Gracz
(czyli jak zdobyłem Pierścień Władzy, przegrałem wszystkie pieniądze i
przestałem spać)
Piszę rymy brat, a gdyby tak byłyby materialne
W ten sposób, tak tworzyłbym całe wirtualne światy
Otworzyłbym wam drzwi do tego co nienamacalne
I każdy byłby ciągle młody, piękny i bogaty
Fokus
Jutro, jutro wszystko się skończy!
Dostojewski: Gracz
Najdalej dojdzie ten, kto podąża samotnie.
Céline
soundtrack:
Gdyby
życie było grą komputerową, juz dawno zacząłbym od początku. Załóżmy że
wszystko odbywa się w konwencji RPG – Role Playing Game. Tworząc moją postać
musiałbym zmienić kilka atrybutów: więcej punktów poszłoby w siłę, charyzmę i
odwagę, a z kolei suwaki odpowiadające za wrażliwość, inteligencję i wyobraźnię
przykręciłbym w dół, mniej więcej do połowy. Zbyt duża wiedza zdobyta za szybko
tylko przeszkadza, sprawia że gracz gubi się we własnych myślach i nie ma czasu
na rąbanie okolicznych potworów, zbieranie złotych guldenów i florinów jakie z
nich wypadają i ganianie za półnagimi elfkami w pancerzu bojowym z odsłoniętym
pepkiem. To wszystko są ważne rzeczy, rzeczy które pozwalają na zdobycie
doświadczenia i nowych artefaktów do bezdennego plecaka. Tymczasem taki
nadwrazliwy inteligent; co on właściwie ma od życia? Długą brodę, okularki i
powłóczystą szatę na zgarbionych plecach. Nie pokona napotkanego trolla czy też
ghula innym sposobem niż mamrotanie dziwnych słów nad księgą zaklęć celem
wywołania błyskawicy, bądź przyrządzanie magicznych wywarów. Jeśli akurat zgubi
okulary, z nieba spadnie deszcz ropuch, a mikstura wywoła tylko rozwolnienie.
Moja
postać miałaby na maxa podkręcony wskaźnik farta. Autobusy zawsze
przyjeżdżałyby na czas, żetony w kasynie same przesuwały w moją stronę, a
kanapki upadały masłem do góry. Dodajmy do tego bogatą, kochającą rodzinę
(którą muszę obronic przed najeźdzcami z mrocznego królestwa!) oraz umierającą
ciotkę, która ma do mnie słabość. Współczynnik przeznaczenia może zostać ten
sam; w połączeniu z fartem sprawiłby, że spotkam swoją Ginewrę lub Gwendolinę
na samym początku szlachetnej misji. Dla wielu herosów cel to przespać się z
możliwie największą liczbą panien; dla mnie celem jest spać i budzić się z tą
samą.
Jeśli
chodzi o mapę, rozegrałbym swoją partię z dala od korków, szeregowych domków,
zasmieconych ugorów i kominów, wiecznie buchających dymem i sadzą. Moja lokacja
byłaby pełna otwartej przestrzeni, gdzie czujne oko może dostrzec jeźdzca nad
zieloną równiną z odległości wielu kilometrów. Mieszkałbym w zamku na szczycie
wzgórza, do którego prowadzi tylko jedna droga. Na zamku dwa razy w tygodniu
odbywałaby się uczta, z rodzaju tych gdzie wino podaje się w dzbanach, a
szlachetni wojownicy wyrzucają napoczęte udko z kurczaka za siebie i wgryzają
się w kolejne, nie przestając przy tym rozmawiać o Ważnych Sprawach. W swoich
komnatach miałbym łoże z baldachimem i farelkę elektryczną – w końcu na zamku
musi być dość zimno, z tymi kamiennymi ścianami i barokowymi oknami bez możliwości
zamknięcia. Widok z tych okien obejmowałby górski masyw, majestatyczny i
ośnieżony na szczycie, sięgający tuż ponad warstwę chmur. Po drugiej stronie
gór leżałby Mordor, obóz wroga, łatwo rozpoznawalny przez ciemne chmury, łuny i
wyładowania przecinające niebo. A w samym Mordorze brodaci orkowie w turbanach,
tajemnicze zamaskowane istoty, zasłoniete od stóp do głów i gotujące potrawy o
ostrym zapachu.
