Dziś
będzie o pewnej książce (lub książkach).
Książka
była strzałem na ślepo, leżała wciśnięta między tanią
sensację a romanse. Niestety w Anglii nie znają się na
literaturze, zwłaszcza jeśli coś jest napisane w nieznanych
hieroglifach i sprowadzone z Polskiej hurtowni. To zmusza do
poszukiwań. I w sumie dobrze, bo zdarzają się odkrycia jak to,
odkrycia porównywalne do poszukiwacza złota, który ociera pot z
czoła, macha kilofem w ostatniej rozpaczliwej próbie i widzi błysk
wśród jałowej dotychczas ziemi.
Na
pewno zna to uczucie grubas który siedział w fotelu za mną.
Przetłuszczone włosy, szary podkoszulek rozciągnięty na brzuchu o
objętości bębna od pralki. Nie zwraca uwagi na nic, wzrokiem
pożera książkę w ręku, tak jak pewnie pożera w domu niekończące
się porcje pizzy, a ser ciągnie się jak jego smutne w gruncie
rzeczy życie. Chociaż skąd mam wiedzieć? Zgaduje tylko, tak jak
wszyscy w dużym mieście, próbuję uporządkować chaos ludzi,
głosów i barw w coś co ma sens. Gość zawsze przesiaduje w tym
samym miejscu, widzę go często.
Ale
wróćmy do książki. Nazwisko autora wywoływało odległy
rezonans, jakbym powinien go znać. William Wharton. Powieść leży
jakiś czas, czeka na swoją kolej.
Porównanie
z żyłą złota jest bliskie prawdy, ale nie do końca oddaje
złożoność sytuacji. Są na tym świecie poukrywane przeżycia i
opowieści, w ludzkich głowach lub kartkach, taśmie, płótnie czy
zdjęciach. Są opowieści które są jak zwrotnice na torach. Jeśli
pociąg to nasze życie, poznanie tych historii zmienia kierunek
podróży, zmienia sposób myślenia i postrzegania świata. Wharton
to człowiek, który miał moc spisywania takich zdarzeń.
Zacznijmy
od świata, w który wejdziesz jeśli nieopacznie sięgniesz po
Stado. To lata Wielkiego Kryzysu dla amerykańskiej klasy
robotniczej. Rodzina małego Dickiy'ego Kettlesona zmaga się z
długami, później pracą i przedstawicielami fabryki, która
wyrwale tępi raczkujące związki zawodowe. Dicky jest dobrym
dzieckiem; ma nad sobą autorytet ciężko pracującego ojca, złotej
rączki, który uczy dzieciaka podstaw zawodu stolarza. Historia
rozkręca się bardzo powoli, Wharton poświęca długie strony
opisowi rodzinnych stron, niespiesznie buduje kolejne wątki,
przypomina to nieco 'Imię Róży' Umberto Eco, gdzie pierwsze
kilkadziesiąt stron odstraszy większość, aby przesiać grono
czytających do tych, którzy są wystarczająco cierpliwi, aby w
pełni docenić kolejne, genialne rozdziały.
Skoro
już o geniuszu, narracja w Stadzie jest dwutorowa, a
opowieść, która przeplata się ze wspomnieniami dziecka mówi o
geniuszu. Zycie Sture Modiga to życie wyjątkowej jednostki,
wszechstronnie utalentowanej w czymkolwiek by się nie spróbowała.
Niestety, Sture jest, jak i Dickie, naznaczony swoim pochodzeniem,
ograniczony do życia na farmie. Nabywa tam nawyk i umiejętność
rozmawiania ze zwierzętami, a te wydają się go słuchać i
rozumieć. Jego ciekawość świata rozbłyśnie, gdy pójdzie do
szkoły średniej, w wieku trzynastu lat i zainteresuje się
mechaniką i maszynami. Później przychodzi wojna, która przerywa
sielankę i na zawsze odbiera Sture beztroski uśmiech, choć nie
brawurę i Modig zostaje kapitanem, a po powrocie – kierowcą
rajdowym. Wharton czerpie z własnych przeżyć w armii by opisać
żołnierza niemal idealnego, chociaż sam nim nie był. Ale o tym
później.
