Monday, 30 June 2014

Moralniak


Leci to zawsze tak; klatka schodowa
Zerwana banderola, wszyscy razem; mowa...
Zebrane młodych alkoholików
Hołd dla nawyków, procentowych zastrzyków...­


Moralniak. Czy istnieje gorsze słowo? Fleszbeki. To jest gorsze. Siedzisz se kurwa normalnie na kanapie, czy gdzie tam przesiadujesz, paranoja zżera cie, jak i świadomość że jesteś na krawędzi prawdziwych kłopotów, całkiem blisko dna, tak blisko że już prawie możesz je sobie wyobrazić. Syf wszędzie, właściwie już dawno straciłeś chęć działania konieczną żeby sprzątać, na stole butelki po piwie, kieliszki, wiecej butelek, przyprószone lustro pod łóżkiem, papiery, gary, widelec, czysty, żeby otwierać pokój obok jak wszyscy idą do pracy, a wczoraj...

Wczoraj nie było. To musiał być kto inny, czy to się dzieje naprawdę, to musi być film, pojebany fiilm chory świat, ja jestem w nim, fuck. Za oknem na ulicy krzyczy jakiś czarny, na pewno, tylko oni w ten sposób drą japę, krzyczy:

-Where are you going!? - i to mi się wkręca, jakby rozbrzmiewało echem w mojej głowie, źle się wkręca, przez cały czas mam wrażenie niepokoju, nadchodzącej katastrofy. Łamie w krzyżu, po tym co odpierdalałeś, chociaż tak naprawdę nie chciałeś bo nie wiedziałeś co się stanie. Ty odpierdalałeś, nazywany drugim ja, szóstym zmysłem, nienarodzonym bratem, Fetus in Fetu. Bo to nie mogłem być ja.
 
Marzę żeby zapaść się pod ziemię, zniknąć, wyjazd dobrze by zrobił, podróż leczy duszę, a ja mógłbym zacząć od nowa, ale wiem że to nierealne. Nieopłacona chata, dwa funty w kieszeni, czapka, po chuj ci ta czapka teraz, przydałaby się wczoraj kiedy urwał się film i wracałeś slalomem...

To się nie zdarzyło. Zielone walczy twardo o dominację nad umysłem, ale tym razem ciężko idzie, bo w głowie zostało jeszcze wystarczająco instynktu przetrwania żeby wyła na alarm. Karta debetowa z namalowanym koniem. Koń już dawno okulał. Można powiedzieć że złamał nogę i teraz patrzy w lufę strzelby. Zupełna pustka, dno i metr mułu, cały czas te obrazy w głowie, jak bardzo bym chciał żeby wczorajsza noc się nie zdarzyła, zdjęcia, Boże, tam były zdjęcia. Nerwowo obgryzam paznokcie i rozglądam się przy każdym dźwięku. Retrospekcje nie dają spokoju, twarze znajomych osób, ich głosy wydają się pełne politowania, już nawet nie złości. Chciałbym je odpędzić, zastąpić filmem, fikcją, ale gdzieś zniknęła karta z karnetem na filmy, nawet nie moja, mojego brata.

Co za wtopa. Nie da się zaprzeczyć że ty niszczysz życie mi. Więc któryś z nas będzie musiał ustąpić. Jeśli ja, ten prawdziwy, bez otoczki uzależnień i frustracji, ustąpię kompletnie, wtedy daję ci góra pięć lat życia i to nie będą dobre lata.

Więc myślę że zamknę cię w małym szczelnym sejfie, ustawię zamek na losowe cyfry i zostawię. W międzyczasie znajdę pracę i zaszyje się w domu w wolnych godzinach, bez ciebie. Chwycę się każdego możliwego sposobu żeby dojść do zera, jak w tym filmie Back to 0. A później wyjadę i wyrzucę sejf do jakiegoś jeziora. Albo morza. Jeśli z tego potrafisz się uwolnić, droga wolna, ale nie wracaj. Przynajmniej na razie.