Według
legendy Mordor był kiedyś częścią królestwa, dopoki nie wybuchła Wojna o
Benefity i moi przodkowie przestali wypłacać haracz na utrzymanie małych,
nietoperzo-podobnych stworzeń w czarnych szatach. Od tej pory mieszkańcy
Mordoru wszystko robią na wspak i na złość naszemu królestwu. Nawet książki
czytają w druga stronę.
Wzdłuż
górskiego łańcucha byłyby porozstawiane wieże z patrolem. To na wypadek inwazji
orków na królestwo w celu otrzymania Królewskich Zasiłków. W każdej wieży byłby
strażnik, wyuczony do wysłania świetlnego S-O-S Alfabetem Morse'a, jeśli po
drugiej stronie dzieje się coś groźnego, lub jeśli na posterunku zabraknie
papieru. Sygnał dociera łańcuszkiem aż do zamku.
Wyruszyłbym
w misję w poszukiwaniu Jedynego Pierścienia, zwanego również Pierścieniem
Władzy. Jak mówią stare zwoje, pierścień daje władzę nad każdą elfką,
pół-elfką, leśnym duchem bądź kobitą, jako że jest wysadzany
trzydziestokaratowym brylantem.
Nie
mógłbym iść sam; miałbym ze sobą Drużynę, uzbrojoną w szaliki, roztrzaskane
butelki i młotek. po wielu karkołomnych wspinaczkach, walce plecami do siebie i
naprzeciw przeważającym siłom wroga, po wielokrotnym wymykaniu się z rąk
kostuchy dzięki heroicznym czynom i śliskiej Ortalionowej Opończy, w końcu
zdobyłbym Pierścień, wrócił do domu i podarował go Genowefie lub Grace. I
żylibysmy długo i szczęśliwie.
***
Wierszyk:
Wasze oczy czarne jak czarne obstawione
Wypada czerwone i game over
Życie bocznym torem, czekacie aż wróci na swoje
Miejsce jak kulka na pole
I jak Napoleon przejmiecie kontrolę nad tym co nie zależy od was
Trwa passa, passe lub manque, to gra va bank
To jebana obsesja jak detektyw Monk
Każdy
Gracz używa fantazji więcej, niż wszystkich mięśni razem wziętych. A najgorsze
co może się zdarzyć, to gdy jedna z tych fantazji spełnia się. Wtedy kalkulacja
i wyobraźnia urastają do rangi wyroczni; są przewodnikiem po lepsze życie i
fortunę dla naiwnych głupców, którzy sądzą że mogą wygrywać dzień w dzień,
tydzień w tydzień. Jestem jednym z nich. Jestem Graczem.
Gracz w wydaniu Dostojewskiego to opowieść o
młodym człowieku, nauczycielu, który trafia do słynnego Roulettenburga,
hazardowej mekki. Z początku świeży, Aleksy Iwanowicz jest jednak przekonany o
przyszłej wygranej przy stołach, co w końcu doprowadzi go do zguby.
Powieść
(czy może raczej nowela) została napisana w niecały miesiąc jako pokrycie
prawdziwych hazardowych długów (gdyby FD nie zdążył z jej napisaniem, straciłby
prawa do swoich utworów na siedem lat!), co dodaje historii dodatkowego
smaczku. Dwa tygodnie później Dostojewski poslubił stenografistkę której
podyktował Gracza. Geniusz tej książki polega na tym że nie została
napisana, ona została opowiedziana.
