Sunday, 23 November 2014

Zwrotki



Kiedyś byłem ministrantem
Dziś myslę czy wbić na mszę, wypić mszalne winko i chwycić tacę
Bóg zapłać! Już od dawna
Mysli mam te ostre jak Husqvarna
Bojowe jak husaria i niby jak sen
A tak realne, utopie cię w filiżance
Jestem głodny mięsa jak Piranie
Owinę cię w firankę i po wszystkim znajdzie cie Birmingham Me-tropolitan
Horror w dziennikach, a skoro chcesz oddychać
To dawaj PIN i kartę, GPS i kasę
Kluczyki, odjadę dziś twoim dyliżansem
Jakieś pół godziny później pójdę do Landlorda
Oto twoja forsa, oddam ją pod wa-runkiem
Że zajrzysz do piwnicy, bo woda leci ciurkiem
Zamykam drzwi i widzisz że stół jest gotowy na operację
Mam cię Ahmed! Pozwól że sprawdzę czy bez głowy nadal będziesz tak przemądrzały
Ty stary brudasie...



Wstaje o piątej więc zamknij mordę
Mam tu pracę, rentu nie płacę ciapatemu
Mam ku temu powody
I problemów masę, ale mam cel i z oczu go nie tracę
Raczej nie wierzę w multi-kulti
I brudnych-kundli co więżą córki-w-burki
W tej miejskiej dżungli-trudnych dzieciaków, kumpli-i-trutni
Zmieniam swoje życie i złotówki-na-funty
A za te funty-kurwy pójdą z każdym
Dadzą kwiat tutti-frutti i ponieść się fantazji
A w górze, nad chmury-jest-Bóg-i patrzy
Na naszą wieżę Babel, psy szczekają a karawana jedzie dalej
Ty, twój stan umysłu określa byt
Właśnie po-to-to-robię, potok-to-nowe, słowo-po-topie, tą-nowomowę składam tak lata track patataj patataj...
I mam dumę, tą niewidzialną kość co utrzymuje w pionie
Gdy nogi, dłonie mówią że to koniec
Chłopcze, ty chciałbyś swoim rapem mi skopać dupę
Ugotuję cię jak chomika w mikrofalówce, wkrótce...

Monday, 10 November 2014

‘Wszystko jest dozwolone’ (i inne opowieści)






‘Najmniejsza nawet okruszyna prawdy, jaką możemy zdobyć z poznania rzeczy najwyższych, cenniejsza jest niż najpewniejsze poznanie rzeczy najniższych’
Św. Tomasz z Akwinu

‘A best can never be as cruel as a human being, so artistically, so picturesquely cruel’
Dostojewski

‘S’il n’existait pas Dieu, il faudrait l’inventer’
‘If there were no God, it would be necessary to invent Him’
Voltair

‘Na moim przypadku Freud mógłby zrobić doktorat’
Pyskaty



           Pewnego razu do Sycylijskiej wioski na południu Italii przybył pustelnik, a wraz z nim jego pies. Sądząc po szarobrązowej, nieco przypominającej worek szacie – jeśli przyjąć, że worek miał widocznie za sobą miesiące, a być może i lata wędrówki – nieznajomy był mnichem, hermitą, lub mędrcem i mistykiem. Sądząc po jego towarzyszu – był psem. Pustelnik nie naprzykrzał się miejscowym, nie utrzymywał kontaktu z nikim i spedzał dni w samotności na wzgórzu za miastem. Prócz modlitwy, żył o wodzie i chlebie, a chleb ów otrzymywał co dwa dni od miejscowego piekarza.

         Piekarzowi należy się kilka słów opisu na osobności. Nazwijmy go Giuseppe, wszak postać z własnym imieniem jest znacznie bliższa słuchaczowi. Był człowiekiem próżnym, chciwym i cynicznym, który z własnej woli nie podzieliłby się nawet kromką chleba z potrzebującym. A jednak Giuseppe co dzień wstawał o świcie i po brzegi napełniał wiklinowy kosz świeżym, pachnącym pieczywem, aby zanieść go na podwórze na tyłach zakładu, gdzie żebracy, biedacy i tacy, co akurat się przewineli, łapczywie porywali bochenki w swoje brudne, wychudzone ręce. Jakże gardził nimi! Ta pogarda była niemal tak mocno zakorzeniona w jego osobowości, jak kpina wobec ostatniej woli niedawno pochowanego wuja. Testament czynił piekarza spadkobiercą całego biznesu, pod jednym tylko warunkiem, złosliwą zagrywką ze strony starego. Giuseppe miał codziennie rozdać pięćdziesiąt kilogramów świeżego chleba potrzebującym, co było dla niego najgorszą karą.

           Piekarz obawiał się opinii ludzi z miasteczka; plotki rozchodziły się błyskawicznie, a każdy znał każdego. Z najwyższą odrazą wypełniał więc obowiązek, utrzymując jednak przy tym pewien sekret. Ściana, przy której stał kosz, miała wywiercone drzwiczki. Przez te drzwiczki Giuseppe własnoręcznie podbierał tyle, ile zdołał, więc kosz był zawsze opróżniany do cna bardzo szybko – ale czy nie jest tak zawsze gdy nędznicy otrzymują coś za darmo? Takim sposobem drwił z ostatniego życzenia wuja i uspokajał łapczywe serce.

         Obłuda i hipokryzja skłaniała piekarza i podobnych jemu mieszkańców do okazywania wylewnej serdeczności, pobożności i Szczęść-Boże pustelnikowi, gdy ten pokazywał się po swoją porcję pieczywa. Zbywał ich błogosławieństwem, zawsze utrzymując jednak na pomarszczonej twarzy łagodny uśmiech, w którym trochę było ironii, a trochę kontemplacji. Nocą zaś rozmawiał z Najwyższym – do takiego wniosku doszli miejscowi, gdy na wzgórzu zaczęły pojawiać się nieznane światła i wyładowania – podczas gdy grzeszne i rozpustne uczynki mieszkańców uzupełniały ich życia, jak przyprawa uzupełnia danie.

         Status quo był zachowany do czasu, gdy eremita wybrał sie na tamten świat. Jego śmierci towarzyszyły znów dziwne białe światła, o mocy większej niż wcześniej. Po kilku dniach odnaleziono i pochowano jego ciało w palącym słońcu, obok prostego, lecz solidnego szałasu. Do samego końca towarzyszył mu pies, teraz warujący przy grobie, obojętny i – jak wydawało się – bardzo smutny. Wtedy właśnie w ich głowach po raz pierwszy narodziła się mysl, że skoro starzec rozmawiał z Bogiem, to zwierzę musiało być tych rozmów świadkiem.

         Z niepokojem zostawili psa, który widział Boga i czym prędzej wrócili do miasteczka – rozumując przy tym, że psy to bardzo lojalne zwierzęta i często zostają przy martwym właścicielu do momentu własnego wygłodzenia. A jeśli to nie nastapi, stworzenie pewnie ruszy w tułaczkę.

         Minęło kilka dni, potem tydzień. Zniknęły nocne łuny, zniknęły małe, lecz irytujące ukłucia na sumienaich ludzi, zniknęło poczucie bycia oglądanym, osądzanym.

         Ósmego dnia pies wrócił, wygładniały, z wywieszonym jęzorem i wystającą linią żeber w miejsce sadła. To był ten sam pies, rozpoznały go litujące się kobiety, ta sama łatka nad lewym okiem. Wrócił z rana, gdy ofiarowanie chleba właśnie się zaczynało. Widząc wychudzoną, ale znajomą sylwetkę, żebracy rozstąpili się, a za ścianą Giuseppe – świadomy tego, że głosy umilkły – przestał na moment przebierać rękami nad drugim, identycznym koszem. Pies wziął bochenek i odszedł trzymając go w pysku, dokładnie tak, jak nauczył go właściciel. Wydawało się, że ciemne ślepia psa-eremity były jakieś inne, jakby głębsze, przeszywające. Co takiego mogły widzieć, czego doświadczyć?

         Pies – nazwijmy go Hiob – przychodził codziennie i wracał do zdrowia. Jego futro stało się znów puszyste, a dzieci bawiły się z nim, gdy tylko wracał do miasteczka z samotnych wędrówek – gdzie ani po co łaził nikt nie pytał, a przecież absurdem byłoby śledzić Hioba, prawda?

         Dorośli się nie bawili. Traktowali zwierzę z tą samą przesadną serdecznością, jaką okazywali pustelnikowi, ale tylko gdy widywali Hioba w pojedynkę. Gdy przebywali w grupie, lub znajdowali się w zasięgu uszu swoich sąsiadów, nie zaszczycali go nawet spojrzeniem, czasem tylko ktoś wspomniał, że idzie pies-eremita, tonem, który sugerował istnienie jakby gierki lub zabawy, wspólnego sekretu. Uchodziło to jednak za faux pas. Cały czas czuli na sobie te ciemne, mądre oczy, obecność z innego świata.
Pojawiały się nie wiadomo skąd przy furtce, gdy matka chciała sprawić lanie synkowi za dziurę w spodniach, cień merdającego ogona zaskakiwał ojca, gdy chyłkiem zmierzał do drzwi kochanki. Reka matki zatrzymywała się w powietrzu, a ojciec uderzał się w czoło i wołał: ‘Ach, to przecież nie ta ulica! No tak, jak już późno!’ po czym wracał do domu. W mięsnym towary najwidoczniej potaniały, lub stały się cięższe, lub rzeźnik przestał opierać kciuk na wadze podczas sprzedaży. Zaczął natomiast odkładać kawałek schabu na schodku pod sklepem. Hiob wydawał się obserwować i karcić niecne postępki mieszkańców, choć żaden nigdy nie przyznałby drugiemu, że to właśnie pies budzi w nim taki moralny niepokój, wręcz paranoję. Baby umawiały się na wizyty w kościele pod pretekstem wymiany przepisów, mężowie pod pretekstem swoich bab, a ksiądz z niedowierzaniem patrzył na ławy pełne wiernych.

         Z czasem Hiob nie musiał już nawet dreptać po jedzenie. Pod osłoną nocy miejsce, gdzie zwykł spać, wypełniało się spodkami z mlekiem, kawałkami sera, kiełbasy, owocami, a nawet słoniną. Tajemniczej nocnej ciszy nie przyrywały żadne słowa, czasem jedynie słychać było odgłos buta potykającego się o kamień lub szelest spódnicy. Temat rytualnych darów nie był poruszany na głos, ani w nocy ani za dnia.

         Dzięki podarkom pies spasł się okrutnie, ale zanim to nastąpiło, był świadkiem pewnej ciekawej sceny.
Tego poranka Giuseppe odwrócił się, bardzo z siebie zadowolony – w końcu odebrał dziś żebrakom ponad dziesięć kilo! – od sekretnych drzwiczek i wtedy zobaczył psa, który widział Boga.