Zaczynam pojmować stan umysłu Phillipa K.Dicka i to niepokojąca myśl jeśli prześledzić, choćby pobieżnie, jego życiorys. Rzeczywistość opisana przez Dicka jest... niestabilna, spisana oszczędnie jakby była snem. Przeważającym motywem, powtarzanym w wielu powieściach, jest stara filozoficzna idea świata jako iluzji, pod którą kryje się prawdziwa rzeczywistość. Często iluzje te są zrywane (lub zakładane, jak opaska na oczy) przez narkotyki. Często zauważam ten motyw u siebie jeśli raz na ruski rok napisze opowiadanie, wspaniale użył Lem tego pomysłu w 'Kongresie Futurologicznym'. 

Swoją drogą, w tym małym getcie fantastyki krąży pewna miejska legenda o tym jak Dick wysłał kilka listów do amerykańskich agencji wywiadowczych, z informacją że Stanisław Lem nie może być prawdziwą osobą, gdyż w jego twórczości jest za dużo wiedzy i ekspertyzy z dziedziny fizyki, nauki, matematyki i elektroniki, by cały ten miszmasz pomieścić w jednej głowie. Zdaniem Dicka Lem był naprawdę zespołem radzieckich techników, którzy z sobie znanych powodów publikowali literaturę sci-fi. Ale wracając do tego pierwszego, to chyba znowu zanurzę się w jego świecie, a raczej światach, bo potrafi je kreować w niepodrabialny sposób. Poza tym miał zajebiste tytuły, tym pewnie przyciągał ludzi, bo jako pisarz nikt nie zarobi bańki, chyba że jest geniuszem, jest sławny albo płodzi mdłe miękkie pornosy dla niedoruchanych żon. Ale jak tu się nie uśmiechnąć widząc książkę zatytułowaną The Man Whose Teeth Were All Exactly Alike, lub Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?W powieści którą właśnie zacząłem główny bohater wraca do miasteczka ze swojego dzieciństwa, by odkryć że zmieniło się. Nie tak jak zazwyczaj zmieniają się małe miasteczka, tu padnie pub, tam zbudują kino, tu staruszka kopnie w kalenarz a tam rodzina wyjedzie za chlebem... Nic z tych rzeczy. Miasto jest kompletnie inne, nie do rozpoznania, po uliczkach spacerują czasem duchy z miasteczka przed CZYMŚ co się stało, zmianą, a bohater odkrywa swój nekrolog w archiwach lokalnej gazety. Napotkany chłopiec ma moc kontrolowania pająków, rozmawiania z nimi i tworzenia golemów z gliny, które ożywają. Wyjazd z miasta jest zablokowany przez nieznane siły, które roztaczają pieczę nad okolicą. Brzmi wystarczająco dziwnie?

Pisarz. Wymawiam to słowo na głos, z lekką dozą ironii, smakuje je w ustach. W mieście jest nawet wannabe raper o ksywie Pisarz. Nigdy nic dobrego nie napisał. Ale autorzy tacy jak Dick dają mi nadzieję na to że można tworzyć po swojemu, nawet nie będąc wielowątkowym znawcą ludzkiej duszy jak Stephen King, ani wyczyniać cuda z językiem jak Szekspir, ani satyrą atakować władzę, jak Orwell, ani mieć rozległej wiedzy o świecie jak Michael Crichton. Wystarczy mieć coś w głowie. Tylko i aż.

Uśmiech. Długo to zajęło, ale pisanie pomaga, to trochę jak terapia. Zastępuje pozrywane synapsy nowymi połączeniami, bodźcami. A pisanie historii to nieograniczona wolność każdego czynu, każdej myśli. To wszechświat zamknięty między literami, a potem rzucony, jak ziarnko piasku, na wydmę, do miliardów podobnych, lecz innych światów. To wydma otoczona miliardem podobnych, ale nieznacznie innych wydm. To wydmy tworzące planetę i planeta tworząca z innymi kolejne uniwersum, być może zamknięte w czyjejś głowie. I tak dalej.