Dygresja:
Stephen King porównał kiedyś
warsztat literacki każdego pisarza (lub jakiegokolwiek literata co wali wódę z
literatki) do skrzynki z narzędziami, takiej wielopoziomowej i piekielnie
ciężkiej. Każdy poziom odpowiada dziedzinie umiejętności; i tak słownictwo i
gramatyka powinny wypełnić najwyższą półkę tak jak pomniejsze śrubki i wkręty
wypełniają pierwszą szufladkę w skrzynce. (Swoją drogą, słowo ‘szufladka’ ma
pewne znaczenie którego możecie nie znać. Oznacza miejsca w mózgu, szufladki
właśnie, zawierające wspomnienia i myśli z przeszłości. Czasami szufladki są
otwierane przez niespodziewane bodźce emocjonalne lub narkotyki, a dana scena
wyświetla się nam przed oczami.) Druga półeczka jest wypełniona przez paragrafy
i strukturę Twoich, drogi literacie, elaboratów. Trzeci wypełnia wyobraźnia,
porównania, metafory i karciane sztuczki, czwarty to styl, i tak dalej. Ile będzie
tych poziomów, technik, wiedzy, naboji w komorze – zależy od Ciebie.
Otóż posiadam dodatkową szufladkę,
ukryte dno, niewykrywalne dla celników, policyjnych psów ani wścibskich bab. Ta
umiejętność to angielski i posługiwanie się nim naprzemian z polskim. ‘I co?’
– powiecie – ‘wielkie mecyje! Dziś każdy mówi po angielsku’. Może i
tak (chociaż spytajcie prezydenta i panią premier), ale nie każdy pisze.
Angielszczyzna z ulic miast, gdzie autochtoni mieszają się w jednym gorącym
kotle z Amerykaninami, Polakami, Pakistańcami, Hindusami, Kenijczykami,
Walijczyjkami, Słowakami, Rumunami, Hiszpanami, Włochami, psami, staruszkami i
świrami to jeden wielki galimatias. Zadziwiająco mała grupa ludzi, może
piętnaście procent, posługuje sie językiem angielskim na piśmie, w stopniu
kompetentnym.
Dopóki tę umiejętność posiadam, jak
specjalny kluczyk na dnie skrzynki (szkoda że nie otwiera mi pasów cnoty Angielek...
a może to wszystko jest w głowie?), będę ją szlifował i polerował jak tylko
potrafię, tak aby nie stała się zardzewiała i zaniedbana.
Koniec dygresji:
Chcę przetłumaczyć szczególnie
trafny i mocny fragment ‘Gracza’. A idzie on tak:
‘Zaśmiałem się; ogarnęła mnie
straszna chęć, aby ich sprowokować.
- Wolałbym spędzić całe życie skacząc
z miejsca na miejsce w Kirgiskim namiocie – zawołałem – niż pokłonić się przed
niemieckim bożkiem.
- Jakim znowu bożkiem? - krzyknął generał, wściekły nie na żarty.
- Przed niemiecką metodą gromadzenia
bogactwa. Jestem tu nowy, jednakże to co zdołałem zaobserwować i ustalić
wywołuje wzburzenie mej tatarskiej krwi. Na Boga, nie chcę tych cnót! Zdołałem
wczoraj zbadać okolicę w promieniu dziesięciu wiorst. Jest dokładnie jak w tych
małych niemieckich kolorowankach: każdy dom ma swojego Vatera [ojca], który jest niezmiernie dobry i nadzwyczaj
uczciwy. Prawdę mówiąc, tak uczciwy że aż strach do niego podejść. Każdy Vater
ma rodzinę, razem z którą czyta na głos wieczorami edukacyjne książki. Nad ich
domkiem górują wierzby i drzewa kasztanowe. Zachodzące słońce, bocian na dachu,
wszystko nadzwyczaj wzruszające i poetyckie...
