtedy. Chociaż masz wszystko to, za co ja tracę czas i zdrowie, to najbardziej kusi to czego mieć nie możesz, prawda? Śniła mi się ostatnio Druga, szliśmy ekipą szerokim chodnikiem niedaleko numeru pierwszego, był słoneczny dzień, przez cały czas próbowała zwrócić na siebie moją uwagę, w końcu objęła mnie ramieniem od tyłu z prawej strony, wtedy odwróciłem się w prawo i to jednak byłaś Ty, dobre trzydzieści centymetrów niższa, lecz we śnie wszystko się może zdarzyć, wtedy Cię objąłem i spacerowaliśmy sobie, bez pośpiechu, trzydzieści centymetrów ponad chodnikami.
Tak wysoko chodzę aż do soboty, gdy tracę łączność ze światem. Samoloty spadają z nieba, bo silniki zahaczają o brak zaufania i stają w ogniu, fioletowy ogień bucha a ja każdym nerwem ciała, każdą komórką czuję że coś jest niehalo. Nie wiem, nie mam nic prócz przeczucia ale zawiodłem się już tyle razy że zaczynam w to wierzyć. Z tym ciężarem łażę przez całą sobotę.
Pozdrówki dla gangu za towarzystwo, gościnę, czas, nieco mniej dobre słowo kiedy go potrzebowałem, potrafiliście tylko wbijać szpilki, nocne wilki, jak to nawijał Sitek: nie ma nic bardziej przykrego od osiedli bez ambicji, bo patrzyli na nas z góry żebyś tylko się ich wyzbył. Zastąp ambicje marzeniami. Nauczyłem się od was wiele, a ból najlepszym nauczycielem. Ból zapamiętasz, nie to co piękne.
Na początku był ból. Wszechogarniający, przejmujący ból, ostry jak brzytwa, słowa nie opiszą tego bólu bo jest ukryty. Zdradziecki. Nie widać go, lecz nic nie może tego naprawić, już nigdy nic nie będzie w porządku, tak boli ta nicość, otchłań, tak boli że ten ból wydaje się niemożliwy do przeżycia, przebycia, przepicia, martwica mózgu, sam ból tylko nieskażony myślą, czy czas pogrzebać marzenia, bo to słabość, a za słabość nie ma przebacz, czas nas zmienia, czas zmienia światopogląd, odkąd wylądował orzeł może powiesz mi, coś z serii niepotrzebnie powieści układasz w głowie, a może nie powiesz nic, tylko powolna agonia, katatonia, lobotomia, jątrząca się rana której nie można zabandażować, ani polać wody utlenionej, bo jej nie ma tak naprawdę, tej rany, nie istnieje poza twoją głową a stamtąd rozchodzi się po ciele, krąży w lewo, przeciwnie do kierunku wskazówek bezkarna trucizna, tik tak tyka serduszko zmęczone, oczy też, obol a łez nie ma, skończyły się, susza, nic już nie rusza, nikomu nie ufam, dzięki chłopaki nie mazaczo, zakchowuje się źle, najgorzej, gorzej - chciałem dobrze, nie słucham ostrzeżeń, doświadczonych rad, o sny? nie pytaj, nie ma snów, nie ma słów, nie ma znów nic, tylko ból, bul bul bul...
Z niczego powstaje coś, z bólu wyłaniają się literki, a z nich tworzy się słowo, nieznajoma jeszcze gracienia. Słowo krąży i skrzysięga, bez znaczenia ani sensu wędruje w nicość. Złe słowa rodzi się ciemność i światło i od tej pory zlatują się ćmy i od tego dnia już wiesz że to istnieje, następuje podział, wstaje misłońce milczące ukłucie i już wiesz że tak wygląda świtnoc idzień. Tak kończy się dzień pierwszy.