Ale wróćmy do tematu bo trzeźwieję. Tym tematem musi być alkoholizm, nie da się odkładać tej kwestii w nieskończoność. Ciężko mi już zaglądać głębiej w meandry własnej psychiki, gdyby każdy wiedział wszystko o sobie to by Sigmund nie był Freudem. Zamiast tego stworzę mały profil, szkic człowieka jakim jest Z., mojego kumpla, kto wie czy nie jedynego prawdziwego. Śpi właśnie w pokoju obok, a strzałka na malutkim liczniku w jego głowie powoli cofa się w dół, jak ciśnienie w piecu. Strzałka mierzy promile i od piątku była w strefie czerwonej, a teraz zeszła w okolice dwójki. To Z. nauczył mnie palić, po części też pić ale tak naprawdę niczego się nie nauczyłem. Jest szczęśliwy kiedy pije, zwłaszcza że lubi być między ludźmi i nie zatracił jeszcze tej iskry spontaniczności i ciekawości do świata którą gubię ostatnio u siebie, tak jak gubię ostrość. Pije od jakiegoś czasu codziennie, ogólnie to myślę że jakoś od 12 roku życia. Chociaż ciężko pracuje, to rzucił szkołę kompletnie i zdobywał wiedzę gdzie indziej. Wypłaty uciekają mu na melanże, a da się przepić tygodniówkę w dwa dni... Też mam ten etap częściowo za sobą, a być może i przede mną, jeśli okaże się że nic innego nie potrafię. Robotnicze życie, picie-robota-robota-picie. On ma przynajmniej to; na dzień dzisiejszy ja daje w palnik nie zarabiam, życie na kredycie.

Chodzi mi o to że Z. Jest jakby stworzony do bycia alkoholikiem i doskonale, z dystansem, wchodzi w tą rolę. Jest dobrym człowiekiem, pod wieloma względami zna życie lepiej niż ja, chyba najlepszym określeniem byłyby słowa pewnego czarnego : as alive as it gets. To ten typ który wpadnie ci na melanż, rozkręci go, narobi trzody a później jeszcze wydupczy siostrę/dziewczynę gospodarza. Zawdzięczam mu to , że nie popadłem w totalne załamanie nerwowe i samotność, lub nie stałem się sztywnym, społecznym inteligentem, który nigdy nie musi dorastać ani przeżywać pewnych trudnych sytuacji, dokonywać trudnych wyborów, bo jest zamknięty we własnej akademickiej bańce. Jeśli ceną za to będzie zaszczepiona miłość do butelki, to jesteśmy kwita,. Ale ten tryb życia zaczyna wywierać na niego wpływ i w dobitny sposób pokazuje, że zaśmiecając nasze mózgi i organizmy, nie dostaliśmy części zamiennych. Z. Ma początki astmy, zajechaną wątrobę i głowę zamknięta w pewnym schemacie. Zły wpływ, jak powiedzieliby rodzice, czy ktoś z zewnątrz, ktoś wścibski. Ale przyjaciół się nie wybiera i tak czy siak zostają. B.s.n.t. I współczuję jeśli nie wiesz co to znaczy.


Więc co z tym alkoholem? To takie Polskie. Picie, pijaństwo, pijak, świnia, szyyyja, dwie flaszki w spodniach to chyba żadna zbrodnia... Każdy zaczyna inaczej ale w niedzielę kończy tak samo. Cykl moralniaka powoli dobiega końca, żeby zmienić się w powrót do rzeczywistości, twardy jak lądowanie chybotliwą awionetką. Czas spać, za dużo ostatnio śpię, ale czuję jakby nie było nic lepszego do roboty, wolę sen od jawy. Lekkie załamanie nerwowe, coś w tym stylu. Dobranoc.

No comments:

Post a Comment