- Nie gniewaj się, generale, pozwól
mi powiedzieć coś, co wzruszy cię jeszcze bardziej. Sam pamiętam jak mój
świętej pamieci ojciec, również w cieniu cytrusów w ogrodzie przed domem,
czytał na głos podobne książeczki, mnie i mojej matce... Więc mogę to
sprawiedliwie ocenić. Każda taka rodzina w tym miejscu służy i jest
bezwzględnie poddana Vaterowi. Harują jak mrówki i zbierają pieniądze jak
Żydzi. Powiedzmy że Vater uchował już tyle i tyle guldenów i liczy na
przekazanie zawodu lub małego skrawka ziemi swemu najstarszemu synowi; aby to
było możliwe, córka nie otrzymuje posagu i zostaje starą panną, służką. Jakby tego
było mało, aby to było możliwe, młodszy syn jest sprzedany w niewolę lub do
armii, a pieniądze dodane do rodzinnego kapitału. Tak tu się robi, naprawdę;
pytałem tu i tam. Wszystko to robione jest w imię uczciwości; w imię tak
szerokiego znaczenia uczciwości, że młodszy syn, sprzedany na służbę również
wierzy że został sprzedany za uczciwość – i to jest największy ideał, gdy
ofiara raduje się w drodze na rzeź. A co dzieje się potem? Potem okazuje się że
starszy syn wcale nie ma z tego powodu lepiej: ma swoją Amalchen, której serce
jest jedno z jego – lecz nie mogą się pobrać, gdyż nie zgromadzono jeszcze
wystarczająco guldenów. Oni również okazują dobre maniery i intencje gdy
czekają na swoją kolej i gdy przychodzi czas, idą idą na rzeź z usmiechami na
twarzach. Policzki Amalchen są już zapadnięte, a na jej ciele przybywa zmarszczek.
W końcu, po dwudziestu latach, ich majątek się pomnożył; guldeny zostały
zgromadzone w sposób uczciwy i chwalebny. Vater błogosławi swego
czterdziestoletniego syna i trzydziestopięcioletnią Amalchen z obwisłymi
piersiami i czerwonym nosem... Po wszystkim płacze, moralizuje i umiera.
Starszy syn staje się uczciwym Vaterem i cała historia zaczyna się od początku.
Za jakieś pięćdziesiąt czy siedemdziesiąt lat wnuk pierwszego Vatera ma już
całkiem spory kapitał i przekazuje go synowi, a on swojemu, a ten swojemu i za
pięć lub sześć pokoleń jest Baronem Rothschild, prezesem Hoppe&Co. czy
kimśtam. Czy nie jest to, proszę pana, wspaniałe przedstawenie: wiek lub dwa
nieustannej pracy, cierpliwości, inteligencji, uczciwości, charakteru,
stanowczości, kalkulacji i bocianów na dachu! Czego więcej chcieć, wszak nie ma
nic bardziej podniosłego, to z tego punktu widzenia oceniają całą resztę, a
winni, to znaczy ci, którzy różnią się od nich w jakimkolwiek stopniu, są
natychmiast ukarani. Cóż, jeśli tak sie sprawy mają, to wolę już wywołać
awanturę jak Rosjaninlub wzbogacić się na ruletce. Nie chcę być prezesem
Hoppe&Co. za pięć pokoleń. Potrzebuję pieniędzy dla siebie i nie uważam się
za zwykły trybik, niezbędne ogniwo kapitału. Wiem że strasznie mnie poniosło,
ale niech tak będzie. Takie są moje przekonania.
- Nie wiem ile prawdy jest w tym co
mówisz – rzekł generał, zamyślony – ale wiem że zaczynasz się nieznośnie
popisywać gdy tylko odrobinę się zapomnisz...
Jak to miał w zwyczaju, nie
zakończył tego co miał powiedzieć. Jeśli nasz generał mówił o czymś choć
odrobinę ważniejszym niz zwykłe, codzienne sprawy, nigdy nie kończył swoich
słów. Francuz słuchał po łebkach, z wybałuszonymi oczyma. Nie zrozumiał niemal
nic z tego co powiedziałem. Polina patrzyła na mnie z wyniosłą obojętnością.
Wydawało się że w ogóle nie słyszała mnie ani niczego, co zostało powiedziane
przy stole.’
A właśnie, Polina. Jest jedną z
wielu postaci wykreowanych na podstawie ludzi z krwi i kości. Dostojewski
spotkał ją w jednym z alpejskich kurortów dla graczy i obdarzył obsesyjnym,
maniakalnym wręcz, acz nieodwzajemnionym uczuciem. W książce Aleksy Iwanowicz
stawia się w pozycji niewolnika i poddanego dla Polinowego widzimisię. Chociaż
Polina wielokrotnie spaceruje i rozmawia z nim, Aleksy nigdy tak naprawdę nie
potrafi jej zrozumieć; jest dla niego kompletną zagadką. Oferuje jej swoje
życie (skoczę z wodospadu Schlangenberg jesli tylko rozkarzesz!), próbuje
zdobyć odwagą i dowcipem, a potem kupić za pomocą wygranej na ruletce fortuny.
