Monday, 23 February 2015

Porozmawiajmy o biedzie


Burning up and looting tonight...
Burning up and looting tonight...
Burning up and looting tonight...
Burning all illusion tonight...



 Strasznie biedny ten blog. W sensie marny, chaotyczny, egocentryczny, o niczym. Myślę jak to zmienić.

Thursday, 19 February 2015

Coś się kończy...

I proszę Boga żeby to była nieprawda, żeby coś zrobił.

Ale myślę że nic nie zrobi. I nie wiem czy coś się zacznie.

Tuesday, 17 February 2015

Friday 13th








I keep straining my ears to hear a sound
Maybe someone is diggin’ underground…
Necro

Why waste your breath?
Masta Ace




soundtrack: 


Mam do opowiedzenia tyle historii ze az strach. Historia moja i tego jak zostalem panda, historia Biegana i Klaudii, historia Zet (tej nie opowiem), historia zmyslona z prawdziwymi postaciami, domysly historii M., historia Rudego... problem w tym ze juz nikt nie chce sluchac, tak jakbym byl tym dzieciakiem ktory za czesto wolal 'wilk!' Zamiast tego rymy...


(...)*
Dziś piatek trzynasty
Nierozłączne trzy paski
Jason zza hokejowej maski
Widok hotelowej masakry
Kocie sprawdź ich jak pokerowe stawki
Lady Luck nie śpiewa, pecha nie ma, ściema
Nie ma przeznaczenia, gdzie ta wena
Leflaur Lefla Terapie jak Heltah Skeltah
Melanż sesja, zmysłów pięć jak Tymon
I rap dla nas zamiast opium dla mas
Z lotu ptaka kontur miasta jak trzynastka.


(...)


Oto zdjecie pandy. Panda czuje sie pandastycznie. Panda Rhei.




(...)

Marzyciele, olej ten fatalizm, ty
Gwiazdy we łbie, rap fatality
Nagramy im track co wychodzi poza ramy gry
Zajaramy? Four:twenty przez godzin dwa cztery
Weź to flow przekmiń
Wszyscy obecni, przeszli przyszli zimni niczym Sybir przyszli
Do mikrofonu bijąc chłodem
Mieszkańcy pokoju tysiąc czterysta osiem!

(...)


Minął trzynasty, czternasty...
Mam czas dziś pomysleć
Dziś ten czas nie nagli, opuszczono flagi i maszty
Płynie jak statki wolno, jakby na rzece Jangcy
Lub jak Nil, mijamy tratwy z niewolnikami
Kapie pot i skały w niebo dźwigali dźwigami
I od podstawy stały się piramidami
Mam czas dziś pomyśleć
Czemu człowiek człowiekiem gardzi
Czuć w moment czar wyobraźni
Chcę spróbować tej magii
To płynie z jaźni pod takty, po taktyce gadania
Ponad tydzień zniknęły kontakty, nie ma gadania
Z takim co wołał ‘wilk!’ dwa czy trzy razy za dużo
Zamiast działać, znasz ich
Sam byc taki już nie chcę lecz uczę się wciąż
Muszę być ponad tym, mieć wiatr pod narty
Kompas wymierzony w północ
Jutro jak każdy dzień może być ostatni
Wciąż mam te koszmary
Ciśnienie miażdzy (bębenki)
Jak na dnie tafli, gdzie skafandry
(Tlen we krwi) znika, wibrują nerwy jak skakanki
Czy to lęk własny?
Łatwiej mówić: to nie dotyczy mnie właśnie...
To nie my toniemy, to niemi w obliczu prawdy
Nad tym wszystkim milczy Bóg i patrzy
Na naszą wieżę Babel
Psy szczekają, a karawana jedzie dalej
Za czym?
Choć nie sposób rzucić piach w tryby, maszyn zatrzymać
Zapisane kartki, myśli bekarty (jak wojny)
Czy jest jeszcze na to jakiś lek, zaśnij (bądź wolny)
Spokojny sen to misja gdy za mną goni pech
W którego nie wierzyłem jeszcze dwie zwrotki wstecz...


* znaki (...) oznaczaja miejsca, gdzie swoje wspaniale zwrotki dodala reszta kotow. Nie zostaly spisane.