         Cofnął się o krok i omal nie upuścił kosza. Pies nawet nie drgnął, nie zaszczekał, zresztą nikt nie słyszał żeby kiedykolwiek szczekał po śmierci starego mnicha, a zdania były podzielone co do tego, czy robił to wcześniej. Patrzył jedynie z głową przekrzywioną na bok, jak to czworonóg, pies, przecież to tylko pies!? – takie myśli truły piekarza. ‘Chcesz trochę kiełbasy piesku? Piesku?’ – wołał i kusił, ale hiob dalej patrzył, jakby z wyrzutem, jakby stało się coś strasznego. I faktycznie, Giuseppe, człowiek bez sumienia, poczuł suchość w gardle i nie mógł wydusić ani słowa więcej. Gdy wydawało się już, że cisza będzie nie do zniesienia, pies podniósł się z tylnich łap i odszedł powoli, dostojnie.

         Od tej pory piekarz nie odważył się powtórzyć pomysłu z dzwiczkami. Głodni najdali się do syta, syci dzielili się z głodymi, ustały kradzieże, zdrady i przemoc. Naturalnie mieszkańcy miasteczka znajdowali wymówki i tłumaczenia dla całkowitej odmiany obyczajów. Bo czlowiekowi nie wystarczy byc dobrym, musi miec jeszcze do tego powod. Miasteczko stało się oazą spokoju i wiary na bezbożnej prowincji, wraz ze swoim psim strażnikiem, obecnie zbyt grubym, by się poruszać i sparaliżowanym w łapach. Los był na tyle okrutny, że Hiob zatrzymał się na środku drogi, przed ratuszem i chociaż sam nieruchomy, w dalszym ciągu obserwował ludzi jak święta krowa, utuczony ich niechętną miłością. Jak na psie lata był już stary i wyglądało, że niedługo zdechnie. Ale kto to wiedział, wszak to nie było normalne ziemskie stworzenie. Może był niesmiertelny, a może czeka go wniebowstąpienie? Ludzie rozważali tą kwestię w ciszy swoich domów, patrząc w sufity, ale nigdy z ambony.  

         Ale ostatecznie, pies, który widział Boga odszedł całkiem normalnie, w nocy z czwartku na piątek. Wyglądał jakby spał, poza tym, że był całkowicie zimny. Ludzie patrzyli po sobie ukradkiem – czy można teraz zrzucić maski, powrócić do dawnych, już prawie zapomnianych lat grzesznej egzystencji? Czy skończył się ten moralny szantaż? Ktoś w końcu zapytał: ‘czy to pies starego eremity leży na środku drogi?’ – a zrobił to głosem ironicznym, lekceważącym, jakby Hiob nie zaprzątał jego mysli od ładnych paru lat. Rada miasteczka postanowiła zrobić coś z trupem, znów omawiając sprawę, jakby była najbardziej błachą z błachostek. Postanowiono, że Hiob zostanie pochowany ze swoim panem (tym na ziemi), na wzgórzu, jako że i tak grupka wiernych wybierała się w to miejsce na piknik. A mieszkańcy, choć byli tylko ludźmi i byli zepsuci, nadal czynili dobro, które stało się dla nich przyzwyczajeniem. Poza tym, zmiana sposobu postepowania, powrót do drzwiczek Giuseppego, oznaczałyby że pies rządził ich życiem, a tego nie mogli przyznać nawet przed lustrem. 

         W dniu pogrzebu na wzgórze wybrała się większość miasteczka. Oczywiście wszyscy wybierali się tam z różnych powodów, od krajoznawczo turystycznych, po wyjątkowo smaczne dzikie maliny, które podobno rosły w okolicy. Całe rodziny podróżowały w powozach, lub pieszo, tak że całość przypominała pielgrzymkę.

         Minęło dziesięć lat od śmierci pustelnika. Nikt w miedzyczasie nie odwiedzał wzgórza. Grób był opuszczony i zarośnięty jak facet po rozwodzie, ale było tam coś jeszcze. Przed mogiłą, wierny swojemu panu, warował szkielet psa.

[Pomysl o tym przez chwilę, zanim zaczniesz czytać dalej]

         Ten przydługi wstęp do właściwej części moich bohomazów to parafraza opowiadania Dino Buzattiego pt. ‘Pies, który widział Boga’. O wnioskach i morałach płynących z tej historii, oraz o tym jak łączy się z tym, co chce wam przekazać w tym rozwlekłym tekście, o tym bedzie zaraz.
A tymczasem znów męczy mnie bezsenność. Znacie ten stan, gdy życie oferuje w ciągu dnia tyle wrażeń, wspomnień i zdarzeń, że mózg nie pozwala zasnąć, odtwarzając wciąż przebieg dnia, napędzany swoistą euforią w przekonaniu że nie ma czasu na sen?

         Otóż ten stan nie ma nic wspólnego z moim. To raczej refleksyjna bezsenność umysłu opetanego przez opowieść, zanurzonego głęboko jak jezioro Bajkał, jak Rów Mariański, tak głęboko, że światło spraw codziennych nie dociera do niego.

         Zaczęło się od głodu dobrze znanemu niektórym z was – głodu ciekawej lektury. Aby go zaspokoić, przejrzałem swoją kolekcję książek, podświadomie szukając wśród kilkuset tomów tego jednego. Rok temu odbiłem się od Dostojewskiego jak smarkacz od bramkarza w klubie, ale tym razem byłem już gotowy. Braci Karamazow rozpocząłem z dozą ostrożności wymieszanej z apetytem wywołanym przez wygórowane oczekiwania. Powieść, o której Kurt Vonnegut powiedział, że ‘zawiera mniej więcej wszystko, co można wiedzieć o życiu’ nie mogła być rozczarowaniem. 

         I nie jest. Mimo że nie zaliczam się (jeszcze) do koneserów literatury – nie starczyłoby życia na przeczytanie wszystkiego, na co mam ochotę – to z czystym sumieniem moge powiedzieć, że Bracia Karamazow to jedno z najważniejszych, o ile nie najlepszych dzieł z dziedziny rzeźbienia w słowach. 



22/10/14

         Ale jak w ogóle zabrać się do opisania narracji tak niezwykłej, tak przenikliwej analizy ludzkiej psychiki, by nie powiedzieć duszy, jak przekazać wam geniusz Dostojewskiego tak, aby nie popaść przy tym w skrajność lub – drugą skrajność – nie streścić całej historii po łebkach. Piszę te słowa na świeżo po odłożeniu ‘Braci...’, gdy akurat zapadł zmrok, w stanie niemalże gorączkowym, jak delirium tremens, biała gorączka, wywołana po części brakiem alkoholu, a po części własną, niezaspokojoną wyobraźnią.
Gdybym miał bawić się w wydawcę i zawrzeć tą monumentalną opowieść w jednym paragrafie, zrobiłbym to następująco: historia opowiada o losie trzech braci: zimnego intelektualisty Iwana, hulaki i hedonisty Miszy (zdrobnienie od Dmitrij) oraz łagodnego i pobożnego Alieksieja (Aljosza). Głową rodziny jest Fiodor Pawlowicz – bogaty rozpustnik, ucielesnienie wszystkich słabości, grzechów i pokus znanych każdemu facetowi. Gdy zatem okazuje się że Dmitry (który, podobnie jak ojciec, uwielbia pieniądze, zabawę i kobiety) oraz Fiodor Pawlowicz rywalizują o wdzieki tej samej rusałki – niejakiej Gruszenki, lokalnej femme fatale – sprawy nabierają niepokojącej głębi. Brutalne morderstwo starego jest jej rezultatem, a Misza staje się głównym podejrzanym. Poznajemy charaktery członków rodziny, tak różne, a jednak połączone przeklętą i gorącą krwią Karamazowów, jak również wątki wielu spośród mieszkańców małego rosyjskiego miasteczka. 

         Zacznijmy od sposobu w jaki Dostojewski konstruuje swoje opus magnum – to ostatnia jego książka, swoiste podsumowanie mysli i poglądów autora, gromadzonych przez całe życie. Język powieści jest rozwlekły, elokwentny i wymaga skupienia. Jesli nie masz cierpliwości, a pięćdziesiąt twarzy Greya to w twoim mniemaniu szczyt wyrafinowania – nie jest to książka dla ciebie. Bohaterowie (a raczej ludzie, ludzie z krwi i kości, bo w każdym z nich znajdziemy ukształtowaną osobowość i cechy znane nam u ludzi naokoło) mówią niespiesznie, mówią długo, mówią tak jak nikt dziś nie mówi... nigdzie, ani w pałacach ani uniwersyteckich salach, ani na estradach, scenach czy w muzeach, ani na ulicy, ani w domach i samochodach. Słowa Dmitrija, czy prokuratora Kiryłłowicza, czy mnicha Zosimy, a zwłaszcza brata Iwana, są niczym dialogi Bogów na Olimpie, są kompletne, wyczerpujące, a zarazem logiczne i wielowątkowe, zawierają narrację wplecioną w kolejną narrację i tak dalej, jak matrioszki. Potoku słów nie przerywa nawet narrator (jak to często ma miejsce w nowoczesnej prozie), czy to aby ktoś inny powiedział co mysli, czy aby wtrącić się do głowy czytelnika opisem w stylu ‘rzekł Coco jambo’ albo ‘w międzyczasie Romek pierdnął, utrzymując przy tym kamienną minę’. 

         Z początku taki sposób prowadzenia rozmów zaskakuje i męczy, ale w końcu, gdy w głowie odbiorcy coś ‘przeskakuje’, gdy przestawić się na język powieści, całość sprawia niesamowite wrażenie. Napięcie budowane przy dwóch najlepszych (moim zdaniem) przemowach – w obydwu uczestniczy Iwan; najpierw streszcząjąc Aljoszy własny artykuł (Wielki Inkwizytor), a później, gdy przemawia do niego sam diabeł, jak do Fausta (choć do konca nie mamy pewności czy ta scena nie jest halucynacją lub snem) – to napięcie, kunszt, wiedza i ironia – to po prostu trzeba przeczytać!

         Co prawda, niektóre fragmenty nużą, jak chocby wątek rosyjskich mnichów czy też niekończące się biadolenie pani Chochłakow i jej córki. No ale nikt nie jest doskonały, a taka jest cena majestatycznego dzieła. Jak to często bywa w rosyjskiej literaturze, doskonałe fragmenty wynagradzają czas spędzony na słowotoku postaci pobocznych, przy których Czytelnik niemal jest w stanie zobaczyć rumiane od wódki i mrozu, przechlane rosyjskie twarze, jak i poczuć ich oddech. 

         Ale mniej oceny, więcej wyjaśnienia. Opowieść o Wielkim Inkwizytorze (bardziej przypowieść, w nieco biblijnym klimacie) i poprzedzające ją odrzucenie wiary w Boga i boski plan ze względu na cierpienie niewinnych (zwłaszcza dzieci), to jeden z najlepiej przedstawionych argumentów przeciwko istnieniu siły wyższej, do dziś omawiany przez filozofów. To oś, wokół której toczy się fabuła. Iwan to wyedukowany ateista, nauczający, że ‘skoro Boga nie ma, wszystko jest dozwolone’. W świetle późniejszych wydarzeń, przyjdzie mu żałować tych słów.