Nie zdaje sobie przy tym sprawy, że kasyno drąży jego myśli jak tunel, zmienia
je i w końcu obsesja zamienia się w podwójną obsesję. Do samego końca,
degeneracji i upadki, to Polina jest celem, furtką przez którą hazard opętuje
nauczyciela.
Jego postać jest tak tragiczna i
finezyjnie skonstruowana, że muszę się utożsamiać z tym błyskotliwym młodym człowiekiem,
który najpierw oferuje tak celną (lecz jakże cyniczną!) krytykę niemieckiej ‘solidności’,
by tego samego dnia postawić wszystko co ma na jedną kartę.
Od ruletki nie ma ucieczki,
przynajmniej w pobliżu Hotelu i stołów do gry; taki jest smutny wniosek tej
opowieści. Przegrywa lub przegrał niemal każdy ze świty generała, przegrywa (i
to osiedziesiąt tysięcy rubli!) nawet Babcia, matka generała, prawdopodobnie
najbardziej charyzmatyczna postać w książce, która swoją wizytą wywraca życie
graczy do góry nogami. Jedynie Anglik, zawsze uprzejmy i dyplomatyczny, nie
ulega pokusie Roulettenburga (może dlatego że jest już bogaty) i to on
przekazuje Aleksemu wieści od Poliny w rozpaczliwym epilogu.
Coraz więcej w moim zyciu
rozpaczliwych hazardowych epilogów. Ale jedno moge powiedzieć na swoją obronę:
nie gram już na ruletce i jeśli Bóg da, nie zagram już nigdy.
Zamiast tego mierzę się z
bukmacherką. Jeśli ruletka to szybki ból ukłucia który pustoszy portfel,
zakłady to powolna agonia w miarę jak najważniejsza drużyna męczy się z każdym
kopnięciem. Nie mam siły już więcej tego opisywać, musicie obejść się smakiem.
Zostawię jedynie cytat z filmu ‘Pod Mocnym Aniołem’, jako dowód jak bardzo
spaczone mogą być myśli uzależnionego człowieka.
-Chciałbym się zapić na śmierć po
długim i szczęśliwym życiu.
- Ale pijąc tyle co pan nie można
żyć długo i szczęśliwie.
- A czy da się żyć długo i
szczęśliwie bez picia?
***
Bezsenność...
(wierszyk)
Bezsenne
noce, po czyimś grobie chodzę
Na
skraju blatu stoją jakieś stare browce
Tyle
błędnych strzałów, tyle celnych ocen
Tylu
hipokrytów stanęło na mojej drodze...
Ktoś
mógłby pomysleć, że osoba cierpiąca na bezsenność jest bardziej produktywna
poprzez oszczędzanie cennych godzin normalnie spedzonych na sen, ba, że osobnik
taki nie może być określony jako ‘cierpiący’, że bardziej adekwatne byłoby
stwierdzenie, że korzysta z ekonomicznych zalet bycia na jawie. Że nie śpi bo
sen to kuzyn smierci.
Nic bardziej mylnego. Nie ma czegoś takiego jak szczęśliwa bezsenność. O wiele
bliżej prawdy był stary odcinek starego serialu dla dziwnych dzieciaków: ‘Czy
Boisz się Ciemności?’ To gratka dla tych którzy lubią się bać. (W ogóle,
ostatnimi czasy wracam coraz częściej do wczesnych wspomnień. Same wypływają na
światło dzienne. Myślę że ma to jakiś związek z życiem w biedzie, a
przynajmniej bez przywilejów i koneksji. Pozwólcie że wyjaśnię. Człowiek biedny
jest na uwięzi od samego początku. To jak więzienie bez krat ani murów.
Zmuszany do uległości i służalczości wobec świata, z czasem nabiera swobody i
niezależności, a zarazem dziecinnieje, nawet (a nawet zwłaszcza) jeśli
rozwiązał problemy z hajsem. Ludzie biedni to wieczne dzieci.)
