Leci to
zawsze tak; klatka schodowa
Zerwana
banderola, wszyscy razem; mowa...
Zebrane
młodych alkoholików
Hołd dla
nawyków, procentowych zastrzyków...
Moralniak. Czy istnieje
gorsze słowo? Fleszbeki. To jest gorsze. Siedzisz se kurwa normalnie
na kanapie, czy gdzie tam przesiadujesz, paranoja zżera cie, jak i
świadomość że jesteś na krawędzi prawdziwych kłopotów,
całkiem blisko dna, tak blisko że już prawie możesz je sobie
wyobrazić. Syf wszędzie, właściwie już dawno straciłeś chęć
działania konieczną żeby sprzątać, na stole butelki po piwie,
kieliszki, wiecej butelek, przyprószone lustro pod łóżkiem,
papiery, gary, widelec, czysty, żeby otwierać pokój obok jak
wszyscy idą do pracy, a wczoraj...
Wczoraj nie było. To
musiał być kto inny, czy to się dzieje naprawdę, to musi być
film, pojebany fiilm chory świat, ja jestem w nim, fuck. Za oknem na
ulicy krzyczy jakiś czarny, na pewno, tylko oni w ten sposób
drą japę, krzyczy:
-Where are you going!? -
i to mi się wkręca, jakby rozbrzmiewało echem w mojej głowie, źle
się wkręca, przez cały czas mam wrażenie niepokoju, nadchodzącej
katastrofy. Łamie w krzyżu, po tym co odpierdalałeś, chociaż tak
naprawdę nie chciałeś bo nie wiedziałeś co się stanie. Ty
odpierdalałeś, nazywany drugim ja, szóstym zmysłem,
nienarodzonym bratem, Fetus in Fetu. Bo to nie mogłem być ja.
Marzę żeby zapaść się
pod ziemię, zniknąć, wyjazd dobrze by zrobił, podróż
leczy duszę, a ja mógłbym zacząć od nowa, ale wiem że to
nierealne. Nieopłacona chata, dwa funty w kieszeni, czapka, po chuj
ci ta czapka teraz, przydałaby się wczoraj kiedy urwał się film i
wracałeś slalomem...
To się nie zdarzyło.
Zielone walczy twardo o dominację nad umysłem, ale tym razem ciężko
idzie, bo w głowie zostało jeszcze wystarczająco instynktu
przetrwania żeby wyła na alarm. Karta debetowa z namalowanym
koniem. Koń już dawno okulał. Można powiedzieć że złamał nogę
i teraz patrzy w lufę strzelby. Zupełna pustka, dno i metr mułu,
cały czas te obrazy w głowie, jak bardzo bym chciał żeby
wczorajsza noc się nie zdarzyła, zdjęcia, Boże, tam były
zdjęcia. Nerwowo obgryzam paznokcie i rozglądam się przy każdym
dźwięku. Retrospekcje nie dają spokoju, twarze znajomych osób,
ich głosy wydają się pełne politowania, już nawet nie złości.
Chciałbym je odpędzić, zastąpić filmem, fikcją, ale gdzieś
zniknęła karta z karnetem na filmy, nawet nie moja, mojego brata.
Co za
wtopa. Nie da się zaprzeczyć że ty niszczysz życie mi. Więc
któryś z nas będzie musiał ustąpić. Jeśli ja, ten
prawdziwy, bez otoczki uzależnień i frustracji, ustąpię
kompletnie, wtedy daję ci góra pięć lat życia i to nie
będą dobre lata.
Więc
myślę że zamknę cię w małym szczelnym sejfie, ustawię zamek na
losowe cyfry i zostawię. W międzyczasie znajdę pracę i zaszyje
się w domu w wolnych godzinach, bez ciebie. Chwycę się każdego
możliwego sposobu żeby dojść do zera, jak w tym filmie Back to 0.
A później wyjadę i wyrzucę sejf do jakiegoś jeziora. Albo
morza. Jeśli z tego potrafisz się uwolnić, droga wolna, ale nie
wracaj. Przynajmniej na razie.