         Idzie to mniej więcej tak: w gorącej Hiszpanii, gorącej od ognisk, na których płonęli każdego dnia schwytani przez inkwizycję grzesznicy, zstępuje na Ziemię Bóg, po raz pierwszy od pietnastu wieków. Konkretnie odwiedza Sewillę, w przeddzień wielkiego święta, gdy na stos miało pójść około setki heretyków. Pojawia się dyskretnie, ale i tak natychmiast wszyscy Go rozpoznają. Otaczają Go tłumem, przyciągani jak żelazne opiłki do magnesu, mówią ‘To On! To On, nie kto inny’. Przechadzając się bez słowa, błogosławi i uzdrawia chorych, aż w koncu zatrzymuje się w katedrze, gdzie w otwartym grobie leży martwa dziewczynka pokryta kwiatami. I oto, przed zalaną łzami i na kolanach błagającą matką, wypowiada swoją jedyną kwestię: ‘Damsel, powiadam Ci, powstań’, podobnie jak Jezus przemówił do Łazarza. I dzieje się cud, bo dziewczynka wstaje, promieniejąca i pełna życia, a tłum wiwatuje na Jego cześć.

         Całą tą scenkę obserwuje sam Wielki Inkwizytor, lat około dziewięćdziesięciu, zapadniete oczy, w których czai się jednak groźny błysk. Wskazuje na Niego palcem, a strażnicy – kierowani siłą posłuszeństwa, jak psy Pawłowa – aresztują Go i prowadzą do najciemniejszego lochu w podziemiach gmachu Sądu Eklezjastycznego.

         Inkwizytor wita więźnia takimi słowami (w skrócie):

         -To Ty? Ty? Nie, nie odpowiadaj, nic nie mów, nie masz prawa dodawać do tego, co juz zostało powiedziane przez Ciebie i Twoich proroków. Dlaczego przszedłeś by mieszać się w nasze sprawy? Przeszkadzasz nam i dobrze o tym wiesz. Czy jesteś Nim, czy też nie – to nieistotne. Tak czy inaczej, jutro o świcie zamierzam posłać Cię na stos, gdzie słoniesz jako najgorszy z setki heretyków. Nie masz prawa do tego co zrobiłeś, zrzekleś się tego prawa w momencie, gdy stworzyłeś świat pełen zła i bólu, a później dałeś nam wolną wolę, abyśmy wpadli we własne sidła. Cała Twoja nauka spłynęła na ręce papieża i teraz to my mamy monopol na prawdę, więc jest ekskluzywnie nasza i nie życzymy sobie, aby ktokolwiek dodawał cokolwiek nowego. A jaka to prawda? Gdy byłeś na pustyni, odpowiedziałeś na kuszenia szatana, że ‘nie samym chlebem żyje człowiek’. A jednak zamiast chleba dałeś im tylko kamienie, chociaż oddaliby Tobie pokłon, gdybyś tylko zmienił je w bochenki. Ale teraz to my, my dajemy im jeść, jako że człowiek musi oddawać komuś pokłon w zamian za wygodę, sęk tkwi w tym, aby kłaniali się wszyscy razem, tworzyli wspólnotę. [mowa tu o pracy, o kompromisach, o tym jak jest skonstruowany ten świat...] To mogła być Twoja wspólnota, ale wolałeś dać nam wolną wolę i obietnicę chleba niebieskiego. Mogłeś ich zniewolić cudem, zniewolić niezrozumiałą i nieznaną mocą, jako że ludzie są zbuntowanymi niewolnikami. Będą się kłócić o to, któremu z bożków mają dawać pokłon. Będą się buntować, ale będzie to bunt małego chłopca, który nie chce założyć kaloszy, a kiedy rzeki popłyną krwią, zdadzą sobie sprawę, że bunt był daremny, a krzyż, jaki każesz im nieść, jest po prostu za ciężki... Odrzuciłeś więc władzę, odrzuciłeś szansę bycia Cezarem, rozdawania ziemskiego chleba, szansę na stworzenie idealnego królestwa! Została przy Tobie jedynie garstka sprawiedliwych, ale powiedz, ilu z nich miało dosyć czekania na Ciebie, dosyć wolności i w końcu skupili się na materialnym świecie by dołączyć do nas? Będą pamiętać o cierpieniu, o braku odpowiedzi z twojej strony, i bedą szczęśliwi, że dostają chleb z naszych rąk, nawet jeśli nie zamieniamy cudownie kamieni w bochenki. Będą widzieli ile pracy, poswięcenia i posłuszeństwa wymagamy od nich w zamian za pełne żołądki. Jedni nie wytrzymają i zabiją samych siebie, eliminując się z systemu. Drudzy nie wytrzymaja i będą zabijać innych, a my wyeliminujemy ich z systemu. Ale trzecia grupa, och, oni chetnie przyjdą, padną nam u stóp i bedą całować buty! Bo człowiek jest naprawdę szczęśliwy tylko gdy się podda, podda się nam. Pozwolimy im grzeszyć, pod warunkiem że nam o tym opowiedzą. Pozwolimy im być skąpymi i samolubnymi, pod warunkiem że nam zapłacą. Pozwolimy im lub zabronimy wiele rzeczy, od małżeństwa do tego, czy mogą miec dzieci, od tego, co mogą pic i jeść, po to jak mają się ubierać. I będą potulni jak baranki, a my zabierzemy sekret ze sobą, tak by sprawować, zamiast Ciebie, pieczę nad ich duszami i sumieniami. 

         W oryginale mowa jest o wiele dłuższa, choć dodałem również kilka swoich pomysłów. W końcu Inkwizytor milknie i i czeka na odpowiedź. Cisza z Jego strony jest trudna do zniesienia. Czeka na coś, cokolwiek, ale On tylko patrzy, prosto w oczy, tak jak przez cały czas kiedy stary mówił. Nagle podnosi się i składa mu krótki pocałunek. Inkwizytor drży, rysy jego twarzy, dotychczas twarde i pod kontrolą, zaczynają jakby pękać. Otwiera drzwi celi i mówi:

         -Idź i nie wracaj, pod żadnym pozorem, nie wracaj nigdy, nigdy!

         [Tutaj znowu polecam chwilę na przemyślenie]

         Ale to nie tylko książka o religii, chociaż początek mógł na to wskazywać, a pytanie, czy faktycznie ‘wszystko jest dozwolone’ jest obecne w tle morderstwa i pasji jaka rządzi, w kompletnie innej postaci, każdym z Karamazowów. To pytanie nurtuje również inną postać wykreowaną przez Dostojeskiego – Raskolnikow w ‘Zbrodni i Karze’.

         Książka. Od zawsze chciałem napisać książkę, nie wiem dlaczego tak długo zwlekałem. To jest to. Póki jeszcze mam czas i szansę, a te notatki – bardziej rozbudowane niż mogłem przypuszczać – rozgałęziają się w poszukiwaniu tego czegoś, co chciałbym światu powiedzieć. W ten sposób odlecę na kilka nocy od mojego świata i uniknę jego problemów, a przecież każdy potrzebuje czegoś, co tworzy, w czym się doskonali, zarówno fizycznie jak i umysłowo.

         Porozmawiajmy o filozofii. Jesli chcecie filozofii, dam ją wam, ale muszę ostrzec, że filozof to kuglarz ze sztucznym okiem i drewnianą nogą. Grą słów, operowaniem pojeciami, o których nawet nie sądziliśmy że można wyrazić, które były dotychczas nienazwane, tymi pojęciami omami cię jakby robił sztuczkę z monetą, a potem zostawi ze stwierdzeniem, z którym wcale się nie zgadzasz, ale nie bardzo potrafisz zaprzeczyć.
         Weźmy na przykład odpowiedzialność. Właśnie w telewizorni pokazywali gościa, który przejął stery ogromnego buldożera (wyglądał bardziej jak czołg) i zaczał burzyć ściany domów, a potem wjechał w supermarket. Był pojebany, jasne. Ale czy był odpowiedzialny za to co robi?

         Zależy w jakim sensie słowa odpowiedzialność. Czy jest odpowiedzialny przyczynowo czy moralnie, czy jego czyn jest zły, czy dobry, czy żaden? Czy jesteśmy w stanie znaleźć powód, dla którego nie powinien był tego robić? Aby powiedzieć komuś, że powinien coś zrobić, lub zrobić to inaczej, lub nie robić w ogóle, należy najpierw założyć, że mógł to zrobić. Że istniała możliwość wyboru – to jedno z najsłynniejszych twierdzeń Immanuela Kanta (Kant to temat na osobną książkę, na osobne życie wręcz). A skoro nie ukrywam, że sympatyzuję z pojęciem determinizmu – jak już wielokrotnie sugerowane było wczesniej – to wyboru nie ma, a zatem nie ma moralnej odpowiedzialności, a zatem ‘wszystko jest dozwolone’, a zatem jedyne co powstrzymuje nas od burzenia budynków to charakter i osobowość, połączone ze strachem przed konsekwencjami. Nie ma sensu winic ani osądzać szalonego kierowcy, tak jak nie ma sensu winic wulkanu na Islandii za to, że wybuchł. To jedynie skutek poprzedzany przyczyną.

         Ciężko ugryźć taki argument, ciężko również się z nim zgodzić. Aby odpowiadać tak naprawdę, metafizycznie, za czyny swoje lub innych, potrzebujemy siły wyższej lub idei umysłu ludzkiego jako zawierającego niematerialną cząstkę, duszę, coś co czyni nas wyjątkowymi i jedynymi w swoim rodzaju, coś, co odróżnia nas od reszty trybików skomplikowanej maszynerii świata. Największym orędownikiem niematerialnej duszy i odrębności bytu ludzkiego od reszty był francuski filozof Jean Paul Sartre. Twierdził, że ludzka egzystencja, przez samą możliwość kontemplowania takich kwestii, jest ważna i to na naszych barkach spoczywa los całej planety. Sartre lubował się w zawiłości i trudnych słowach, ale jego poglądy na to zagadnienie można podsumować jak Wujek Ben ze Spidermana: wielka moc niesie za sobą wielką odpowiedzialność. Kto, jak nie my, posiada tą moc?

         W przeciwnym wypadku jesteśmy jedynie widzami na własnym filmie, jak zamknięci w wagoniku kolejki górskiej. Chociaż jesteśmy wolni w sensie, że nic nie staje nam na drodze, ba, możemy nawet cieszyć się każdą chwilą przejażdżki, to nie ma możliwośći zmiany trasy, nie ma opcji, żeby wysiąść przed końcem. Podróż jest z góry zaplanowana. 

         Wielki Inkwizytor miał rację sugerując, że niektórzy (większość) z nas łatwo pozbywa się wyboru, w zamian za pieniądze, wygody, bezpieczeństwo, seks i swięty spokój pozwalamy by szef, urzędy, partner, księża i media mówiły nam, co mamy robić. Zadziwiające jest to, że ludzie nie chcą być wolni i pozbywają się fasady moralności gdy tylko system znajdzie na to usprawiedliwienie. 