Znów dygresja, oczy są zmęczone, myśli skołatane. W tym pamiętnym odcinku –
szczegóły mogą się nie zgadzać - poznajemy pewnego starego piernika, który
mieszka w ogromnym domu nad jeziorem. Stary zapewnił sobie dobrą emeryturę
dzięki biegłości w profesji szabrownika; rabowania zatopionych wraków. Ujęcie
budżetowej kamery obejmuje złote i srebrne monety, bizuterię, porcelanę,
antyczne rzeźby, wszystko w gablotach pod skrupulatnym okiem kolekcjonera,
konesera.
Sprawy nabierają niepokojącej głębi (niemal jak ciemna gęsta głębia wody, w
której może czaić się cokolwiek i obserwować cię i czekać na okazję...) gdy
nurek znajduje złoty naszyjnik na dnie jeziora nieopodal. Statek zatonął przed
trzystu laty. (Pytanie skąd taki statek, istna Czarna Perła, mógł znaleźć się
na zwykłym jeziorze, nie powinno zaprzątać żadnego zafascynowanego
dziesięcioletniego umysłu.) Okazuje się, że wrak nie był do końca opuszczony, a
prawowici właściciele naszyjnika... zawzięci. Można by uzyć zwrotu: po moim
trupie... Co noc, gdy stary sknerus zasypiał w ulubionym fotelu z widokiem na
plażę, gładka tafla wody wzburzała się. Powoli, upiorny centrymetr po
centymetrze, z wody wynurzały się sine i zgniłe postacie topielców, ciągnąc za
sobą szlam i wodorosty. Szły aby odzyskać skarb. Gra polegała na tym, że
człepały kroki swego Danse Macabre tylko wtedy, gdy stary się zdrzemnął,
a gdy budził się, jego świadomość odpędzała istoty spowrotem w głębiny, jak
zaklęcie. Był zbyt chciwy aby oddać naszyjnik i zbyt słaby aby czuwać całą noc,
każdą noc. Napędzał go strach i świadomość, że w końcu topielec zostawi
obrzydliwy, mokry slad nad dywanie, jak ślimak i zaciśnie trupie palce na jego
szyi... Na tym mniej więcej polega bezsenność.
To nie to samo co jawa ani sen. To stan pomiędzy. Nie robisz nic konkretnego,
wzrok nie musi być skupiony – dlatego tak wiele osób ogląda telewizję nocą,
pudło nie wymaga od zombie żadnej koncentracji – nic poza aktywnym blokowaniem
zmęczenia, jak de Niro w Taksówkarzu (ten film to temat na osobny tekst,
zawiera wiele moich przekonań, choć wolałbym nigdy ich nie poznać). Samo
zmęczenie, jak i bezsenność, ma źródło w tym co cię gnębi lub przeraża. Człowiek
w dużej mierze zdefiniowany jest przez to, czego się boi. Powiedz mi czemu masz
na czole zimny pot, a ja powiem ci kim jesteś. Im straszniejszy twój lęk tym
lepiej, tym bardziej jest zajmujący. Lęk małej dziewczynki ukrytej pod łóżkiem,
która patrzy na noski butów psychopaty w jej pokoju jest bardziej intensywny od
leku pani Basi, która boi się wiatru, w jakiś sposób jest bardziej godny
szacunku.
Im bardziej realny jest strach, tym mocniej dana osoba ‘stąpa po ziemi’. Nie
wierzy już w potwory o zielonkawej skórze, które wychodzą z wody, ale martwi
się o niezapłacone rachunki. Cięzko jest powstrzymać się od ciągłego myslenia o
tym co cię gnębi, trzeba to z siebie wyrzucić, najlepiej fragmentami i przed
różnymi osobami, tak by nikt nie mógł poskładać historii w całość.
