Thursday, 3 July 2014

Stado






Dziś będzie o pewnej książce (lub książkach).

Książka była strzałem na ślepo, leżała wciśnięta między tanią sensację a romanse. Niestety w Anglii nie znają się na literaturze, zwłaszcza jeśli coś jest napisane w nieznanych hieroglifach i sprowadzone z Polskiej hurtowni. To zmusza do poszukiwań. I w sumie dobrze, bo zdarzają się odkrycia jak to, odkrycia porównywalne do poszukiwacza złota, który ociera pot z czoła, macha kilofem w ostatniej rozpaczliwej próbie i widzi błysk wśród jałowej dotychczas ziemi.

Na pewno zna to uczucie grubas który siedział w fotelu za mną. Przetłuszczone włosy, szary podkoszulek rozciągnięty na brzuchu o objętości bębna od pralki. Nie zwraca uwagi na nic, wzrokiem pożera książkę w ręku, tak jak pewnie pożera w domu niekończące się porcje pizzy, a ser ciągnie się jak jego smutne w gruncie rzeczy życie. Chociaż skąd mam wiedzieć? Zgaduje tylko, tak jak wszyscy w dużym mieście, próbuję uporządkować chaos ludzi, głosów i barw w coś co ma sens. Gość zawsze przesiaduje w tym samym miejscu, widzę go często.

Ale wróćmy do książki. Nazwisko autora wywoływało odległy rezonans, jakbym powinien go znać. William Wharton. Powieść leży jakiś czas, czeka na swoją kolej.

Porównanie z żyłą złota jest bliskie prawdy, ale nie do końca oddaje złożoność sytuacji. Są na tym świecie poukrywane przeżycia i opowieści, w ludzkich głowach lub kartkach, taśmie, płótnie czy zdjęciach. Są opowieści które są jak zwrotnice na torach. Jeśli pociąg to nasze życie, poznanie tych historii zmienia kierunek podróży, zmienia sposób myślenia i postrzegania świata. Wharton to człowiek, który miał moc spisywania takich zdarzeń.

Zacznijmy od świata, w który wejdziesz jeśli nieopacznie sięgniesz po Stado. To lata Wielkiego Kryzysu dla amerykańskiej klasy robotniczej. Rodzina małego Dickiy'ego Kettlesona zmaga się z długami, później pracą i przedstawicielami fabryki, która wyrwale tępi raczkujące związki zawodowe. Dicky jest dobrym dzieckiem; ma nad sobą autorytet ciężko pracującego ojca, złotej rączki, który uczy dzieciaka podstaw zawodu stolarza. Historia rozkręca się bardzo powoli, Wharton poświęca długie strony opisowi rodzinnych stron, niespiesznie buduje kolejne wątki, przypomina to nieco 'Imię Róży' Umberto Eco, gdzie pierwsze kilkadziesiąt stron odstraszy większość, aby przesiać grono czytających do tych, którzy są wystarczająco cierpliwi, aby w pełni docenić kolejne, genialne rozdziały.

Skoro już o geniuszu, narracja w Stadzie jest dwutorowa, a opowieść, która przeplata się ze wspomnieniami dziecka mówi o geniuszu. Zycie Sture Modiga to życie wyjątkowej jednostki, wszechstronnie utalentowanej w czymkolwiek by się nie spróbowała. Niestety, Sture jest, jak i Dickie, naznaczony swoim pochodzeniem, ograniczony do życia na farmie. Nabywa tam nawyk i umiejętność rozmawiania ze zwierzętami, a te wydają się go słuchać i rozumieć. Jego ciekawość świata rozbłyśnie, gdy pójdzie do szkoły średniej, w wieku trzynastu lat i zainteresuje się mechaniką i maszynami. Później przychodzi wojna, która przerywa sielankę i na zawsze odbiera Sture beztroski uśmiech, choć nie brawurę i Modig zostaje kapitanem, a po powrocie – kierowcą rajdowym. Wharton czerpie z własnych przeżyć w armii by opisać żołnierza niemal idealnego, chociaż sam nim nie był. Ale o tym później.