Dnia drugiego i trzeciego stfurca tworzy odpowiednio niebo i ziemię, błękit i zieleń, tęczówkę oka, oceany i lądy połączone sklepieniem, horyzontem, chorym związkiem i pustkę wypełniają rośliny, nie ma lipy, ale są klony, pokrzywy, tulipany, drzewa baobapu szczaw akacje groszek i marichuana. I kolce różane. Nie ma jeszcze samolotów ale i tak wiadomo że działa prawo ciążenia, tenlot szybko umiera, jeśli ktoś lub coś już raz wzleci w błękit, prędzej czy później zniebawidzi ziemię coraz bliżej i w końcu spada i już rogówka i główka pracują inaczej bo wiedzą że muszą uważnie stawiać stopy i uważać na rozpadliny, co krok łamliwe gałązki i nie można się potknąć.
Dnia czwartego w cztery strony opuszczonego kosmosu tfurca rozsyła migoczące gwiazdy aby rozjaśniły nieco mrok, później każde błyszczy osobie, osobno, tylko czasem jak deszcz spada z nieba, ogniki, chodniki i dni niczym jedno zlewają się ze sobą.
Potem przyszedł czas na piątki dzień i stfurca wykreował świat zwierząt, farbowane lisy, krokodyle łzy, małpi gaj, gibony, żubry i skruszone orły bieliki. I widzi tę chwiejną harmonię, oraz łańcuch pokarmowy, mięsożerców, roślinożerców i leniwce, widzi antylopy przy wódopoju, czyta, lub może łyka raport pelikana i patrzy jak rośnie farma żonkili, później widzi obraz z oddali jak pewna zagubiona kicia łamię nóżkę i wraca do przelotnego domu idiotknoł stfurca jednej ze smukłych smutnych gałązek, a była to wysoka topola i tak w jego głowie pojawiła się Druga myśl, nieśmiała i ambitna, aby z błyszczących czarnych kawałków węgla poczęta została postać stworzona na jego podobieństwo, czysta i wolna.
I chociaż nadal stfurca w środku zapatrzony był na losy bezbronnych kłulawych kotków, było to wszystko odd alone, więc stworzył mężczyznę i niewiastę, choć bez życia jeszcze mimotego błogosławił ich. Gdy zakończył dzieło, w sobotę wieczorem spali w pozycji na łyżeczkę, głupijak but początkujący tfurca zaczyna szeptać i wtedy wszystko się zmienia. Szepty to iluzja podpowiedziana przez podstępnego węża, zagadka i pułapka, klątwa skonstruowana tak, aby zabolało, zdolna skłonić i jedno i drugie do skosztowania owocu z drzewa poznania dobra i zła. Pierwszy kęs nie posmakował lecz jest już za późno, albowiem zło przeraziło ich a przebaczyć może tylko dobro, które jest iluzją.
Siódmego dnia tfurca postanowił się zdrzemnąć. Nie mógł jednak spać i jeszcze raz spojrzał na konsekwencje swoich czynów. Spojrzał na raj utracony, od miesięcy zwierzęcy folwark, poczuł się zdradzony i brzydził się. Splunął na talerz, splunął na talent i pomyślał: zbytnio zaufałem.
Na zwale myślę sobie: wytrzymaj, skoro wytrzymałeś już tyle to czemu miałbyś teraz się poddać paranoi? Już raz z tym wygrałeś, a podobno jeśli kogoś kochasz musisz pozwolić odejść. Zaufać. Jeszcze dwanaście godzin temu mógłbym wpakować pięć kul prosto w serce. Skąd się to we mnie bierze, czasem człowiek to zwierzę, gdy schwytany w sidła zadaje rany i probuje się wyrwać. Wybacz. Wybaczcie. Mam nadzięję że kolejny wpis będzie lepszy, że będzie kolejny wpis, że zagra mi swoją melodię mała smutna pozytywka z saskiej porcelany i wtedy będę mógł napisać najwspanialszą, inspirowaną życiem historię, jaką poznał świat (bo Acocks to cały świat, to znaczy jego centrum, pępek, świat kończy się kilka mil za Birmingham, spadzistym wodospadem urywa się w otchłań, świat to dysk a AG jest jego osią) i wtedy skończy się ból.

No comments:
Post a Comment