Sam nie mogę poskładać wszystkiego do kupy. Czasami chciałbym być ‘działaczem’,
samcem alfa, nastawionym by walczyć, osiągać cele, bawić się i pierdolić bez
chwili zawahania, bez chwili refleksji, bez chwili smutku i tych
egzystencjalnych koszmarów, goryczy i rozczarowania, których ‘działacze’ nawet
nie przeczytają, bo szkoda czasu. W tym momencie pojawia się ważne pytanie: kto
w ogóle to czyta? Kto rozumie? Przypuszczam że Mik już wie, w końcu wiekszość wyświetleń
bloga pochodzi zza wielkiej wody. Ja wiem że ty wiesz... (II)
Na zewnątrz pada śnieg. Jest biało, tak biało że możnaby z tego śniegu usypać
kreski. Podobno każdy płatek śniegu jest niepowtarzalny. Podobno każdy człowiek
jest niepowtarzalny. Gdy słucham głosów z dołu (jest piątek, trzecia nad ranem
i trwa melanż) ciężko mi w to uwierzyć. Dialogi w stylu:
- No bo ona bla bla bla, wiesz o co mi chodzi? A ty M. Kurwa normalnie rzuciłeś
petem we mnie, no ja pierdole jak mogłeś? Bo ja bym ci tak nie zrobiła, czaisz,
nie? Ty kurwa wiesz jak się poczułam? No i oni cały czas palą w domu, wiesz o
co mi chodzi? Że wszystko kurwa przesiąka... – sprawiają że mam ochotę zajebać
w ścianę. Lub czyjąś głowę. Po wódce wszystko wychodzi z ludzi i nie chodzi mi
tu o głowę w kiblu. Chodzi mi o jej brak. W Dniu Świra jest taka scena, kiedy
Adaś Miauczyński jedzie na wakacje pociągiem i wchodzi do przedziału. Siada i przysłuchuje się babskiej
rozmowie: bla bla bla bla bla, bla bla bla! Bla bla? Tak? Bla bla bla ! Bla bla! Co? Nie... Bla bla bla
blablabla... i tak w kółko bez przerwy przez osiem godzin.
Ale mimo tego śnieg sprawia mi radość, a za każdym razem gdy tak się czuję
myslę o Gabi. Myślę nawet, że w jakiś pokręcony sposób ona kocha mnie, ale to
żałosna miłość. Ona kocha teatr, sztukę i aktorstwo, więc naturalnym jest, że
gra czystą i szlachetną istotę. Robię to samo. Na dystans jest łatwo. Częścią
tej roli jest wierność, wobec mnie i wierność ideałom. Co z tego że to kłamstwo
szyte grubymi nićmi, splecione w desperackim uścisku jak cudowne, drobne nogi
wokół dającej rozkosz postaci, jak ciało wokół ciała? Te najlepsze kobiety, te
które pozostają w sercach na lata, to te, które nie kochają pojedynczych osób,
a mężczyzn jako całość, gatunek, rasę. To nie dziwki, te nie kochają nikogo, są
na to zbyt zmęczone. To romantyczki. Wierność to teatralna rola, która
gubi tekst z pierwszym niesmiałym jękiem. A co jeśli moja rola stała się moim
życiem? Co jeśli nie jestem w stanie zapomnieć tekstu?
Oczywiscie są alternatywy dla takiej postawy. Dam wam ekstremalny przykład. To
mała przypowieść na temat kontroli nad własnymi pragnieniami. Nasz
bohater-rekwizyt, nazwijmy go Moh (skrót od Mohammed) stracił kontrolę, a całe
jego życie płynie pod dyktando spełnienia jednej zachcianki.
Moh jest chujogłowy. Codziennie rano odbywa tę samą podróż w uciułanym srebrnym
Mercedesie, do pracy jako nisko zatrudniony robotnik. Jego ambicje nie sięgają
wyżej, bo nie ma takiej potrzeby. Wystarczają do zaspokojenia. Ma oczywiście
swoją głowę (wygląda trochę jak żółw ninja, z twarza na zawsze zastygnietą w
okrutnym i zachwyconym grymasie), ale to co się w niej znajduje powinno na
zawsze tam pozostać. Ma również świadomość problemu i nawet dość odwagi aby iść
do seksuologa i oznajmic pani doktor, że jest uzależniony od seksu. ‘Wiem jak
ci pomóc’ – słyszy – zerżnij mnie... Patrzy jak psycholożka rozchyla nogi, ale
niewiele może na to poradzić. Jest chujogłowy. Pracujemy razem przez jakiś
czas, zazwyczaj w ciszy, przerywanej jedynie... dźwiękami. Lepszego słowa nie
znajdę. Czasami krzyczy: Oreo!, jak te ciasteczka. Jego żona jest brązowa.