Thursday, 12 February 2015

Gracz



Gracz

(czyli jak zdobyłem Pierścień Władzy, przegrałem wszystkie pieniądze i przestałem spać)




Piszę rymy brat, a gdyby tak byłyby materialne
W ten sposób, tak tworzyłbym całe wirtualne światy
Otworzyłbym wam drzwi do tego co nienamacalne
I każdy byłby ciągle młody, piękny i bogaty
Fokus


Jutro, jutro wszystko się skończy!
Dostojewski: Gracz


Najdalej dojdzie ten, kto podąża samotnie.
Céline


soundtrack:


Gdyby życie było grą komputerową, juz dawno zacząłbym od początku. Załóżmy że wszystko odbywa się w konwencji RPG – Role Playing Game. Tworząc moją postać musiałbym zmienić kilka atrybutów: więcej punktów poszłoby w siłę, charyzmę i odwagę, a z kolei suwaki odpowiadające za wrażliwość, inteligencję i wyobraźnię przykręciłbym w dół, mniej więcej do połowy. Zbyt duża wiedza zdobyta za szybko tylko przeszkadza, sprawia że gracz gubi się we własnych myślach i nie ma czasu na rąbanie okolicznych potworów, zbieranie złotych guldenów i florinów jakie z nich wypadają i ganianie za półnagimi elfkami w pancerzu bojowym z odsłoniętym pepkiem. To wszystko są ważne rzeczy, rzeczy które pozwalają na zdobycie doświadczenia i nowych artefaktów do bezdennego plecaka. Tymczasem taki nadwrazliwy inteligent; co on właściwie ma od życia? Długą brodę, okularki i powłóczystą szatę na zgarbionych plecach. Nie pokona napotkanego trolla czy też ghula innym sposobem niż mamrotanie dziwnych słów nad księgą zaklęć celem wywołania błyskawicy, bądź przyrządzanie magicznych wywarów. Jeśli akurat zgubi okulary, z nieba spadnie deszcz ropuch, a mikstura wywoła tylko rozwolnienie.

Moja postać miałaby na maxa podkręcony wskaźnik farta. Autobusy zawsze przyjeżdżałyby na czas, żetony w kasynie same przesuwały w moją stronę, a kanapki upadały masłem do góry. Dodajmy do tego bogatą, kochającą rodzinę (którą muszę obronic przed najeźdzcami z mrocznego królestwa!) oraz umierającą ciotkę, która ma do mnie słabość. Współczynnik przeznaczenia może zostać ten sam; w połączeniu z fartem sprawiłby, że spotkam swoją Ginewrę lub Gwendolinę na samym początku szlachetnej misji. Dla wielu herosów cel to przespać się z możliwie największą liczbą panien; dla mnie celem jest spać i budzić się z tą samą.

Jeśli chodzi o mapę, rozegrałbym swoją partię z dala od korków, szeregowych domków, zasmieconych ugorów i kominów, wiecznie buchających dymem i sadzą. Moja lokacja byłaby pełna otwartej przestrzeni, gdzie czujne oko może dostrzec jeźdzca nad zieloną równiną z odległości wielu kilometrów. Mieszkałbym w zamku na szczycie wzgórza, do którego prowadzi tylko jedna droga. Na zamku dwa razy w tygodniu odbywałaby się uczta, z rodzaju tych gdzie wino podaje się w dzbanach, a szlachetni wojownicy wyrzucają napoczęte udko z kurczaka za siebie i wgryzają się w kolejne, nie przestając przy tym rozmawiać o Ważnych Sprawach. W swoich komnatach miałbym łoże z baldachimem i farelkę elektryczną – w końcu na zamku musi być dość zimno, z tymi kamiennymi ścianami i barokowymi oknami bez możliwości zamknięcia. Widok z tych okien obejmowałby górski masyw, majestatyczny i ośnieżony na szczycie, sięgający tuż ponad warstwę chmur. Po drugiej stronie gór leżałby Mordor, obóz wroga, łatwo rozpoznawalny przez ciemne chmury, łuny i wyładowania przecinające niebo. A w samym Mordorze brodaci orkowie w turbanach, tajemnicze zamaskowane istoty, zasłoniete od stóp do głów i gotujące potrawy o ostrym zapachu.

Według legendy Mordor był kiedyś częścią królestwa, dopoki nie wybuchła Wojna o Benefity i moi przodkowie przestali wypłacać haracz na utrzymanie małych, nietoperzo-podobnych stworzeń w czarnych szatach. Od tej pory mieszkańcy Mordoru wszystko robią na wspak i na złość naszemu królestwu. Nawet książki czytają w druga stronę.

Wzdłuż górskiego łańcucha byłyby porozstawiane wieże z patrolem. To na wypadek inwazji orków na królestwo w celu otrzymania Królewskich Zasiłków. W każdej wieży byłby strażnik, wyuczony do wysłania świetlnego S-O-S Alfabetem Morse'a, jeśli po drugiej stronie dzieje się coś groźnego, lub jeśli na posterunku zabraknie papieru. Sygnał dociera łańcuszkiem aż do zamku.
Wyruszyłbym w misję w poszukiwaniu Jedynego Pierścienia, zwanego również Pierścieniem Władzy. Jak mówią stare zwoje, pierścień daje władzę nad każdą elfką, pół-elfką, leśnym duchem bądź kobitą, jako że jest wysadzany trzydziestokaratowym brylantem.