Zaczynam
pojmować stan umysłu Phillipa K.Dicka i to niepokojąca myśl jeśli
prześledzić, choćby pobieżnie, jego życiorys. Rzeczywistość
opisana przez Dicka jest... niestabilna, spisana oszczędnie jakby
była snem. Przeważającym motywem, powtarzanym w wielu powieściach,
jest stara filozoficzna idea świata jako iluzji, pod którą
kryje się prawdziwa rzeczywistość. Często iluzje te są zrywane
(lub zakładane, jak opaska na oczy) przez narkotyki. Często
zauważam ten motyw u siebie jeśli raz na ruski rok napisze
opowiadanie, wspaniale użył Lem tego pomysłu w 'Kongresie
Futurologicznym'.
Swoją drogą, w tym małym getcie fantastyki krąży
pewna miejska legenda o tym jak Dick wysłał kilka listów do
amerykańskich agencji wywiadowczych, z informacją że Stanisław
Lem nie może być prawdziwą osobą, gdyż w jego twórczości
jest za dużo wiedzy i ekspertyzy z dziedziny fizyki, nauki,
matematyki i elektroniki, by cały ten miszmasz pomieścić w jednej
głowie. Zdaniem Dicka Lem był naprawdę zespołem radzieckich
techników, którzy z sobie znanych powodów
publikowali literaturę sci-fi. Ale wracając do tego pierwszego, to
chyba znowu zanurzę się w jego świecie, a raczej światach, bo
potrafi je kreować w niepodrabialny sposób. Poza tym miał
zajebiste tytuły, tym pewnie przyciągał ludzi, bo jako pisarz nikt
nie zarobi bańki, chyba że jest geniuszem, jest sławny albo płodzi
mdłe miękkie pornosy dla niedoruchanych żon. Ale jak tu się nie
uśmiechnąć widząc książkę zatytułowaną The Man
Whose Teeth Were All Exactly Alike, lub
Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?W
powieści którą właśnie zacząłem główny bohater
wraca do miasteczka ze swojego dzieciństwa, by odkryć że zmieniło
się. Nie tak jak zazwyczaj zmieniają się małe miasteczka, tu
padnie pub, tam zbudują kino, tu staruszka kopnie w kalenarz a tam
rodzina wyjedzie za chlebem... Nic z tych rzeczy. Miasto jest
kompletnie inne, nie do rozpoznania, po uliczkach spacerują czasem
duchy z miasteczka przed CZYMŚ co się stało, zmianą, a bohater
odkrywa swój nekrolog w archiwach lokalnej gazety. Napotkany
chłopiec ma moc kontrolowania pająków, rozmawiania z nimi i
tworzenia golemów z gliny, które ożywają. Wyjazd z
miasta jest zablokowany przez nieznane siły, które roztaczają
pieczę nad okolicą. Brzmi wystarczająco dziwnie?
Pisarz.
Wymawiam to słowo na głos, z lekką dozą ironii, smakuje je w
ustach. W mieście jest nawet wannabe raper o ksywie Pisarz. Nigdy
nic dobrego nie napisał. Ale autorzy tacy jak Dick dają mi nadzieję
na to że można tworzyć po swojemu, nawet nie będąc wielowątkowym
znawcą ludzkiej duszy jak Stephen King, ani wyczyniać cuda z
językiem jak Szekspir, ani satyrą atakować władzę, jak Orwell,
ani mieć rozległej wiedzy o świecie jak Michael Crichton.
Wystarczy mieć coś w głowie. Tylko i aż.
Uśmiech.
Długo to zajęło, ale pisanie pomaga, to trochę jak terapia.
Zastępuje pozrywane synapsy nowymi połączeniami, bodźcami. A
pisanie historii to
nieograniczona wolność każdego czynu, każdej myśli. To
wszechświat zamknięty między literami, a potem rzucony, jak
ziarnko piasku, na wydmę, do miliardów podobnych, lecz innych
światów. To wydma otoczona miliardem podobnych, ale
nieznacznie innych wydm. To wydmy tworzące planetę i planeta
tworząca z innymi kolejne uniwersum, być może zamknięte w czyjejś
głowie. I tak dalej.