         Wyjaśnię o co chodzi. Dla przykładu wyłożę wam pomysł na psychologiczny eksperyment doktora Milgrama z lat osiedziesiątych. Ten eksperyment wydarzył się naprawdę. Grupka ochotników zostaje podpięta pod maszynę emitującą elektrowstrząsy. Druga grupka ochotników widzi pierwszą przez weneckie lustro, wraz z ‘oficerami’ w nieznanych mundurach, którzy mają jednak aurę i maniery wojskowych. Druga grupka zostaje poinformowana, że pierwsi to schwytani terroryści/agenci obcego wywiadu i aby wyciągnąć z nich informacje, bedą poddani torturom. Mundurowi nakazują ochotnikom, aby sami przesuwali pokrętło z napięciem i zadawali ból, ile tylko zechcą, przecież to dla ‘dobra kraju’. Rezultat? Zdecydowana większość wyrzeka się własnej tożsamości, przekonań, wierzeń i zasad, oddaje odpowiedzialność za swoje czyny w ręce fałszywych członków armii, w ręce autorytetu, tylko po to aby popatrzeć jak niewinni ludzie podskakują w konwulsjach. Ponad połowa przekręciła prąd na najwiekszą moc, nawet bez wyraźnych rozkazów. Bo mogli. Bo znaleźli się w scenariuszu, gdzie mogli pomyśleć ‘nie mogę inaczej’. Pewnie sam bym tak zrobił.

         Widzicie, wiekszość ludzi nawet nie zadaje takich pytań. Ale ktoś musi. Jedni to działacze, egoiści nastawieni na własny sukces. Inni to filozofowie. Sitek nawinął kiedyś: ‘Pierdolę twoją filozofię, moja jest taka, że nie wychylasz się bo wiesz że nic nie osiągniesz’. To forma ucieczki, jasne, ale odpowiem kolejnym cytatem, tym razem z Pelsona (wtedy jeszcze Pele): ‘Niech dymu chmury zasłonią świat, który już dawno mi zbrzydł, za który mi wstyd’.
        
        
28/10/14

         Zdaję sobie sprawę, że odbiegłem od tematu książki Dostojewskiego, pozornie bardzo daleko, a tak naprawdę nie wiadomo jeszcze, co właściwie dzieje się na jej kartkach. Cóż, taki już ze mnie recenzent, od palenia ciężko mi skupić się na czymś na dłuższy okres czasu, bo myśli przeskakują wciąż jak migawki na telewizorze.

         Zanim pójdziemy dalej, trzeba na chwilę się zatrzymać. Czas na rachunek sumienia, przeprowadzony ze swoim schizofrenicznym ja, rachunek szczery i bezwzgledny. To jedyna droga żeby podnieść się z dna, spełnić potencjał, mieć szacunek do samego siebie. W piątek, przed melanżem, a już po drugim skręcie, zakręcie na tym niekończącym się torze, wtedy bowiem dopadła mnie schiza, okrutna i przerażająca. Schiza była wynikiem kilku czynników, które rozpiszę bo mogę, bo i tak nikt tego nie czyta, a przede wszystkim: bo żyję w kłamstwie, urojeniu.

         A więc:
        
Długi: co można o nich powiedzieć? To pietrząca się fala wyrzutów, usprawiedliwień i ostrzeżeń, fala, która stopniowo kruszy tamę zdesperowanego umysłu. Długi to udawanie, nakładanie maski na twarz gdy myslisz o nich, to takie same rano, to brak perspektyw, to zależność od innych. Pieniądz to siła a chciwość gubi ludzi. A przecież nie chcę kraść, nie chcę jeździć do miasta w poszukiwaniu ofiary. Nie chcę.

Gabi: spędziłem ostatnio dobre trzy godziny medytacji na układaniu w głowie podłego listu do niej, czegoś w rodzaju ‘wizja przyszłości Anno Domini dwa tysiące kurwa sto’, kiedy to już wiodę żywot bon vivanta, mam hajs, szacunek, wizję i panienek do wyboru, a ona pisze, wyciąga ręke, jako że nie jest szczęśliwa – oczywiście że nie jest, jak mogłaby być ze świadomością, że odrzuciła taką okazję, kogoś tak wyjątkowego jak ja, kto kochał ją tak jak nie potrafił żaden z miliarda frajerów – a ja punktuje ją, zadaje psychiczne rany, gardzę nią z moralnego piedestału, nienawidzę jej. Sami widzicie jakie to żałosne. Otworzyłem serce przed zjawą, www fantomem, fantazją, a teraz nie potrafię uwolnić sie od platonicznego związku. Wiele rzeczy mówiłem w tym liście, wiele z nich zabarwiło by kartki na żółto od jadu, więc ich nie zapiszę.

Właściwie to był tylko jeden moment kiedy gabi była realna, w sensie że na wyciągnięcie ręki, blisko. Kiedy odkryłem, że liberalne wyspy pozwalają studentom (mój bank jest przekonany że dalej się uczę, i to nie tego co najgorsze) brać pieniądze bez procentów, a minux na koncie wcale nie oznacza planszy z napisem ‘Game Over’, wtedy mogłem z nią być i być może cała ta historia potoczyłaby się inaczej, nie zatruła serca jak arszenik. Tak czy inaczej przepuściłem te pieniądze, więcej niż trzeba na samolot i ruchy, przepuściłem je nieszczęśliwy i to sprawiło, że jest jeszcze gorzej. Nie wykorzystałem okazji. Gdyby istniał wehikuł czasu, ta farsa to jedna z rzeczy, jakie bym naprawił.

Bo, widzicie, każdy artysta potrzebuje Idealnego Odbiorcy, Czytelnika lub Słuchacza. To osoba, do której kierujemy swoje słowa, swoją pracę, swoje najgłębiej skrywane pomysły. To osoba, którą chcemy zaskoczyć, przerazić, rozśmieszyć, zmusić do myślenia, która pomaga wydobyć kształt rzeźby z kamiennego bloku. Pisał o tym zjawisku Stephen King w ‘Pamietniku Rzemieslnika’. Jego Idealnym czytelnikiem jest żona, Tabitha. Moim do niedawna była Gabi. 

Jeśli Idealny Odbiorca to ktoś znany i kochany, artysta może wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności, pewny, że to, co tworzy zostanie odebrane i poddane krytyce bądź pochwalone (my, artyści, uwielbiamy pochwały, bo nadają sens tym godzinom, które moglibyśmy spędzać na śnie, dymaniu lub zarabianiu hajsu).
Nie była tego warta. Nie była warta mnie i tego co mam do powiedzenia. Kocham naprawdę i kocham przez całe życie, podczas gdy dla niej oznaczało to kilka tygodni zwierzeń wywołanych strachem przed rodzicami i konsekwencjami. Gdy tylko zagrożenie minęło, można było wrócić do poprzedniego życia, zostawiając mnie z otwartą, pulsującą raną. Może to podświadoma forma zemsty za krzywdę z przeszłości?
Gruszenka nieco ją przypomina. Przez całą powieść Dostojewski każe jej prowokować, prowadzić grę, a gdy napotyka potencjalną rywalkę – kąsać bez skrupułów. Tak naprawdę nie kocha Miszy, prowadzi go na smyczy, tak jak i sterego Karamazowa i wielu innych mieszkańców miasteczka. Kocha kochać, kocha byc kochaną, kocha szampana i wystawne przyjęcia Miszy. Uwielbia fakt, że ten był gotów zabić dla niej, ale w końcu i tak umywa od niego ręce na sądowej rozprawie.

Ale nawet dziwki mają serca. Twarzą w twarz a Alieksiejem-Aljoszą, aniołkiem-cherubinkiem, Gruszenka opowiada historię kurwy, która trafia do piekła. Smaży się tam w kotle, gdzie widzi ją i lituje się nad nią anioł. Boski posłaniec wraca do Nieba i staje przed Najwyższym, prosząc o łaskę dla kobiety. ‘Czy ma na koncie chociaż jeden dobry uczynek?’ – pyta Bóg. ‘Owszem’ – odpowiada anioł. – ‘Pewnego razu koło jej ogrodu przechodził żebrak. Ofiarowała mu świeżo zebraną cebulę’. ‘Dobrze więc, proszę, oto ta sama cebula o której mówisz. Weź ją i wyciagnij rękę do kobiety i każ złapać za warzywo. Jeśli podarek wytrzyma i nie rozsypie się, wyciągnij ją i przyprowadź do bram mojego królestwa.’ Anioł zrobił, jak mu kazano, wrócił do piekielnego kotła i zaczął wyciągać ladacznicę do góry. Ale gdy tamta trzymała się za rękę z cebulą, ze łzami w oczach i już tylko nogami tkwiąc w kotle, inne dziwki zrozumiały co się dzieje i uczepiły sie jej stóp, tak by również się wydostać. Zaczęłą kopać nogami i wrzeszczeć: ‘To moja cebula i mój anioł!’ i w tym momencie cebula zmieniła się w pył, a grzesznica wpadła spowrotem do kotła, gdzie smaży się po dziś dzień.

To do wszystkich romantyków. Za was, którzy przeżywacie sukcesy i klęski w relacjach z pannami – w relacjach z kłamstwem, hipokryzją, czułymi słówkami, płaczem, prezentami na Walentynki, urodziny, imieniny i bez okazji, pannami, które chcą waszych portfeli, samochodów, serc, dusz, kolacji, zabawiania, zobowiązania, starania, stawania na głowie, a i tak wszystko to z myslą, że zjawi się jutro ktoś lepszy, bogatszy, w lepszych ciuchach i spuści w te głodne cipki, które chcą otrzymać cebulę, ale tylko dla siebie, zostawiając po sobie złamane serca i zgorzkniałych idealistów – za was, którzy chcieliście tylko czystej i bezinteresownej miłości, za Wasze zdrowie piję dziś do dna. Wiem jak to boli.

Narkotyczna trawka, proszki, procenty i rakotwory: to kompletnie wymkneło się spod kontroli. Rozsądek, rozum – ta część podzielonej mojej osobowości, która dba o umiar i motywację, ten Iwan Karamazow co siedzi we mnie – już dawno puka z całej siły w wieko kufra, w którym jest zamknięty, jak Moody z Harry’ego Pottera. Trzydniowe popijawy, a przede wszystkim ciągłe faszerowanie mózgu THC, zostawiają głębokie ślady. Każdego z nas zmienił czas, nie od razu. Wygląda na to, że na Acocksie zbiera się ekipa nowych ludzi, ciekawych ludzi, że nadchodzi czas wariatów i melanży, ale nie wiem, czy jestem w stanie tak żyć. To już ładnych parę lat wyjętych z kalendarza.


         Efektem powyższych? Szaleństwo, szalone mysli. No więc jest piątek wieczór, wkurwiony na świat przez uczucie niemocy idę za sklep, za parking i przez ciemny gąszcz. Wspinam się po zaostrzonym metalowym ogrodzeniu, przekładam nogę na drugą stronę i zawisam na moment w chwiejnym balansie, tak jak robiłem to już wcześniej, z innymi, na szalonej, pijackiej wyprawie. Jest slisko i boję sie upadku z takiej wysokości. Niby powinno mi zwisać, skoro i tak nie chcę żyć, ale nabicie się na kolce nie byłoby wymarzonym końcem. 