Nie mógłbym iść sam; miałbym ze sobą Drużynę, uzbrojoną w szaliki, roztrzaskane butelki i młotek. po wielu karkołomnych wspinaczkach, walce plecami do siebie i naprzeciw przeważającym siłom wroga, po wielokrotnym wymykaniu się z rąk kostuchy dzięki heroicznym czynom i śliskiej Ortalionowej Opończy, w końcu zdobyłbym Pierścień, wrócił do domu i podarował go Genowefie lub Grace. I żylibysmy długo i szczęśliwie.


***


                Wierszyk:

                Wasze oczy czarne jak czarne obstawione
                Wypada czerwone i game over
                Życie bocznym torem, czekacie aż wróci na swoje
                Miejsce jak kulka na pole
                I jak Napoleon przejmiecie kontrolę nad tym co nie zależy od was
                Trwa passa, passe lub manque, to gra va bank
    To jebana obsesja jak detektyw Monk








Każdy Gracz używa fantazji więcej, niż wszystkich mięśni razem wziętych. A najgorsze co może się zdarzyć, to gdy jedna z tych fantazji spełnia się. Wtedy kalkulacja i wyobraźnia urastają do rangi wyroczni; są przewodnikiem po lepsze życie i fortunę dla naiwnych głupców, którzy sądzą że mogą wygrywać dzień w dzień, tydzień w tydzień. Jestem jednym z nich.  Jestem Graczem.

Gracz w wydaniu Dostojewskiego to opowieść o młodym człowieku, nauczycielu, który trafia do słynnego Roulettenburga, hazardowej mekki. Z początku świeży, Aleksy Iwanowicz jest jednak przekonany o przyszłej wygranej przy stołach, co w końcu doprowadzi go do zguby.  

Powieść (czy może raczej nowela) została napisana w niecały miesiąc jako pokrycie prawdziwych hazardowych długów (gdyby FD nie zdążył z jej napisaniem, straciłby prawa do swoich utworów na siedem lat!), co dodaje historii dodatkowego smaczku. Dwa tygodnie później Dostojewski poslubił stenografistkę której podyktował Gracza. Geniusz tej książki polega na tym że nie została napisana, ona została opowiedziana.

Dygresja:

            Stephen King porównał kiedyś warsztat literacki każdego pisarza (lub jakiegokolwiek literata co wali wódę z literatki) do skrzynki z narzędziami, takiej wielopoziomowej i piekielnie ciężkiej. Każdy poziom odpowiada dziedzinie umiejętności; i tak słownictwo i gramatyka powinny wypełnić najwyższą półkę tak jak pomniejsze śrubki i wkręty wypełniają pierwszą szufladkę w skrzynce. (Swoją drogą, słowo ‘szufladka’ ma pewne znaczenie którego możecie nie znać. Oznacza miejsca w mózgu, szufladki właśnie, zawierające wspomnienia i myśli z przeszłości. Czasami szufladki są otwierane przez niespodziewane bodźce emocjonalne lub narkotyki, a dana scena wyświetla się nam przed oczami.) Druga półeczka jest wypełniona przez paragrafy i strukturę Twoich, drogi literacie, elaboratów. Trzeci wypełnia wyobraźnia, porównania, metafory i karciane sztuczki, czwarty to styl, i tak dalej. Ile będzie tych poziomów, technik, wiedzy, naboji w komorze – zależy od Ciebie.

            Otóż posiadam dodatkową szufladkę, ukryte dno, niewykrywalne dla celników, policyjnych psów ani wścibskich bab. Ta umiejętność to angielski i posługiwanie się nim naprzemian z polskim. ‘I co?’ – powiecie – ‘wielkie mecyje! Dziś każdy mówi po angielsku’. Może i tak (chociaż spytajcie prezydenta i panią premier), ale nie każdy pisze. Angielszczyzna z ulic miast, gdzie autochtoni mieszają się w jednym gorącym kotle z Amerykaninami, Polakami, Pakistańcami, Hindusami, Kenijczykami, Walijczyjkami, Słowakami, Rumunami, Hiszpanami, Włochami, psami, staruszkami i świrami to jeden wielki galimatias. Zadziwiająco mała grupa ludzi, może piętnaście procent, posługuje sie językiem angielskim na piśmie, w stopniu kompetentnym.

            Dopóki tę umiejętność posiadam, jak specjalny kluczyk na dnie skrzynki (szkoda że nie otwiera mi pasów cnoty Angielek... a może to wszystko jest w głowie?), będę ją szlifował i polerował jak tylko potrafię, tak aby nie stała się zardzewiała i zaniedbana.

Koniec dygresji:

            Chcę przetłumaczyć szczególnie trafny i mocny fragment ‘Gracza’. A idzie on tak:

            Zaśmiałem się; ogarnęła mnie straszna chęć, aby ich sprowokować.