Ale
wróćmy do tematu bo trzeźwieję. Tym tematem musi być
alkoholizm, nie da się odkładać tej kwestii w nieskończoność.
Ciężko mi już zaglądać głębiej w meandry własnej psychiki,
gdyby każdy wiedział wszystko o sobie to by Sigmund nie był
Freudem. Zamiast tego stworzę mały profil, szkic człowieka jakim
jest Z., mojego kumpla, kto wie czy nie jedynego prawdziwego. Śpi
właśnie w pokoju obok, a strzałka na malutkim liczniku w jego
głowie powoli cofa się w dół, jak ciśnienie w piecu.
Strzałka mierzy promile i od piątku była w strefie czerwonej, a
teraz zeszła w okolice dwójki. To Z. nauczył mnie palić, po
części też pić ale tak naprawdę niczego się nie nauczyłem.
Jest szczęśliwy kiedy pije, zwłaszcza że lubi być między ludźmi
i nie zatracił jeszcze tej iskry spontaniczności i ciekawości do
świata którą gubię ostatnio u siebie, tak jak gubię
ostrość. Pije od jakiegoś czasu codziennie, ogólnie to
myślę że jakoś od 12 roku życia. Chociaż ciężko pracuje, to
rzucił szkołę kompletnie i zdobywał wiedzę gdzie indziej.
Wypłaty uciekają mu na melanże, a da się przepić tygodniówkę
w dwa dni... Też mam ten etap częściowo za sobą, a być może i
przede mną, jeśli okaże się że nic innego nie potrafię.
Robotnicze życie, picie-robota-robota-picie. On ma przynajmniej to;
na dzień dzisiejszy ja daje w palnik nie zarabiam, życie na
kredycie.
Chodzi
mi o to że Z. Jest jakby stworzony do bycia alkoholikiem i
doskonale, z dystansem, wchodzi w tą rolę. Jest dobrym człowiekiem,
pod wieloma względami zna życie lepiej niż ja, chyba najlepszym
określeniem byłyby słowa pewnego czarnego : as alive as it gets.
To ten typ który wpadnie ci na melanż, rozkręci go, narobi
trzody a później jeszcze wydupczy siostrę/dziewczynę
gospodarza. Zawdzięczam mu to , że nie popadłem w totalne
załamanie nerwowe i samotność, lub nie stałem się sztywnym,
społecznym inteligentem, który nigdy nie musi dorastać ani
przeżywać pewnych trudnych sytuacji, dokonywać trudnych wyborów,
bo jest zamknięty we własnej akademickiej bańce. Jeśli ceną za
to będzie zaszczepiona miłość do butelki, to jesteśmy kwita,.
Ale ten tryb życia zaczyna wywierać na niego wpływ i w dobitny
sposób pokazuje, że zaśmiecając nasze mózgi i
organizmy, nie dostaliśmy części zamiennych. Z. Ma początki
astmy, zajechaną wątrobę i głowę zamknięta w pewnym schemacie.
Zły wpływ, jak powiedzieliby rodzice, czy ktoś z zewnątrz, ktoś
wścibski. Ale przyjaciół się nie wybiera i tak czy siak
zostają. B.s.n.t. I współczuję jeśli nie wiesz co to
znaczy.
Więc
co z tym alkoholem? To takie Polskie. Picie, pijaństwo, pijak,
świnia, szyyyja, dwie flaszki w spodniach to chyba żadna
zbrodnia... Każdy zaczyna inaczej ale w niedzielę kończy tak samo.
Cykl moralniaka powoli dobiega końca, żeby zmienić się w powrót
do rzeczywistości, twardy jak lądowanie chybotliwą awionetką.
Czas spać, za dużo ostatnio śpię, ale czuję jakby nie było nic
lepszego do roboty, wolę sen od jawy. Lekkie załamanie nerwowe, coś
w tym stylu. Dobranoc.
No comments:
Post a Comment