Te dwa wątki połączone są motywem przyjaźni ze zwierzętami, przyjaźni daleko wykraczającej poza biologiczne różnice. Dickie ratuje życie małego kotka, Kanibala, od pewnej śmierci z głodu i odtąd są nierozłączni. Sture kupuje małe lwiątko, Tuffy'ego, od pijanego marynarza i Tuffy zostaje jego najlepszym, choć nie jedynym towarzyszem (później poznaje swoją przyszłą żonę). Małe lwiątko wyrasta na dwustukilogramową bestię, która potrzebuje pięciu kilo mięsa dziennie.

Wharton często sugeruje podobieństwo między lwami (czy kotami w ogóle) a człowiekiem, a robi to za pomocą pojęcia stada. Czym jest wasze stado? Czy to rodzina, grupa przyjaciół, czy korporacja? Czy stado dostarcza podstawowych potrzeb, pożywienia, potomstwa, zabawy, bezpieczeństwa? I wreszcie czy jesteście gotowi walczyć za swoje stado, polować, aby im te rzeczy dostarczyć? Jak dla mnie brzmi to niepokojąco blisko do ludzkich, zakodowanych pragnień.

Ludzkie zezwierzęcenie to pojęcie nieobce Whartonowi, był jego świadkiem podczas drugiej wojny, co opisuje w innej powieści, Szrapnelu. Żołnierze znużeni walką, ciągłym igraniem ze śmiercią, obserwują zwycięską Armię Czerwoną. Ruscy, napędzani wódką, plądrują okoliczne wioski, a gdzie pójdą, towarzyszy im gwałt i rabunek. Amerykanie biora z nich przyklad.To, w połączeniu z torturowaniem schwytanych Niemców, każe Whartonowi wątpić w człowieczeństwo, a także zadać pytanie, czy Alianci różnią się czymś od nazistów, czy zwycięzcy zawsze piszą swoją historię.

Tak więc druga część Stada jest o wiele bardziej mroczna i smutna. Jest to swoista pułapka, w ciągu poprzednich rozdziałów czytelnik (o ile nie ma serca z kamienia) zdążył już polubić bohaterów, utożsamia się z nimi, przeżywa ich emocje. Niestety działa to w obie strony - a kiedy życie Modiga, który przecież był czymś więcej niż stadnym zwierzęciem, był człowiekiem godnym podziwu – kiedy to życie w końcu sciąga go w dół, to boli. I wprawia w zadumę.

A jednak wątek Dicky'ego i jego rodziny, zwłaszcza ojca, lwa i przywódcy, jest ciepły, pełen uczucia, w jakiś sposób odizolowany od reszty świata. Daje nadzieję i wiarę w humanitarność, w najlepsze i najczystsze wartości.

Stado, oprócz tego że jest znakomicie opowiedzianą, fascynującą historią, zmienia swojego odbiorcę. Każe mu się zastanowić nad tym, jakim jest człowiekiem, obserwować i dostrzegać detale dotychczas ukryte przed umysłem, jakby nagle elementy układanki dopasowały się. Nie ma lepszej rekomendacji.

Po poranku, gdy skończyłem Stado, w takim właśnie nastroju zadumania, poznałem Millie. To był dobry, piękny dzień, nawet grubas przy Polskiej półce nie wzbudzał obrzydzenia, a próbę zrozumienia. Obserwowałem ludzi przy fontannach, a zwłaszcza ją. Siedziała za wielkim pomnikiem Sfinksa, wyciągała papierosa, a mi strasznie chciało się palić. Była studentką sztuki i kelnerką na drugim etacie. Pamiętam tylko jej oczy, jak ciemne źrenice powiększały się, te oczy obiecywały, prosiły o więcej. Przyszedłem tam również kolejnego dnia.

No comments:

Post a Comment