            - Wolałbym spędzić całe życie skacząc z miejsca na miejsce w Kirgiskim namiocie – zawołałem – niż pokłonić się przed niemieckim bożkiem.

            - Jakim znowu bożkiem?  - krzyknął generał, wściekły nie na żarty.

            - Przed niemiecką metodą gromadzenia bogactwa. Jestem tu nowy, jednakże to co zdołałem zaobserwować i ustalić wywołuje wzburzenie mej tatarskiej krwi. Na Boga, nie chcę tych cnót! Zdołałem wczoraj zbadać okolicę w promieniu dziesięciu wiorst. Jest dokładnie jak w tych małych niemieckich kolorowankach: każdy dom ma swojego Vatera [ojca], który jest niezmiernie dobry i nadzwyczaj uczciwy. Prawdę mówiąc, tak uczciwy że aż strach do niego podejść. Każdy Vater ma rodzinę, razem z którą czyta na głos wieczorami edukacyjne książki. Nad ich domkiem górują wierzby i drzewa kasztanowe. Zachodzące słońce, bocian na dachu, wszystko nadzwyczaj wzruszające i poetyckie...

            - Nie gniewaj się, generale, pozwól mi powiedzieć coś, co wzruszy cię jeszcze bardziej. Sam pamiętam jak mój świętej pamieci ojciec, również w cieniu cytrusów w ogrodzie przed domem, czytał na głos podobne książeczki, mnie i mojej matce... Więc mogę to sprawiedliwie ocenić. Każda taka rodzina w tym miejscu służy i jest bezwzględnie poddana Vaterowi. Harują jak mrówki i zbierają pieniądze jak Żydzi. Powiedzmy że Vater uchował już tyle i tyle guldenów i liczy na przekazanie zawodu lub małego skrawka ziemi swemu najstarszemu synowi; aby to było możliwe, córka nie otrzymuje posagu i zostaje starą panną, służką. Jakby tego było mało, aby to było możliwe, młodszy syn jest sprzedany w niewolę lub do armii, a pieniądze dodane do rodzinnego kapitału. Tak tu się robi, naprawdę; pytałem tu i tam. Wszystko to robione jest w imię uczciwości; w imię tak szerokiego znaczenia uczciwości, że młodszy syn, sprzedany na służbę również wierzy że został sprzedany za uczciwość – i to jest największy ideał, gdy ofiara raduje się w drodze na rzeź. A co dzieje się potem? Potem okazuje się że starszy syn wcale nie ma z tego powodu lepiej: ma swoją Amalchen, której serce jest jedno z jego – lecz nie mogą się pobrać, gdyż nie zgromadzono jeszcze wystarczająco guldenów. Oni również okazują dobre maniery i intencje gdy czekają na swoją kolej i gdy przychodzi czas, idą idą na rzeź z usmiechami na twarzach. Policzki Amalchen są już zapadnięte, a na jej ciele przybywa zmarszczek. W końcu, po dwudziestu latach, ich majątek się pomnożył; guldeny zostały zgromadzone w sposób uczciwy i chwalebny. Vater błogosławi swego czterdziestoletniego syna i trzydziestopięcioletnią Amalchen z obwisłymi piersiami i czerwonym nosem... Po wszystkim płacze, moralizuje i umiera. Starszy syn staje się uczciwym Vaterem i cała historia zaczyna się od początku. Za jakieś pięćdziesiąt czy siedemdziesiąt lat wnuk pierwszego Vatera ma już całkiem spory kapitał i przekazuje go synowi, a on swojemu, a ten swojemu i za pięć lub sześć pokoleń jest Baronem Rothschild, prezesem Hoppe&Co. czy kimśtam. Czy nie jest to, proszę pana, wspaniałe przedstawenie: wiek lub dwa nieustannej pracy, cierpliwości, inteligencji, uczciwości, charakteru, stanowczości, kalkulacji i bocianów na dachu! Czego więcej chcieć, wszak nie ma nic bardziej podniosłego, to z tego punktu widzenia oceniają całą resztę, a winni, to znaczy ci, którzy różnią się od nich w jakimkolwiek stopniu, są natychmiast ukarani. Cóż, jeśli tak sie sprawy mają, to wolę już wywołać awanturę jak Rosjaninlub wzbogacić się na ruletce. Nie chcę być prezesem Hoppe&Co. za pięć pokoleń. Potrzebuję pieniędzy dla siebie i nie uważam się za zwykły trybik, niezbędne ogniwo kapitału. Wiem że strasznie mnie poniosło, ale niech tak będzie. Takie są moje przekonania.

            - Nie wiem ile prawdy jest w tym co mówisz – rzekł generał, zamyślony – ale wiem że zaczynasz się nieznośnie popisywać gdy tylko odrobinę się zapomnisz...