         W końcu zbieram resztki odwagi i ląduję na czworaka po drugiej stronie. Wspinam się na dach, z którego mam widok na Acocks, mój ukochany Acocks, który zastąpił mi dom. Zmysły wyostrzone do granic, widzę więcej: samochody, autobusy, pub naprzeciwko, przystanki, sklepy, typa w kamizelce odblaskowej co odpala szluga, małolatki, staruszków, ciekawe czy znikną kiedy ja zniknę? Wydają się nierealni, wydają się snem, wprost nie mogę uwierzyć, że mają mysli, świadomość, wspomnienia, leki i pragnienia. 

         No więc patrzę w dół i wyobrażam sobie jakby to było, gdybym zrobił dwa kroki do przodu. A może skoczyć prosto na główkę, jak Michael Phelps z trampoliny i będzie po wszystkim? Pewnie nawet nie boli, po prostu urywa się film i tyle. A skoro o filmie mowa, przypomina się oczywiście pierwsza i ostatnia scena z ‘La haine’. To historia społeczeństwa, które skacze z dziesiątego piętra. Dopóki leci, powtarza sobie, że ‘wszystko jest w porządku, wszystko jest w porządku...’ Ale w upadaniu najważniejszy nie jest lot, a sam upadek.

         Stoję tak przez godzinę. Z zewnątrz musiałby to byc ciekawy widok, ale dopilnowałem, żeby nie było żadnego ‘zewnątrz’. Czy wspomniałem, że zamiast prawego oka mam spuchnietą fioletową bulwę? Efekt bójki z Kamilem, jednym z głównych bohaterów tej opowieści (siedzi dwa metry ode mnie kiedy to piszę), jak na razie schowanym w cieniu. Kocham go i nienawidzę. Za bardzo mnie przypomina.

         W końcu wracam, otepiały od szoku, wracam by się najebać i kończę noc śpiąc w ogrodzie. Nic mnie nie obchodzi, absolutnie nic, serce mam lodowate jak Wostok. Stopień przejarania jest taki, że z umysłu zostały zdjęte wszelkie bariery i ograniczenia – tak mówi Zibi i zgadzam się z nim. Kamil, Zibi i ja jesteśmy niemal jak bracia Karamazow, chociaż Zibi nie jest moim biologicznym bratem, to coś jak ‘brother from another mother’. Ja zmagam się, jak Iwan, z własną głową, która nie daje mi spokoju. Zibi to Misza, lepsza wersja Miszy, bo zdołał się podnieść i zarabia pieniądze. Chciałbym powiedzieć, że kamil to Aljosza, ale to nie do końca tak. Kamil to zagadka, enigma nawet dla samego siebie. Rozwine to później.

         Ich twarze przewijają mi się przed oczami, wraca twarz mojej mamy, melodramat moich przeprosin i jej wybaczenia. Twarze wszystkich, których tu znam, a znam w większości alkoholików, ćpunów, dziwki, huliganów, złodziei, robotników i wielu, którzy popadają ze skrajności w skrajność. Wielu nie znoszę i to im muszę coś udowodnić. Ale ci, których szanuję, z którymi żyję, nie mogę im tego zrobić. To główny powód dla którego wracam i wybieram życie. Nie czuję sie odpowiedzialny przed samym sobą, jak gość, który wjechał buldożerem w supermarket. Czuję się odpowiedzialny jedynie za innych i żyję dalej i mogę to pisać tylko ze względu na nich. Więc jestem im coś winny, zarówno materialnie jak i niematerialnie.

         A jednak jestem mentalnym samobójcą, to słowo wydostaje się z dalekich zakarmarków umysłu, wycieka jak benzyna z baku i płynie w kierunku iskry, to słowo sepleni i syczy jak opary spalin z rury wydechowej w zamkniętym garażu. Nie moge nikomu o tym powiedzieć, nie mogę znaleźć ujścia przez sny – od dawna nic mi się nie śni – te kartki to jedyne miejsce, gdzie mogę wypuścić węża z napisem ‘samobójstwo’ aby kąsał i atakował.

         Oto mój rachunek sumienia. Jeśli pomoże, doda motywacji i chęci do działania, to znaczy że to nie był czas stracony. 

         Swoją drogą, mój notes ma już zapisanych trzydzieści siedem stron.

         Masz trzydzieści siedem powodów by się zabić
        Trzydzieści siedem worków, a w środku Cannabis
        Od wtorku do wtorku – tak mija ci tydzień
        Trzydzieści siedem wątków w komiksie zwanym życie.

         Czas wyjść, dosłownie – z domu – i w przenośni – ze skorupy. Czas pracować. Idę na autobus nr 37.


31/10/14

         Jest Halloween. I jest straszno. Na głowie ciąży wizja bezdomności. Nie wytrzymam tego znowu. Idę grać, jeśli los, Bóg, przeznaczenie, cokolwiek, ma coś dla mnie, teraz byłby dobry moment.
         ...
         ...
        Nie udało się.

        Ale ja chcę wrócić, chcę żyć. Chcę żyć tym życiem, które wydaje się jak zły sen, chcę nim zyć naprawdę, zanim wybije północ i wszystko zacznie się od początku.

        Zawiodłem wszystkich. Zawiodłem moją mamę, babcię, Kamila, Zibiego, całą rodzinę, zawiodłem was wszystkich. Nie widzę już wyjścia, alternatywy, ucieczki.

        Więc slepo idę w melanż.


3/11/14

         Halloweenowego melanżu nie zamierzam opisywać. Nie starczyłoby nocy. Dość powiedzieć, że wróciłem o siódmej rano po nieprzespanej nocy na mieście. Na wspominki bedzie czas w ściśle określonym gronie. Niestety do niego nie należycie.

        Zamiast tego wróćmy myslami w okolice Dostojewskiego. Do sceny rozmowy z diabłem, którą przeżywam obecnie na własny, niesamowity sposób.

        Iwan prowadzi rozmowy z tajemniczym znajomym-nieznajomym już wczesniej, ale jego wizyty stają się częstszeod czasu powrotu do rodzinnego miasteczka, od rozpoczęcia otwartego konfliktu miedzy ojcem a Miszą, a zwłaszcza od nawiązania znajomości z lokajem Fiodora Pawlowicza, niejakim Smierdiakowem. Smierdiakow to postać ukryta w cieniu rodziny Karamazowów i – jak mówi miejska legenda – bekart poczęty ze stosunku między pijanym Fiodorem Pawlowiczem i nieprzytomną, bezdomną kobietą. Już samo imię sugeruje, że mamy do czynienia z osobą przykrą, oslizłą i odpychającą. Smierdiakow – zawsze lodowato uprzejmy, wręcz lizusowaty, a jednak Czytelnik może domyślić się urazy i nienawiści do świata ukrytej pod warstwą manier – nawiązuje szczególną więź z Iwanem, więź opartą na wspomnianym już stwierdzeniu że ‘wszystko jest dozwolone’. Można również domyslić się, że lokaj ma w sobie pokłady ukrytej, drapieżnej inteligencji, która pozwala mu zawczasu przewidzieć przebieg wydarzeń i przestrzec Iwana, aby wyjechał z miasta w przeddzień morderstwa. Słowa Smierdiakowa nie dają Iwanowi spokoju i w końcu Karamazow odwiedza go przed procesem. Lokaj, tym samym spokojnym i opanowanym głosem, w którym czai się gorzkie szyderstwo, przyznaje się do zaplanowania i popełnieniazbrodni w taki sposób, by wszystkie podejrzenia padły na pełnego temperamentu Miszę. To ostatnie jego słowa. Nie jest jasne dla Czytelnika, kto naprawdę zabił. Być może Smierdiakow prowadzi jakąś podłą podwójną grę? Ale Iwan zamierza zeznawać przeciwko lokajowi, w celu uniewinnienia brata. W takim stanie odwiedza go szatan. 

         Diabeł okazuje się wytwornym i rozmownym jegomościem, a cała rozmowa to prawdziwe arcydzieło. Jego podstępne i zwodnicze słowa doprowadzają Iwana niemal do utraty zmysłów, od czego ratuje go wizyta Alieksieja. Szatan boi się konfrontacji z młodym mnichem, symbolem świętości i duchowej czystości i znika w mroku nocy. A może w ogóle go tam nie było, może to złudzenie lub koszmar? W całej książce porozrzucane są delikatne sugestie, że Iwan ma problemy z alkoholem. Diabeł mógł okazać się częścią delirium.

         Tak czy inaczej, złudzenia zdarzają się również w XXI wieku.








         Mam dziś w pokoju gościa. Siedzi jak ja, na kanapie, tyle że po drugiej stronie telewizora. Pekate szkiełko, z wielką obudową z tyłu, nie jest do niczego podłączone, więc widać w nim jedynie niewyraźne odbicie postaci. Mój niezapowiedziany gość ma na twarzy białą maskę, taką jaką noszą Anonymous, maskę anarchisty z ‘V jak Vendetta’. Nie widzę jej zbyt dobrze, ale i tak wiem, że jest wyszczerzona w radosnym, rumianym usmiechu, który jest dość niepokojący. Gdy cisza robi się ciężka postać zaczyna mówić:

- Siedzisz tak sobie, drogi Michale – jakże długą drogę przebyłeś, od kiedy ludzie widzieli w tobie twego imiennika, a mojego starego znajomego! – siedzisz z długopisem w jednej ręce, a papierosem w drugiej, siedzisz i marszczysz brwi w ten złowrogi sposób, który mówi mi, że myśli za tymi brwiami nie są wesołe.

- To, co myslę – mówię – to że nie jesteś prawdziwy. Że jesteś jedynie produktem mojej nadpobudliwej wyobraźni. Odejdź i pozwól mi się skupić na pracy!

- A jaka to praca? Bo chyba nie taka, która przyniesie ci jakikolwiek zysk? Jak dobrze wiesz, twój Landlord wyrzuci cię z domu za czterdzieści osiem godzin. Aby temu zapobiec, potrzebujesz pliku papieru, ale nie tego gęsto zapisanego pseudo-filozoficznym bełkotem, o nie, Ahmed weźmie tylko podobizny królowej, tylko bochenki, nie kamienie. Obserwowałem cię kiedy patrzyłeś z góry na szary, popękany chodnik, kiedy piłeś bez opamiętania i odurzałeś się narkotykami, żeby przedłużyć nieco własną agonię. Obserwuję cię od dawna, od momentu gdy Laura chciała ci się oddać, a ty, mały chłopczyku w ciele mężczyzny, uniosłeś się dumą, pewny że znów czeka cię rozczarowanie. Ją również często odwiedzam, to ciekawa osoba, lubi, tak jak ty, melanż na całego, lubi biały proszek, lubi ostrą jazdę z młodymi podwładnymi, którzy potrafią ją zadowolić pięć, a może i sześć razy na noc...

- Nie możesz wiedzieć nic o innych ludziach, bo istniejesz tylko w mojej głowie. Nie wierzę w ciebie, twoje słowa są moje, to wszystko jedno i to samo.

- Być może, byc może, ale tak czy inaczej cieszę się, że zwracasz się do mnie per ‘ty’. Znamy się dobrze, więc można dać sobie spokój z panowaniem.

- A jak inaczej miałbym się zwracać? Wy? Czy może od razu ‘Legion’? Nie bądź śmieszny.