Poskładajcie dwa i dwa.
Jego umysł jest zatruty, zniesiony do roli widza na seansie kopulacyjnego
zwierzęcia. Jest jak żarłoczny grubas, który spędza dni na pochłanianiu
kolejnych, ociekających tłuszczem porcji, aż w końcu trzeba wyburzyć ściany aby
wydostać go z pokoju i zabrać do szpitala. Jest obrzydliwy.
Seks jest obrzydliwy, a może tylko naćpałem się za mocno. W dziewiećdziesięciu
dziewięciu przypadkach na sto to chciwe powtarzanie tych samych ruchów. Ten
setny scenariusz zawiera mnie, Jessicę Albę i tabletki ecstasy.
W każdym razie nie mogę poskładać tej historii do kupy. Może to wina
schizofrenii. Nasz dom jest zamieszkany przez trzech facetów, a moja głowa
przez trzy głosy. Zauważyłem ostatnio niepokojącą rzecz. Moje oczy zmieniają
się, zmieniają kolor w zależności od tego, który przejmuje kontrolę. Tęczówki
są raz niebieskie a raz zielone, czasami w ogóle ich nie widać bo źrenice
wypełniają wszystko i całość przechodzi w czerń. Z błękitu w czerń...
najbardziej lubię Niebieskiego, ale dziś jestem Czarny. Zielonego nie słychać,
ale często towarzyszy mu pomarańczowy na koszulce. Pomarańcz to kolor
szaleństwa.
Chodzi o to, że każdy człowiek jest wyspą (pisałem o tym ostatnio), zamkniętą i
odizolowaną od reszty. Nikt inny nigdy nie będzie w stanie zrozumieć procesów
zachodzących na twojej wyspie, o ile nie wymyslisz sposobu na komunikację,
wysyłanie sygnałów możliwych do odebrania przez inne wysepki na tym
niekończącym się archipelagu. Rodzimy się i umieramy kompletnie sami, a
wszystko pomiedzy to próba racjonalizacji, znalezienia swojego stada. Tu
pojawia się pojecie ulicy. Ulica ustala zasady, konwencję i hierarchię. To
łańcuch zależności, gdzie walutą są siła, papierki, władza i strach. Kto ma
siłę, zdobywa papierki. Kto ma papierki, zdobywa władzę. Kto ma władzę, ten
wzbudza strach.
To co piszę jest brudne i nieco bełkotliwe, ale i ciekawe. Nabiera głębi o
czwartej nad ranem. Reszta towarzystwa bawi się na dole, dudni bas, dziewczyny
się śmieją, a chłopaki piją i rozmawiają. Zaczęli podejrzewać co się ze mną
dzieje, ale wydają się to akceptować (młodzi zawsze w końcu akceptują to, czego
nie rozumieją, albo o tym zapominają) więc wszystko jest w porządku, wszystko
jest w porządku... prawie jak w La Haine. To historia społeczeństwa,
które upada z pięćdziesiątego piętra. Cały czas powtarza: na razie wszystko w
porządku, na razie wszystko w porządku, na razie wszystko jest w porządku...
Ale najważniejsze jest nie spadanie, tylko upadek.
Nic nie szkodzi. Życie to lot a z każdą sekundą jesteśmy bliżej upadku. W końcu
każdy umiera, tak jak każdy hazardzista w końcu przegrywa. Mi wystarczy że
widzę przez zasłonę kłamstw nakładanych aby zapomnieć o betonie pięćdziesiąt
pięter niżej. Wystarczy że wiem że nic nie wiem i zostawię coś po sobie, coś co
mnie przeżyje. Co właśnie robię.
P.S. Szykuję opowiadanie. To
sporo pracy.