            Jak to miał w zwyczaju, nie zakończył tego co miał powiedzieć. Jeśli nasz generał mówił o czymś choć odrobinę ważniejszym niz zwykłe, codzienne sprawy, nigdy nie kończył swoich słów. Francuz słuchał po łebkach, z wybałuszonymi oczyma. Nie zrozumiał niemal nic z tego co powiedziałem. Polina patrzyła na mnie z wyniosłą obojętnością. Wydawało się że w ogóle nie słyszała mnie ani niczego, co zostało powiedziane przy stole.

            A właśnie, Polina. Jest jedną z wielu postaci wykreowanych na podstawie ludzi z krwi i kości. Dostojewski spotkał ją w jednym z alpejskich kurortów dla graczy i obdarzył obsesyjnym, maniakalnym wręcz, acz nieodwzajemnionym uczuciem. W książce Aleksy Iwanowicz stawia się w pozycji niewolnika i poddanego dla Polinowego widzimisię. Chociaż Polina wielokrotnie spaceruje i rozmawia z nim, Aleksy nigdy tak naprawdę nie potrafi jej zrozumieć; jest dla niego kompletną zagadką. Oferuje jej swoje życie (skoczę z wodospadu Schlangenberg jesli tylko rozkarzesz!), próbuje zdobyć odwagą i dowcipem, a potem kupić za pomocą wygranej na ruletce fortuny. Nie zdaje sobie przy tym sprawy, że kasyno drąży jego myśli jak tunel, zmienia je i w końcu obsesja zamienia się w podwójną obsesję. Do samego końca, degeneracji i upadki, to Polina jest celem, furtką przez którą hazard opętuje nauczyciela. 

            Jego postać jest tak tragiczna i finezyjnie skonstruowana, że muszę się utożsamiać z tym błyskotliwym młodym człowiekiem, który najpierw oferuje tak celną (lecz jakże cyniczną!) krytykę niemieckiej ‘solidności’, by tego samego dnia postawić wszystko co ma na jedną kartę.

            Od ruletki nie ma ucieczki, przynajmniej w pobliżu Hotelu i stołów do gry; taki jest smutny wniosek tej opowieści. Przegrywa lub przegrał niemal każdy ze świty generała, przegrywa (i to osiedziesiąt tysięcy rubli!) nawet Babcia, matka generała, prawdopodobnie najbardziej charyzmatyczna postać w książce, która swoją wizytą wywraca życie graczy do góry nogami. Jedynie Anglik, zawsze uprzejmy i dyplomatyczny, nie ulega pokusie Roulettenburga (może dlatego że jest już bogaty) i to on przekazuje Aleksemu wieści od Poliny w rozpaczliwym epilogu.

            Coraz więcej w moim zyciu rozpaczliwych hazardowych epilogów. Ale jedno moge powiedzieć na swoją obronę: nie gram już na ruletce i jeśli Bóg da, nie zagram już nigdy.

            Zamiast tego mierzę się z bukmacherką. Jeśli ruletka to szybki ból ukłucia który pustoszy portfel, zakłady to powolna agonia w miarę jak najważniejsza drużyna męczy się z każdym kopnięciem. Nie mam siły już więcej tego opisywać, musicie obejść się smakiem. Zostawię jedynie cytat z filmu ‘Pod Mocnym Aniołem’, jako dowód jak bardzo spaczone mogą być myśli uzależnionego człowieka.

            -Chciałbym się zapić na śmierć po długim i szczęśliwym życiu.
            - Ale pijąc tyle co pan nie można żyć długo i szczęśliwie.
            - A czy da się żyć długo i szczęśliwie bez picia?   




***



Bezsenność...


(wierszyk)


Bezsenne noce, po czyimś grobie chodzę
Na skraju blatu stoją jakieś stare browce
Tyle błędnych strzałów, tyle celnych ocen
Tylu hipokrytów stanęło na mojej drodze...



Ktoś mógłby pomysleć, że osoba cierpiąca na bezsenność jest bardziej produktywna poprzez oszczędzanie cennych godzin normalnie spedzonych na sen, ba, że osobnik taki nie może być określony jako ‘cierpiący’, że bardziej adekwatne byłoby stwierdzenie, że korzysta z ekonomicznych zalet bycia na jawie. Że nie śpi bo sen to kuzyn smierci. 