- Oczywiście mógłbym ci się objawić w postaci powiedzmy... nieco bliższej do kanonu, ale nie widzę potrzeby. Zamierzam przekonać cię, że istnieję, nawet jesli tylko jedna tysięczna, jedna milionowa twojego oczytanego umysłu uwierzy w moją osobę. To ilość homeopatyczna, kropla w oceanie, ale wystarczy. Ale zapomniałem, w homeopatię też nie wierzysz, sceptyku i racjonalisto. Masz tylko jeden, naukowy tryb myslenia, który omal nie zaowocował karierą fizyka. Ale wolałeś te artystyczne brednie, rymy składane do rytmu, a kiedy władze uczelni zorientowały się, że tak dobrze zapowiadający sie student to w istocie bumelant i narkoman, straciłeś szansę.

         Odpalam papierosa. Szczęka chodzi mi na lewo i prawo, ale się nie odzywam. Gość kontynuuje:

- Aby cię przekonać, czuję się w obowiązku opowiedzieć ci to i owo. Wszak jesli wiem coś, czego nie wiesz ty – a mam w zanadrzu setki opowieści ludzi, których ciała i dusze miałem przyjemność przejmować w ziemskiej formie – to dowodzi, że istnieję poza twoją głową, nieprawdaż? [opowieść o Paganinim] Weźmy na przykład artykuł, o procesach mózgowych po śmierci klinicznej, który czytałeś wczoraj. Twoją uwagę przykuł pewien eksperyment dotyczący podróży astralnych, poza ciało. Wielu ludzi, których spotkało Near-Death-Experience, którzy otarli się o śmierć, ma wrażenie unoszenia się nad ciałem, patrzenia z góry, połączone z białym światłem i wrażeniem błogości, boskiej obecności. Jajogłowi zamontowali zatem specjalne ekrany tuż pod sufitem, ekrany, na których w odstepach czasu wyświetlane były obrazy. Jeśli osoba poddana skutecznej reanimacji w stanie śmierci klinicznej wróci do żywych i zidentyfikuje dany obrazek, oto mamy dowód na zjawiska paranormalne i zycie pozagrobowe! Dowód na istnienie duszy, owych dwudziestu jeden gram, które tak cie interesują. Choć, mówiąc z autopsji, bliższe prawdy byłoby dwadzieścia osiem gram, jedna uncja, jednostka miary znana każdemu dilerowi. Ale odbiegam od tematu. Jakieś dziesięć lat temu byłem świadkiem takiego eksperymentu. Kobieta w szpitalnym łóżku miała na imię Rachel. Rachel była Żydówką po siedemdziesiątce, która stała się sławna w całym Izraelu w 1965 roku. Odbyła wtedy tajną misję wraz z dwoma innymi agentami Mosadu, której celem było uprowadzenie z RFNu byłego ‘chirurga’ z Birkenau, odpowiedzialnego za potworne eksperymenty na ludziach i smierć tysięcy żydów. Chirurg miał dotrzeć do Izraela aby stanąć przed sądem wojennym, ale nigdy nie dotarł. Sprowokował podczas karmienia jednego z towarzyszy Rachel – Dawida. Aby więźnia nakamić, należało zdjąć z ust taśmę, a wtedy usta wypluły z siebie kęs jedzenia oraz pewną historię. Czterech żołnierzy było zdolnych do zagonienia tysiąca żydów do komór gazowych, żydów zbyt tchórzliwych, aby stawić jakikolwiek opór, nawet kiedy odebrano im dzieci. Gdyby choć kilku poświęciło się, reszta miałaby szansę. Ale nikt tego nie zrobił. Wy, żydzi – skończył chirurg – nie macie pojęcia jak żyć, ale za to wiecie jak umierać. Dawid nie wytrzymał; rozbił mu na głowie porcelanową miskę i cieżko pobił. Sprytny skurwiel z Birkenau schował w dłoni odłamek naczynia i nocą użył go, by przeciąć więzy. Los chciał, że tamtej nocy czuwała Rachel. Chirurg zaskoczył ją, powalił na ziemię i kopnął w policzek, zostawiając bliznę, którą nosiła aż do smierci. A jednak, gdy już chciał uciec, znalazła w sobie dość sił by wymierzyć pistolet i strzelić mu w plecy. Tym samym trójka agentów wróciła do kraju bez więźnia, lecz w chwale bohaterów. Wymierzyli sprawiedliwość. Taka była oficjalna wersja, taką wersję podawali na niekonczących się oficjalnych uroczystościach. Gdyby była prawdziwa, nie byłoby mnie koło nieszczęsnej Rachel na łożu śmierci, byłbym gdzie indziej, jako że mam za dużo pracy na odwiedzanie świętych. A jednak byłem z nią do samego końca, bo oficjalna wersja była kłamstwem. Tak naprawdę nie było żadnego pistoletu, a chirurg z Birkenau zdołał uciec. Trójka uzgodniła między sobą bajeczkę, kłamstwo, w którym żyli w paskudnym trójkącie przez kolejne czterdzieści lat. Rachel długo odmawiała udziału w oszustwie, ale w końcu się zgodziła, za namową Stefana, trzeciego z agentów. Już wtedy relacje między nimi nie były normalne. Dawid, Stefan i Rachel przetrzymywali więźnia w zamkniętym szczelnie apartamencie na trzecim piętrze kamienicy przez dziesięć dni, podczas gdy czekali na wsparcie Amerykanów. Dawid kochał naszą żydówkę, a ona zapewne kochała jego – chociaż kto to wie? Nie znam się na tym – ale to Stefan wziął ją sobie siłą, już pierwszej nocy i Rachel zaszła w ciążę. Bo, widzisz, w życiu chodzi o to żeby być pierwszym, o czym już zdołałeś się przekonać. Sztywny kutas nie ma sumienia. Po powrocie do kraju niechciane dziecko związało ją niechcianym małżeństwem, a Dawid, biedaczyna, przez trzydzieści lat miał to na sercu, tak jak i gigantyczne oszustwo. Próbował ją odzyskać, uciec z nią gdzieś daleko, ale odmawiała mu – niezbadane są wyroki boskie i niezbadana jest wola kobiety. Uwolnił go pocisk kalibru 45mm. Jemu również towarzyszyłem, gdy naciskał spust. Tak czy inaczej, naszej Rachel nie było dane oglądać Bram Niebieskich ani słuchać anielskich chórów. To, co zobaczyła, gdy serce przestało bić, ale mózg dalej pracował, a defibrylator raz po raz uderzał w jej niegdyś jędrne i kuszące piersi – to mogłoby niejednego z was pozbawić zdrowych zmysłów. Gdy rwące pagórki pulsu wróciły na ekran monitora, nie była w stanie rozpoznać żadnego z obrazków. Widziała jedynie ogień piekielny, a także usmiechnietą białą maskę. Hahaha. Ostatnie słowa zmarnowała na żądanie kartki papieru. Przerażona swoją wizją chciała na samym końcu wyznać prawdę o tym jak pozwoliła uciec zbrodniarzowi wojennemu, ale nie zdążyła. To właśnie było w tym najpiękniejsze. Że nie zdążyła. Dlaczego tak patrzysz? Owszem, rozumiem pojęcie piekna, nawet lepiej od ciebie, jako że widziałem nieskończenie więcej. Zresztą, dusza jest duszy nierówna, w moim świecie mamy swoisty cennik, a takie właśnie duszyczki są najcenniejsze...

- To jeszcze niczego nie dowodzi. Ta historia to mógł być scenariusz filmu, mogłem obejrzeć go dawno temu i zapomnieć, a teraz podświadomie do mnie wrócił. To żaden dowód, że jesteś prawdziwy.

- Jak zawsze krytyczny! To w tobie lubię. Wiesz, często czuję się niezrozumiany przez ludzkość. Zawsze chcę dobrze, a jednak zawsze produkuje zło i zgrzytanie zębów. A przecież gdyby nie ja, świat byłby pozbawiony zdarzeń, pusty i nudny! Jesli Bóg istnieje, na pewno docenia ważną rolę, jaką odgrywam w Jego planie.

- Zaraz, zaraz, chwilę... jakie ‘jesli’!? To ty nie wiesz!?

- Tak się składa, że pomimo mojej obszernej i wszechstronnej wiedzy na każdy temat, tego strzępku informacji nie posiadam. Jako mityczny Jego upadły anioł, ten który wyłamał się i nie krzyknął ‘Hosanna!’ w odpowiednim momencie, powinienem wiedzieć. Jam jest negacją życia, odwrotnością ładu i porządku, krwistym rynsztokiem, słowem wypowiadanym przez drżące usta odciętej głowy, wzorem na śnieżącym ekranie, niewiadomą w nierozwiązanym równianiu. Ale tej jednej rzeczy nie wiem. Błądzę po omacku, tak jak i ty. To tylko jedna z rzeczy, które nas łączą.

- Nie mam z tobą nic wspólnego, poza tym, że jesteś fikcją, tworem mojego mózgu zmiękczonego przez zbyt wiele książek i jointów. 

- Ach! Gdybyś wiedział jak wzrasta wartość twojej duszyczki przez sam fakt, że miewasz takie wątpliwości! To dość rzadkie. Często zdarza mi się spotykać ludzi zdolnych do potwornych rzeczy, do rzeczy, których nigdy nie będziesz w stanie popełnić (chociaż kto wie? Mamy dużo czasu) – a jednak w środku są puści, wydrążeni, pozbawieni refleksji. Weźmy na przykład nastolatków. W poniedziałek odbył się proces pietnastolatka, który zamordował swoją nauczycielkę hiszpańskiego. To stało się w kwietniu, w Manchesterze. Gówniarz nie cierpiał jej od dawna i mówił kolegom że ‘suka zasługuje na coś gorszego niż smierć’. I chociaż był typem samotnika, to nikt nie podejrzewał go o skłonności do przemocy. Do czasu, gdy przyniósł do szkoły kuchenny nóż i oznajmił klasie, że zabije panią Maguire. Nie uwierzyli mu. Nic dziwnego, w końcu szkoła to miejsce pełne pryszczatych gówniarzy, z czego niektórzy noszą kosy, żeby być ‘tymi złymi dzieciakami’, zaszpanować lub wyryć w drzewie imię wybranki serca, która dała się im wymacać w poprzedni weekend po trzech Carlsbergach. Piętnastoletni morderca, zanim to zrobił, mrugnął (mrugnął!) do kolegi z ławki, po czym wbił nauczycielce - żonie i matce dwóch dorosłych już córek i syna – wbił w nią ostrze siedem razy, w plecy i szyję. Pani Maguire zdążyła jeszcze wybiec z klasy i krzyknąć: ‘Dźgnął mnie, dźgnął mnie nożem!’. Nasz bohater tymczasem usiadł jakby nigdy nic, ze słowami ‘good times’, jakby rzucił właśnie kredą, a nie spierdolił życie sobie i kilku innym osobom. Sąd zadecydował, że małolat nie odczuwa żadnej skruchy, ma cechy psychopatyczne i ogólnie jest beznajdziejnym przypadkiem. Nigdy nie wyjdzie na wolność. Czemu ci o tym mówię? Bo ktoś taki jak on jest w moich oczach nic niewart, jest jak papierek po lodach, który przylepia się ludziom do nóg w wietrzny dzień. On nie musiał, jak ty, zastanawiać się, czy faktycznie ‘wszystko jest dozwolone’, on to podświadomie wiedział.

