Znam
sekret sztuki co im zerwie struny
Nie
zdradzę receptury, na kartce kreślę runy
Wdycham
gęste chmury, masz to bez cenzury
A
te we megle tłumy, ich świat jest zepsuty
To
bezsens który wessie głupich
Jak
czerwie z Diuny, wiesz, wiecznie suszy
Tych
Perseuszy pod spojrzeniem Meduzy.
Gdy
wyboru nie masz za nic masz kwestię zguby
Nie
możesz, jak Piłat, umyć ręce od próby
Chcę
więcej muzy aż zapłoną w mieście łuny
Gdzie
częste próby znaleźć szczęście gubi
Niejeden,
efekty, skutki jak kręgi na wodzie
Poszerzają
się codzień, ja tylko robię swoje
I
tylko tęsknię głupi do jej miękkiej skóry
Patrzę
bezsennie w sufit, ale sen nie cuci,
kurwa
co jest!?
(bez)
(bezsens)
(bezcel)
(bez
niej)
(bezsen)
(bezsenność)
Zamiast
zegarka cyka hajhet, już po drugiej
Siadam
zaczynam pisać bo i tak dziś nie usnę,
Spojrzenie
nieufne, ciasne masy ludzkie
W
mieście, tu gdzie znaleźć kąt swój trudniej
To
jak grać w dziada w budce telefonicznej
Celem
zdobyć te hajsy, niech płyną jak Jangcy.
Każdy
tak patrzy i jebać skrupuły
Każdy
marny pucybut chce fortuny.
Widzę
w mroku wyrastające kontury miasta
Myślę
o podróży, miasto nas zniewoliło,
Gdzieś
tam Jezus z Rio obejmuje zachodzące słońce,
Które
za parę godzin dotknie ulic
Rozpocznie
który to już dzień w dzień toniemy w robocie,
Udając
że to nie my gonimy w peletonie,
Rymy
w telefonie, bezsenne nocne myśli
Cenie
sobię te chwile jak żadne inne wiesz?
To
takie dziwne...

No comments:
Post a Comment