                Nic bardziej mylnego. Nie ma czegoś takiego jak szczęśliwa bezsenność. O wiele bliżej prawdy był stary odcinek starego serialu dla dziwnych dzieciaków: ‘Czy Boisz się Ciemności?’ To gratka dla tych którzy lubią się bać. (W ogóle, ostatnimi czasy wracam coraz częściej do wczesnych wspomnień. Same wypływają na światło dzienne. Myślę że ma to jakiś związek z życiem w biedzie, a przynajmniej bez przywilejów i koneksji. Pozwólcie że wyjaśnię. Człowiek biedny jest na uwięzi od samego początku. To jak więzienie bez krat ani murów. Zmuszany do uległości i służalczości wobec świata, z czasem nabiera swobody i niezależności, a zarazem dziecinnieje, nawet (a nawet zwłaszcza) jeśli rozwiązał problemy z hajsem. Ludzie biedni to wieczne dzieci.)

                Znów dygresja, oczy są zmęczone, myśli skołatane. W tym pamiętnym odcinku – szczegóły mogą się nie zgadzać - poznajemy pewnego starego piernika, który mieszka w ogromnym domu nad jeziorem. Stary zapewnił sobie dobrą emeryturę dzięki biegłości w profesji szabrownika; rabowania zatopionych wraków. Ujęcie budżetowej kamery obejmuje złote i srebrne monety, bizuterię, porcelanę, antyczne rzeźby, wszystko w gablotach pod skrupulatnym okiem kolekcjonera, konesera. 

                Sprawy nabierają niepokojącej głębi (niemal jak ciemna gęsta głębia wody, w której może czaić się cokolwiek i obserwować cię i czekać na okazję...) gdy nurek znajduje złoty naszyjnik na dnie jeziora nieopodal. Statek zatonął przed trzystu laty. (Pytanie skąd taki statek, istna Czarna Perła, mógł znaleźć się na zwykłym jeziorze, nie powinno zaprzątać żadnego zafascynowanego dziesięcioletniego umysłu.) Okazuje się, że wrak nie był do końca opuszczony, a prawowici właściciele naszyjnika... zawzięci. Można by uzyć zwrotu: po moim trupie... Co noc, gdy stary sknerus zasypiał w ulubionym fotelu z widokiem na plażę, gładka tafla wody wzburzała się. Powoli, upiorny centrymetr po centymetrze, z wody wynurzały się sine i zgniłe postacie topielców, ciągnąc za sobą szlam i wodorosty. Szły aby odzyskać skarb. Gra polegała na tym, że człepały kroki swego Danse Macabre tylko wtedy, gdy stary się zdrzemnął, a gdy budził się, jego świadomość odpędzała istoty spowrotem w głębiny, jak zaklęcie. Był zbyt chciwy aby oddać naszyjnik i zbyt słaby aby czuwać całą noc, każdą noc. Napędzał go strach i świadomość, że w końcu topielec zostawi obrzydliwy, mokry slad nad dywanie, jak ślimak i zaciśnie trupie palce na jego szyi... Na tym mniej więcej polega bezsenność.

                To nie to samo co jawa ani sen. To stan pomiędzy. Nie robisz nic konkretnego, wzrok nie musi być skupiony – dlatego tak wiele osób ogląda telewizję nocą, pudło nie wymaga od zombie żadnej koncentracji – nic poza aktywnym blokowaniem zmęczenia, jak de Niro w Taksówkarzu (ten film to temat na osobny tekst, zawiera wiele moich przekonań, choć wolałbym nigdy ich nie poznać). Samo zmęczenie, jak i bezsenność, ma źródło w tym co cię gnębi lub przeraża. Człowiek w dużej mierze zdefiniowany jest przez to, czego się boi. Powiedz mi czemu masz na czole zimny pot, a ja powiem ci kim jesteś. Im straszniejszy twój lęk tym lepiej, tym bardziej jest zajmujący. Lęk małej dziewczynki ukrytej pod łóżkiem, która patrzy na noski butów psychopaty w jej pokoju jest bardziej intensywny od leku pani Basi, która boi się wiatru, w jakiś sposób jest bardziej godny szacunku.  

                Im bardziej realny jest strach, tym mocniej dana osoba ‘stąpa po ziemi’. Nie wierzy już w potwory o zielonkawej skórze, które wychodzą z wody, ale martwi się o niezapłacone rachunki. Cięzko jest powstrzymać się od ciągłego myslenia o tym co cię gnębi, trzeba to z siebie wyrzucić, najlepiej fragmentami i przed różnymi osobami, tak by nikt nie mógł poskładać historii w całość.