- To dobra historia, tak samo jak ta z żydówką. Czytałem o tym typie w 'Metrze'.

- Prawda? Osobiście uważam, że to wina mediów i internetu. Bez autorytetu zajętych rodziców, dzieciaki mogą w sieci zobaczyć rzeczy straszne, rzeczy gorsze nawet od niektórych rozrywek jakie mamy w zaświatach. Zresztą, sam niektóre z nich widziałeś.

- Ale dlaczego opowiadasz mi to wszystko? Jaki masz cel w opisywaniu tej makabry?

- Makabra, mój drogi, to dla mnie chleb powszedni, możnaby rzecz, że to mój ‘raison d’être’! Poza tym, jako znawca i koneser ludzi, zdążyłem wyrobic sobie na wasz temat mocną opinię – w głosie mojego gościa słyszę zadowolenie, pyszałkowatość. Ja tymczasem usiłuję zebrać mysli, lecz jego słowa rezonują w mojej głowie, brzęczą i żądlą jak rój pszczół. Łapię się na tym, że chcę usłyszeć, co ma do powiedzenia.

Kuszenie pierwsze

– Wyobraź sobie świat bez rządów, wojska, policji ani praw. Świat, gdzie ludzkość egzystuje bez ograniczneń ani zakazów, gdzie żyjecie w naturalnej, czystej, dystylowanej formie. Każdy z was posiada własne pragnienia i cele, oraz mniej więcej takie same szanse na ich osiągnięcie. Oczywiście, niektórzy będą mieć więcej siły, sprytu lub inteligencji od innych, ale nawet najsłabsza jednostka jest w stanie zabić najsilniejszą, czy to przed podstęp czy spisek z innymi. Dlaczego mówię o zabijaniu? Otóż każdy z was jest egoistą, dąży do spełnienia własnego ja, taka już wasza konstrukcja, psychologia i geny. Poza tym mnożycie się bez opamiętania, jak króliki, więc ta planeta nie jest w stanie utrzymać was wszystkich. Zawsze dla kogoś zabraknie. A zatem, skoro każdy w tym wyobrażonym świecie zdaje sobię sprawę z tego problemu, każdy jest zagrożony. Gdzie nie ma władzy, nie ma prawa, a gdzie nie ma prawa, nie ma pojęcia sprawiedliwości. Najlepszą formą obrony jest atak, a kto zaatakuje pierwszy, ma największą szansę na wygraną i spełnienie swoich egoistycznych celów. To prowadzi do ciągłego strachu, ciągłej gotowości do walki, ciągłej wojny, dżungli po której, we mgle, przechadzają się dorosłe goryle. Bez obecności autorytetu, mitycznego Lewiatana, suwerena, naturalny stan człowieka to stan wojny. Anarchia, Bellum omnium Contra Omnes, konflikt każdego z każdym. Wszystko jest dozwolone, bez obecności pałki i pistoletu nie istnieje dla was pojecie moralności. Jedynym powodem, dla którego akceptujecie obowiązujące reguły, jest tchórzostwo i lenistwo. W stanie naturalnym życie przeciętnej jednostki jest krótkie i brutalne, niemożliwy jest rozwój technologii, kultury i sztuki, niemożliwe jest dozycie starości w cieple i komforcie. Dlatego stworzyliście układ, pakt, gdzie oddaliście suwerenność w ręce intytucji, Lewiatana, za cenę bezpieczeństwa. Wasza złota zasada: ‘traktuj innych tak, jak chciałbyś byc traktowany’, zasada formułowana w róznych wersjach przez jezusa, buddę, kanta i wielu innych, to nic innego jak sztuczny twór mający na celu zapobiegnięcie powszechnej eskalacji przemocy. Oficjalnie zrzekliście się naturalnego prawa do krzywdzenia innych, ale to nie zmienia ludzkiej natury. Pod fasadą cywilizacji ona dalej pozostaje dzika i egoistyczna. Tak więc nie ma żadnego powodu, czemu nie powinieneś łamać zasad, oszukiwać system, o ile tylko nie dasz się na tym przyłapać. Naprawdę nie ma się czym przejmować.

- Za dużo filozofujesz. Zaczynam nawet mysleć, że nie jesteś prawdziwym diabłem, a maleńkim diabełkiem, który wyfrunął jak mucha spod kopyta starszego kolegi.

- Obrażanie mnie niewiele ci przyniesie, jeśli nie potrafisz odpowiedzieć na mój argument. A może masz własny?

- Owszem. Zacznijmy od tego, że podział na krwawy Stan Natury i pokój z rąk Lewiatana nie trzyma się kupy. Niektóre plemiona afrykańskie i południowo-amerykańskie żyją w okolicznościach przypominających twój Stan Natury (nie ma tam instytucji władzy), a jednak potrafią żyć w harmonii i bez zabijania się nawzajem. Można wręcz powiedzieć, że wiodą życie szczęśliwsze niż wielu z nas w zestresowanych, pracoholicznych krajach zachodu. Natomiast poddanie się władzy wcale nie gwarantuje spokoju. Najwieksze masowe rzezie zostały przeprowadzone przez dyktatorów oraz ich zorganizowane armie. Holocaust. PolPot. Wyprawy krzyżowe. Stalin. Po drugie, twój wniosek opiera się na stwierdzeniu, że jesteśmy naturalnie skłonni do agresji aby osiągnąć cele. Ale to nieprawda. Większość z nas ma silne, wbudowane opory przed krzywdzeniem innych, odbieraniem im życia. Oczywiście można ten opór pokonać gdy jesteśmy postawieni pod ścianą, zmuszeni do walki, ale zazwyczaj płaci się za to wysoką cenę. Człowiek, którego opisujesz jest załamany nerwowo i cierpi na Syndrom Wypalonego Żołnierza. Nawet dzieci, choć często wydają się okrutne, są takie jedynie poprzez nasladowanie. Był kiedyś pewien eksperyment psychologiczny. Pierwszej grupce przedszkolaków pokazano bajkę. Druga nie oglądała nic, a trzecia obserwowała dorosłego, który rozszarpał na strzępy lalkę Bobo. Po wszystkim dwie pierwsze grupy nie przejawiały agresji, natomiast trzecia była nadpobudliwa i biła się między sobą. Żadna forma przemocy nie bierze się znikąd, może za wyjątkiem psychopatów. Po trzecie, istnieją wartości inne, ważniejsze i tak samo realne jak prawo i sprawiedliwość. Gdzie w twoim upiornym studium człowieka znajdujesz miejsce na godność, honor, współczucie, przyjaźń i wiele innych? Dlaczego niewolnictwo lub dyskryminacja wydają się nam intuicyjnie złe? Dlaczego tego typu dyskusje wydają nam się ważne, jeśli nie ma prawdziwych wartości, to dlaczego o nich mówimy? Nakrótsza droga, twój egoizm do którego dorabiasz ideologię, nie zawsze jest tą dobrą i nie obchodzi mnie, że takie myslenie może zaprowadzić mnie na dno finansowe, bo wiem że wewnątrz jestem czysty od twoich podszeptów. Tacy jak Ahmed nigdy tego nie pojmą bo patrzą zbyt nisko, są zbyt płytcy. 

         Na moment zapada cisza. 

- To co mówisz jest bardzo szlachetne i wspaniałomyslnę, chylę przed tobą czoła, naprawdę! Zakładam przy tym, że fakt, że wygłaszasz swoją utopię wygodnie rozparty, ubrany, w świetle i naprzeciwko ciepłej farelki nie ma wpływu na twoje przekonania. Że głodny i zmarznięty nadal będziesz z siebie tak zadowolony. Obawiam się że żyjesz w mydlanej bańce, oderwany od rzeczywistości, która juz niedługo z hukiem przywróci cię na ziemię, a ja będę tam wtedy i powiem ‘a nie mówiłem?’

- Nie mogę się doczekać – mówię z przekąsem. – Nie wiem kim, lub czym jesteś naprawdę, ale jak na razie twoje kuszenie nie daje efektów.

- Kuszenie! A to dobre! Jesteś jeszcze bardziej egocentryczny niż myślałem. Czyżbyś wczuwał się w rolę Mesjasza po czterdziestodniowym poście na pustyni? Oczekujesz, że zaoferuję ci wszystkie dobra, przyjemności i przywileje tego świata, tak byś mógł nacieszyć się ich perspektywą, po czym odrzucić, strzepnąć jak pał z papierosa? Przypominasz mi nieco Fausta. I jak pewnie zdajesz sobie sprawę, na niego był sposób! Tak jak i on, pod udawaną warstwą przyzwoitości, pod maską dżentelmena ukrywasz prawdziwą twarz, ukrywasz nienasycony głód. Ale przede mną nie masz tajemnic, ja wiem, co chciałbyś robić z co drugą napotkaną spódniczką. Kuszenie? Nawet nie musiałbym się zbytnio wysilać, jedna nimfa, jedna podległa ci rusałka wystarczyłaby abyś przyniósł mi swoją nieśmiertelną duszę na kolanach, jak pies ze śliniącym się pyskiem. Skrycie marzysz o własnym haremie, o zaspokajaniu żądzy o każdej porze dnia i nocy. O władzy nad bezbronną, niewinną, uroczą kobiecą istotą. Stąd tylko o krok od gwałtu. Na dzwiach masz napisane ‘jak suka nie da, pies nie weźmie!’, ale chcesz brać tak czy siak, brutalnie i siłą, bo w tym tkwi instynkt zwierzęcia, jakie drzemie w tobie, instynkt chuja, który kierował twoimi przodkami. Sądzisz że możesz go oszukać mrzonkami o miłości, moralności i szacunku? Z biologicznego punktu widzenia jesteś chujem.

- Przestań! Zamknij się!

- Nie ma mowy, nie dopóki nie powiem co mam do powiedzenia. Mógłbym zaproponować ci, jak Faustowi, dwadzieścia cztery lata hedonistycznego raju, seksualnej wolności jak idylla Michaela Valentine’a Smitha z ‘Obcego w Obcym Kraju’, ale nie zrobię tego. Miałbym wyjątkową satysfakcję widząc jak poddajesz się temu, z początku ostrożnie, z później chętnie, kompletnie i dogłębnie, jak twój piekny umysł przegrywa z wyuzdaniem, gdy realizujesz najskrytsze fantazje, konsumujesz najsłodsze wiercidupki. Ale tego nie zrobię, bo nie jesteś wart nawet tego. Słyszałeśkiedyśangielskieprzysłowie: ‘all you need is love, all you want is sex, all you have is porn’? Ty nie potrafisz kochać, nie potrafisz dać niczego od siebie, umiesz tylko brać, przez całe życie bierzesz, ćpasz życie, skrycie wyznając filozofię Mesa i Bukowskiego, że kobiety to przedmioty. Pragniesz być kochany, a jedyne co masz to masz to masturbacja, ewentualnie dziwka, co mentalnie sprowadza się do tego samego. Pragniesz być kochany i podziwiany za mądrość (stąd bierze się marzenie o byciu MC, to chęć bycia adorowanym przez tłum, wysłuchanym przez tłum) ale nie masz mądrości ani trochę, masz jedynie inteligencję. Żadna kobieta, ani muzyka, ani żadna osoba nie da ci tego, czego pragniesz. Tylko ja moge to zrobić, ale najpierw cię złamię, zmuszę do posłuszeństwa. I co ty na to?
Długo zbieram słowa, jakby od tego co powiem zależało moje życie, jakbym stał przed sądem, a jedno kłamstwo oznaczało wyrok dożywocie. Może faktycznie tak jest.