Te
dwa wątki połączone są motywem przyjaźni ze zwierzętami,
przyjaźni daleko wykraczającej poza biologiczne różnice. Dickie
ratuje życie małego kotka, Kanibala, od pewnej śmierci z głodu i
odtąd są nierozłączni. Sture kupuje małe lwiątko, Tuffy'ego, od
pijanego marynarza i Tuffy zostaje jego najlepszym, choć nie jedynym
towarzyszem (później poznaje swoją przyszłą żonę). Małe
lwiątko wyrasta na dwustukilogramową bestię, która potrzebuje
pięciu kilo mięsa dziennie.
Wharton
często sugeruje podobieństwo między lwami (czy kotami w ogóle) a
człowiekiem, a robi to za pomocą pojęcia stada. Czym jest wasze
stado? Czy to rodzina, grupa przyjaciół, czy korporacja? Czy stado
dostarcza podstawowych potrzeb, pożywienia, potomstwa, zabawy,
bezpieczeństwa? I wreszcie czy jesteście gotowi walczyć za swoje
stado, polować, aby im te rzeczy dostarczyć? Jak dla mnie brzmi to
niepokojąco blisko do ludzkich, zakodowanych pragnień.
Ludzkie
zezwierzęcenie to pojęcie nieobce Whartonowi, był jego świadkiem
podczas drugiej wojny, co opisuje w innej powieści, Szrapnelu.
Żołnierze znużeni walką, ciągłym igraniem ze śmiercią,
obserwują zwycięską Armię Czerwoną. Ruscy, napędzani wódką,
plądrują okoliczne wioski, a gdzie pójdą, towarzyszy im gwałt i
rabunek. Amerykanie biora z nich przyklad.To, w połączeniu z torturowaniem schwytanych Niemców,
każe Whartonowi wątpić w człowieczeństwo, a także zadać
pytanie, czy Alianci różnią się czymś od nazistów, czy
zwycięzcy zawsze piszą swoją historię.
Tak
więc druga część Stada jest o wiele bardziej mroczna i
smutna. Jest to swoista pułapka, w ciągu poprzednich rozdziałów
czytelnik (o ile nie ma serca z kamienia) zdążył już polubić
bohaterów, utożsamia się z nimi, przeżywa ich emocje. Niestety
działa to w obie strony - a kiedy życie Modiga, który przecież
był czymś więcej niż stadnym zwierzęciem, był człowiekiem
godnym podziwu – kiedy to życie w końcu sciąga go w dół, to
boli. I wprawia w zadumę.
A
jednak wątek Dicky'ego i jego rodziny, zwłaszcza ojca, lwa i
przywódcy, jest ciepły, pełen uczucia, w jakiś sposób
odizolowany od reszty świata. Daje nadzieję i wiarę w
humanitarność, w najlepsze i najczystsze wartości.
Stado,
oprócz tego że jest znakomicie opowiedzianą, fascynującą
historią, zmienia swojego odbiorcę. Każe mu się zastanowić nad
tym, jakim jest człowiekiem, obserwować i dostrzegać detale
dotychczas ukryte przed umysłem, jakby nagle elementy układanki
dopasowały się. Nie ma lepszej rekomendacji.
Po
poranku, gdy skończyłem Stado,
w takim właśnie nastroju zadumania, poznałem Millie. To był
dobry, piękny dzień, nawet grubas przy Polskiej półce nie
wzbudzał obrzydzenia, a próbę zrozumienia. Obserwowałem ludzi
przy fontannach, a zwłaszcza ją. Siedziała za wielkim pomnikiem
Sfinksa, wyciągała papierosa, a mi strasznie chciało się palić.
Była studentką sztuki i kelnerką na drugim etacie. Pamiętam tylko
jej oczy, jak ciemne źrenice powiększały się, te oczy obiecywały,
prosiły o więcej. Przyszedłem tam również kolejnego dnia.

No comments:
Post a Comment