                Sam nie mogę poskładać wszystkiego do kupy. Czasami chciałbym być ‘działaczem’, samcem alfa, nastawionym by walczyć, osiągać cele, bawić się i pierdolić bez chwili zawahania, bez chwili refleksji, bez chwili smutku i tych egzystencjalnych koszmarów, goryczy i rozczarowania, których ‘działacze’ nawet nie przeczytają, bo szkoda czasu. W tym momencie pojawia się ważne pytanie: kto w ogóle to czyta? Kto rozumie? Przypuszczam że Mik już wie, w końcu wiekszość wyświetleń bloga pochodzi zza wielkiej wody. Ja wiem że ty wiesz... (II)

                Na zewnątrz pada śnieg. Jest biało, tak biało że możnaby z tego śniegu usypać kreski. Podobno każdy płatek śniegu jest niepowtarzalny. Podobno każdy człowiek jest niepowtarzalny. Gdy słucham głosów z dołu (jest piątek, trzecia nad ranem i trwa melanż) ciężko mi w to uwierzyć. Dialogi w stylu:

                - No bo ona bla bla bla, wiesz o co mi chodzi? A ty M. Kurwa normalnie rzuciłeś petem we mnie, no ja pierdole jak mogłeś? Bo ja bym ci tak nie zrobiła, czaisz, nie? Ty kurwa wiesz jak się poczułam? No i oni cały czas palą w domu, wiesz o co mi chodzi? Że wszystko kurwa przesiąka... – sprawiają że mam ochotę zajebać w ścianę. Lub czyjąś głowę. Po wódce wszystko wychodzi z ludzi i nie chodzi mi tu o głowę w kiblu. Chodzi mi o jej brak. W Dniu Świra jest taka scena, kiedy Adaś Miauczyński jedzie na wakacje pociągiem i wchodzi do przedziału. Siada i przysłuchuje się babskiej rozmowie: bla bla bla bla bla, bla bla bla! Bla bla? Tak? Bla bla bla ! Bla bla! Co? Nie... Bla bla bla blablabla... i tak w kółko bez przerwy przez osiem godzin.

                Ale mimo tego śnieg sprawia mi radość, a za każdym razem gdy tak się czuję myslę o Gabi. Myślę nawet, że w jakiś pokręcony sposób ona kocha mnie, ale to żałosna miłość. Ona kocha teatr, sztukę i aktorstwo, więc naturalnym jest, że gra czystą i szlachetną istotę. Robię to samo. Na dystans jest łatwo. Częścią tej roli jest wierność, wobec mnie i wierność ideałom. Co z tego że to kłamstwo szyte grubymi nićmi, splecione w desperackim uścisku jak cudowne, drobne nogi wokół dającej rozkosz postaci, jak ciało wokół ciała? Te najlepsze kobiety, te które pozostają w sercach na lata, to te, które nie kochają pojedynczych osób, a mężczyzn jako całość, gatunek, rasę. To nie dziwki, te nie kochają nikogo, są na to zbyt zmęczone. To romantyczki.  Wierność to teatralna rola, która gubi tekst z pierwszym niesmiałym jękiem. A co jeśli moja rola stała się moim życiem? Co jeśli nie jestem w stanie zapomnieć tekstu?

                Oczywiscie są alternatywy dla takiej postawy. Dam wam ekstremalny przykład. To mała przypowieść na temat kontroli nad własnymi pragnieniami. Nasz bohater-rekwizyt, nazwijmy go Moh (skrót od Mohammed) stracił kontrolę, a całe jego życie płynie pod dyktando spełnienia jednej zachcianki. 

                Moh jest chujogłowy. Codziennie rano odbywa tę samą podróż w uciułanym srebrnym Mercedesie, do pracy jako nisko zatrudniony robotnik. Jego ambicje nie sięgają wyżej, bo nie ma takiej potrzeby. Wystarczają do zaspokojenia. Ma oczywiście swoją głowę (wygląda trochę jak żółw ninja, z twarza na zawsze zastygnietą w okrutnym i zachwyconym grymasie), ale to co się w niej znajduje powinno na zawsze tam pozostać. Ma również świadomość problemu i nawet dość odwagi aby iść do seksuologa i oznajmic pani doktor, że jest uzależniony od seksu. ‘Wiem jak ci pomóc’ – słyszy – zerżnij mnie... Patrzy jak psycholożka rozchyla nogi, ale niewiele może na to poradzić. Jest chujogłowy. Pracujemy razem przez jakiś czas, zazwyczaj w ciszy, przerywanej jedynie... dźwiękami. Lepszego słowa nie znajdę. Czasami krzyczy: Oreo!, jak te ciasteczka. Jego żona jest brązowa. Poskładajcie dwa i dwa.

                Jego umysł jest zatruty, zniesiony do roli widza na seansie kopulacyjnego zwierzęcia. Jest jak żarłoczny grubas, który spędza dni na pochłanianiu kolejnych, ociekających tłuszczem porcji, aż w końcu trzeba wyburzyć ściany aby wydostać go z pokoju i zabrać do szpitala. Jest obrzydliwy.

                Seks jest obrzydliwy, a może tylko naćpałem się za mocno. W dziewiećdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto to chciwe powtarzanie tych samych ruchów. Ten setny scenariusz zawiera mnie, Jessicę Albę i tabletki ecstasy. 