- No więc w końcu wyłożyłeś karty na stół. Trochę szkoda, że musiałeś uciekać sie do moich kompleksów, ale uwierz, rzucałeś lotką na oślep i ledwo musnąłeś tarczę. Nic dziwnego, że nie rozumiesz idei miłości, że mylisz ją z ruchaniem, a seks sprowadzasz do tepej konsumpcji, obżarswa do momentu gdy przpełniony żołądek pęka. Być może jesteś prawdziwym bytem, a może tylko zepsutą cząstką mnie, którą należy odciąć i pozostawić, aby agniła. Być może nie da się ciebie zabić, byc może istniejesz mniej lub bardziej rozwinięty (jak stadium choroby, rak, jak chora tkanka) w każdym z nas. Właściwie to współczuję ci. Kolekcjonujesz najgorsze nasze przywary i sądzisz, że przez to nas rozumiesz, że poznałeś nasz sekret. Ale cały czas coś ci umyka. Nic dziwnego, to coś umyka też wielu z nas, często tracimy to, czasem nawet na lata i nie zastanawiamy się nad tym, dopóki nie otrzymamy szansy na zmianę, bodźca, który przypomni nam kim jesteśmy. To coś to człowieczeństwo. Nie jesteś człowiekiem i wszystko, co ludzkie jest ci obce. Moje fantazje to tylko fantazje, nic więcej. Mogę wyobrazić sobie harem, tak jak mogę wyobrazić sobie życie jako żyrafa. Moge wyobrazić sobie scenariusz typu American psycho ze mną w roli głównej (chociaż to jest już niebezpiecznie blisko przepalenia bezpiecznika w głowie), tak jak mogę wyobrazić sobie żywot tybetanskiego mnicha. To nic nie znaczy, to niczym nie świadczy. Twoja ulubiona muzyka to trzask łamanych kości i lament matek nad ciałami martwych dzieci. Z pewnościa polubiłbyś Dżyngis Khana. Moja ulubiona muzyka to hiphop, który mówi prawdę, który zawiera w sobie miłość i godność i pogardę dla tych, którzy wysłuchali twoich podszeptów i wprowadzili je w życie. Zawiera ostrzeżenie przed nimi. Zawiera zasady. Sława, seks, pieniądze: to wszystko jest pożądane jak trawa po drugiej stronie rzeki i w końcu sie nudzi, gdy osiągniete. Tak było też w przypadku Fausta, który był na tyle naiwny, że poddał się pokusom. Gdy próbował sie wycofac z umowy po szestnastu latach, zdawał już sobie z tego sprawę. Człowiek, którego nazywasz chujem, regularnie robi cię w chuja, bo ma zdolność czynienia dobra, nawet jesli wydaje mu się, że cały świat jest przeciwko niemu. Nie zaproponujesz mi niczego, bo wiesz że moja odmowa uczyni mnie silniejszym. I chociaż marijuana relaksuje nas aż za bardzo, wprowadza w hedonistyczny, niemal warzywny stan, to wyzwala również umysł, tak by mógł cieszyć się z dobrych rzeczy i wznieść ponad twoją frustrację i mentalność psa ogrodnika. Przez lenistwo nie byłem w stanie dać ludziom wiele, ale chcę to zmienić, a poza tym jest jedna ważna rzecz, jaką świat ode mnie dostanie, a jest nią ciąg tych mysli, sztuka i nauka. 

         Nie wiem, czy to co powiedziałem wystarczy, ale wydaje się właściwe. Jednak mój gość nie poddaje się.

-Eh, mój drogi chłopcze, jesteś pierdolnięty i chwała ci za to. Myslisz teraz, że mnie pokonałeś, że śliczne słowa sprawią, że debet na twoim koncie zniknie, arytmia w sercu ustanie, a twoja luba zapuka do drzwi i będziecie żyli długo i szczęśliwie! Skoro nie dasz się przekonać że jesteś skurwielem, daj przynajmniej cos opowiedzieć.

Kuszenie drugie.

        Oczy mam przekrwione. Nie wiem ile minęło czasu od rozpoczęcia tej groteskowej wymiany. Równie dobrze mogła to być minuta, albo godzina, albo rok.

- Czy jest coś jeszcze?

- Zawsze jest coś jeszcze, mój drogi zagubiony chłopcze, zawsze jest kolejny tunel do wydrążenia. Kolejna opowieść. Wspomniałeś muzykę, zawsze to robisz gdy jesteś w kropce i snujesz nieporadne wizje przyszłości. Tak naprawdę urzeka cię w niej spontaniczność, uwolnienie talentu, bo sam nie potrafisz być spontaniczny, jak starzec uwięziony w ciele młodego. Być może wierzysz w ideę reinkarnacji, lub chciałbyś wierzyć. Opowiem ci historię o duszy artysty ograniczonej przez pechowe okoliczności. Pewnego razu miałem przyjemność zawrzec ciekawą i owocną tranzakcję z niedoszłym muzykiem z Italii. Nazwijmy go Maestro. Człowiek ten przez całe życie był dręczony przez chorą ambicję do tworzenia muzyki. Jego wiedza teoretyczna była imponująca, a ucho wyczulone poprzez długie godziny spędzone na podziwianiu opery, orkiestry i symfonii na europejskich salonach, zachwycaniu się wirtuozerią najznamienitszych skrzypków i pianistów, na rozpływaniu się w dźwiękach wiolonczeli, harfy, hontrabasu, saksofonu, fortepianu i altówki; wszystkich niemalże znanych wtedy ludziom instrumentów smyczkowych i klawiszowych, czyli tych, które wymagały zręczności palców. Podczas koncertów osiągał on stan porównywalny z religijną ekstazą i przez długie tygodnie nie potrafił zapomnieć poszczególnych partii. Człowiek ten własne dłonie miał zdeformowane, uschłe, zakrzywione jak szpony i częściowo sparaliżowane w szkaradnych naroślach, jakie służyły mu za palce. Ta mutacja objawiała się w jego rodzinie sporadycznie od wieków. Maestro wszędzie nosił na miarę szyte, skórzane rękawiczki, które częściowo ukrywały ręce, ale nie były w stanie kompletnie zamaskować jego piętna. Nie podawał ludziom ręki tłumacząc się ‘chorobą’ lub ‘artretyzmem’ (był mężczyzną przed trzydziestką!) lub ‘skaleczeniem lub setką innych eufemizmów. Sam nie musiał pracować, jako że otrzymywał specjalny fundusz z rodzinnych stron, własną część rodowego majątku. Z zawodu natomiast był drobnym kupcem. W czasach zanim złożyłem mu wizytę, miał właściwie tylko jednego przyjaciela, bogatego mecenasa sztuki, z którym często rozprawiał o kompozycji i estetyce najważniejszych muzyków i kompozytorów swoich czasów. Szczególnie upodobał sobie Mozarta i Bacha. Mecenas był sparaliżowany od pasa w dół i nie mógł żyć bez służby, więc Maestro znalazł w nim bratnią duszę, równego sobie dziwoląga. Byli jak ptaki urodzone bez skrzydeł. Maestro nie przejawiał zdolności w dziedzinie komponowania muzyki na pięciolinii, fascynowała go gra jako taka, chirurgiczna precyzja smyczka na strunie, różnorodność i barwa dźwięku solowych popisów. Śnił o życiu genialnego muzyka, ale nie mógł grać, jego talent pozostawał niewykorzystany, zahibernowany. Był zdesperowanym epigonem, kimś, kto żyje życiem wielkich ludzi, ogrzewa się w ich blasku i legendzie. Pewnego wieczora upił się na smutno podłą gorzałą i usiłował zagrać na skrzypcach. Intrument jak zawsze okazał się nieposłuszny i martwy w bezwładnych palcach i w końcu skończył w kominku jako podpałka. Za skrzypcami poszły znienawidzone ręce kaleki. Wsadził je do ognia i przytrzymał przez jakiś czas. Jego krzyk stanowił niezapomniane crescendo, najlepszy dźwięk jaki dotąd stworzył. Gdy leżał, półprzytomny od choroby, załamania i opium (używano go wtedy jako środka przeciwbólowego), zabandażowany przez służkę (swoją drogą, beznajdziejnie zadurzoną w nim i jego chorej ambicji), w momencie gdy był najbardziej bezbronny i podatny na wpływ, wtedy wkroczyłem do akcji. Z początku miał mnie za halucynajcię, zjawę, ale później w jego oczach zatliły sie iskierki nadziei. Bez większego zastanowienia podpisał krwią z lewej ręki wiążący dokument, zgodnie z którym jego niesmiertelna dusza w zaświatach jest moja, w zamian za to, że jego imie zostanie zapamiętane jako jednego z najwybitniejszych muzyków w historii. Tak dokładnie brzmiały słowa na pergaminie. Wszystko to było dość staroświeckie według dzisiejszych standardów, dziś ludzie są gotowi ze mną negocjować i spełniać życzenia przez smsa. Serio. 

- Nie robisz sobie zbyt dobrej reklamy.

- To jeszcze nic! Jako że miałem na pieńku z jednym z jego przodków trzy generacje wstecz (nawet u nas, tam gdzie pławimy się na dole bywają dłużnicy, od których ciężko sciągnąć należności), postanowiłem zabawić sie jego kosztem, zadrwić z przeznaczenia. Człowiek ten na lata zapomniał (lub udawał że zapomniał) o naszej rozmowie i nigdy nie miał zostać wyleczony, nigdy nie wystąpił przed publicznością z instrumentem, a ów najwybitniejszy muzyk, noszący jego nazwisko, oznaczał niepoczętego jeszcze, przyszłego syna. Czekałem jak rozwinie sie sytuacja i faktycznie, załamanie Maestra sprawiło, że on i służka zbliżyli się do siebie i w końcu wzięli ślub. Należała do tego rodzaju kobiet, które posiadają potrzebę opeki nad innymi, doglądania czyjegoś dobra do punktu, gdzie opiekuńczość może przerodzić się w zaborczość i chęć posiadanie kogoś tylko dla siebie. Zazwyczaj owe męczenniczki wypełniają poczucie misji w szpitalach, domach starców lub monarach jako pielęgniarki, ku wdzięczności reszty rodziny zostają przy zniedołężniałych dziadkach i rodzicach do końca ich dni, są wspaniałymi matkami. Kobieta dawła mu syna i chociaż podejrzewała, że coś jest nie tak, kochała męża i syna jak tylko mogła. Przez pewien okres czasu Maestro był niemal szczęśliwy. Żyli dostatnio, a gdy urodził się mały, nadali mu imie Nicolo. Od tej pory zaczęły się dziać dziwne rzeczy. 
C.D.N.