Ciekawe czasy, z
prasy obok kasy w sklepie
Kosy, rasy,
wiary, islamscy kaci, ja w drodze do pracy, bo biedę klepie
Ten co nic nie
robi, jest w niewoli, a potem życie boli
A gdy jest hajs
jest gra, partnerka, Amsterdam na bletkach i pasterka na święta
Napieprzam w
rapie bo mi sie tak uroiło, jednych uczyniło szumowiną innych umocniło
Wybiła godzina
duchów, miasto w puchu
Odpierdalasz
Morfeuszu, chcę snu, szum dwustu dwudziestu dwóch winyli
Plus Shura,
czarnuchu, chcę snu! Już mi odpierdala od tych buchów
To nie rap o
prochach, to rap o jointach
Badżanga była
dobra jak jamajska fajka do bonga z bambusa
I plantacja na
działkach i w krzakach a nie w uncjach
Dziś miejska
dżungla wkurwia
I myślę:
nie tkwij w tych czterech ścianach nudy
Chociaż masz
wersy do napisania, buty
I zamknij te
drzwi tak żeby nie trzaskać
I popatrz na
wysepki światła, no to co cię otacza.
To pokolenie JP,
jak Jan Paweł
Którego każdy
szanuje ale nikt nie naśladuje
Objęci Jednym
Prawem, dżungli, czyż nie?
Sny jak Jessie
Pinkman i Jebać Policję
Chcemy tylko Jeść
i Pić, wikt za free, Jazz i Pożyć
Głupiego Jasia
Palić, Jumać i Pierdolić
Mierzę wysoko jak
loty na księżyc
I jak Obi z pięty
Chujowi MCs
zawsze chcą kozaczyć
A mają flow jak z
reklamy płynu do naczyń
Jak Ludwig,
Bethowen, głusi na nowe nuty, co jest!?
Co jest kurwa, co
z tą Polską?
Ojczyzno moja,
ten się dowie kto Cię stracił
To już prawie
dekada na emigracji
Dekadencja i
wspomnienia dawnych lat
To widzę w tych
wysepkach jasnych plam
Jasny plan, nie
wiem co mam zrobić z moim życiem
Ale usiąde na
szczycie
Schodów jak Masta
Ace
Napiszę dla
miasta wiersz tak jak lata wstecz
Nadal trwa mecz,
lecz o inne gole
Łapaj za cash,
nieważne jakim sposobem
Olej sędziego, to
sen z którego się nie obudzisz
On trwa tu dziś,
gubisz ostrość
Łatwiej jest się
zrobić
Tak wylądujesz
mordo na ławce rezerwowych
Twarze moich
ziomów, patrzę po oczach
Co by się nie
działo, życie to gra zespołowa
Razem podołamy
każdej podbramkowej sytuacji
To AG w akcji,
jointy, kreski, haj i ognista woda, polej na raz i
Brachu, dam ci
najlepsze rymy
Bez strachu,
zaraźliwe jak epidemie grypy
Typy – licz ich
czyny, widzisz, życie to boisko
Chcę je rozjebać
jak trzęsienia w San Francisco
Lepiej pracuj na
nazwisko
Bo nie ma czasu
na naiwność
Widzę to wszystko
Wśród świateł
miasta
Dla ćpuna w kabel
dawka
Bezdomnemu park i
ławka
Miasto jak ocean
Jedni skazani by
plankton pożerać
Rekiny to pchają
w beemach
Tamci wspinają po
szczeblach, jednak hajs to morderca
Biorą haust w
oskrzela
I ponad toń bo
ziemia nowy świat otwiera
Zbieram myśli,
patrzę na wyspy
We wszystkich
bliscy zostawiają blizny
A ja już jestem
zimny przecież
Wkurwienie i
szaleństwo naprzeciw siebie...