                W każdym razie nie mogę poskładać tej historii do kupy. Może to wina schizofrenii. Nasz dom jest zamieszkany przez trzech facetów, a moja głowa przez trzy głosy. Zauważyłem ostatnio niepokojącą rzecz. Moje oczy zmieniają się, zmieniają kolor w zależności od tego, który przejmuje kontrolę. Tęczówki są raz niebieskie a raz zielone, czasami w ogóle ich nie widać bo źrenice wypełniają wszystko i całość przechodzi w czerń. Z błękitu w czerń... najbardziej lubię Niebieskiego, ale dziś jestem Czarny. Zielonego nie słychać, ale często towarzyszy mu pomarańczowy na koszulce. Pomarańcz to kolor szaleństwa. 

                Chodzi o to, że każdy człowiek jest wyspą (pisałem o tym ostatnio), zamkniętą i odizolowaną od reszty. Nikt inny nigdy nie będzie w stanie zrozumieć procesów zachodzących na twojej wyspie, o ile nie wymyslisz sposobu na komunikację, wysyłanie sygnałów możliwych do odebrania przez inne wysepki na tym niekończącym się archipelagu. Rodzimy się i umieramy kompletnie sami, a wszystko pomiedzy to próba racjonalizacji, znalezienia swojego stada. Tu pojawia się pojecie ulicy. Ulica ustala zasady, konwencję i hierarchię. To łańcuch zależności, gdzie walutą są siła, papierki, władza i strach. Kto ma siłę, zdobywa papierki. Kto ma papierki, zdobywa władzę. Kto ma władzę, ten wzbudza strach.

                To co piszę jest brudne i nieco bełkotliwe, ale i ciekawe. Nabiera głębi o czwartej nad ranem. Reszta towarzystwa bawi się na dole, dudni bas, dziewczyny się śmieją, a chłopaki piją i rozmawiają. Zaczęli podejrzewać co się ze mną dzieje, ale wydają się to akceptować (młodzi zawsze w końcu akceptują to, czego nie rozumieją, albo o tym zapominają) więc wszystko jest w porządku, wszystko jest w porządku... prawie jak w La Haine. To historia społeczeństwa, które upada z pięćdziesiątego piętra. Cały czas powtarza: na razie wszystko w porządku, na razie wszystko w porządku, na razie wszystko jest w porządku... Ale najważniejsze jest nie spadanie, tylko upadek.

                Nic nie szkodzi. Życie to lot a z każdą sekundą jesteśmy bliżej upadku. W końcu każdy umiera, tak jak każdy hazardzista w końcu przegrywa. Mi wystarczy że widzę przez zasłonę kłamstw nakładanych aby zapomnieć o betonie pięćdziesiąt pięter niżej. Wystarczy że wiem że nic nie wiem i zostawię coś po sobie, coś co mnie przeżyje. Co właśnie robię.

P.S. Szykuję opowiadanie. To sporo pracy.

Tuesday, 10 February 2015

Rymy



soundtrack: https://www.youtube.com/watch?v=2Z2WQ2Yuv2M



Raz, dwa, trzy, tyffy tyffy, tyffy
Tlą się spliffy, typy, licz ich czyny
Nikt dziś nie jest wolny jak freesbie, Freeze by powiedział
Że te pomysły pobudzają Twoje zmysły... skillsy
I trzy typy nie śpiących po zmierzchu
Tych co płyną, toną i topielców
W pojęciu tym liczę nas już, wróćmy do czasów
Gdy łasuch Biggie nawinął, że jesteś nikim póki cię nie... zabiją

(tyffy tyffy, tyffy)

Ich oczy czarne jak czarne obstawione
Wypada czerwone i game over
Życie bocznym torem, potem czekają na moment
Gdy wskoczy na swoje miejsce jak kulka na pole
I jak Napoleon przejmie kontrolę nad tym co nie należy do was,
Popatrz, trwa passa, passe lub manque, gra va banque
To jebana obsesja jak detektyw Monk
Pieniędzy brak, hajs wisi w próżni, długi męczą
Na złotówki, funty? – wszystko jedno
Chciałoby się tutti-frutti – na pewno
Więc zło kusi kumpli ze mną
Getto i multi-kulti terror
I rap z górnej półki, póki z zewnątrz
Patrzę na to wszystko
Narkołyków na odwyku
Psajko-typków na głośniku
Szarą nicość na chodniku
Naszą przyszłość... teraz wierz mi, bo sięgam z głębi
Widzę w kłębach presji, tych samych błędach co niegdyś
Objęciach szczęśliwych dni, melanż sesji
I objęciach smierci, wjeżdżam w ten bit
Biegan, Steryd, jak Jessie i Walter White
Masz tu komplet prawd i konkret track
Dokończę go kiedyś tam...

(tyffy tyffy tyffy tyffy)