Porozmawiajmy o marihuanie
Ciężkie powieki,
flash-backi, umysł lekki
Smażenie skuna poskładanego w bletki
Tak zwanego skręta, a były ich setki, tysięcy
I nie liczę ile to pieniędzy
Smażenie skuna poskładanego w bletki
Tak zwanego skręta, a były ich setki, tysięcy
I nie liczę ile to pieniędzy
Kilka lat temu Polskę obiegła
szokująca historia nastoletniego Stasia skądśtam (wybaczcie –
nie mam internetu a pamięć zawodzi). Historia ta była szokująca
dla paru gospodyń domowych nie ruszających nosa poza własną
mydlaną bańkę, bo chyba nie dla bloków. Tam takie historie
są na porządku dziennym. W każdym razie młody Staś zabił się –
powiedzmy że wyskoczył z okna. Jak ten odlotowy raper, haha, bardzo
kurwa śmieszne. Zrozpaczeni rodzice doszukiwali doszukiwali się
przyczyn nieszczęścia, ponieważ uważali pierworodnego za
spokojnego bystrzaka, który nie sprawiał problemów.
Przeglądając jego komputer i komórkę natrafili na sekret,
który sprytny smarkacz zdołał ukryć. Staś palił trawę –
palił ją z kolegami i sam, czasem nawet w rodzinnym domku, przez
okno, kiedy wszyscy spali. Palił przed szkołą, po szkole, w czasie
szkoły lub zamiast szkoły. Palił codziennie, a mimo to rodzice
nigdy się o tym nie dowiedzieli.. Swoją małą tajemnicę fundował
za kieszonkowe, czasem się składał albo pożyczał.
Właściwie to nie był skok z okna,
już sobie przypominam. Znalazła go młodsza siostra, mała
dziewczynka. Pobiegła do mamy żeby jej powiedzieć, że Staś chyba
jest chory, a kiedy matka weszła do pokoju zastała syna jak dyndał
czubkami trampek w dół i obracał się powoli, powieszony na
pasku. Chory. Na biurku leżał
list, a właściwie liścik – mógł mówić coś w
rodzaju 'nie obwiniajcie się'.
Być
może rodzice Stasia nie byli w stanie udźwigną ciężaru tragedii.
Być może nie mieli pojęcia o tym jak bawią się dzieciaki, nie
wiedzieli nic o używkach. Tak czy siak, cała wina poszła na
jointy. To uzależnienie od THC, diabelskiej, toksycznej substancji,
kosztowało Stasia życie. Taki był ich werdykt i taką wersję
podchwyciły wszystkie gazety w Polsce, używając Stasia jako
narzędzia do obrony zaostrzonej ustawy antynarkotykowej.
Chory. Być
może Staś był chory i to jeszcze zanim jego szyja nabrała sinego,
trupiego odcieniu. Chociaż dobrze się uczył i grał na gitarze, to
miał również problemy psychiczne, zdiagnozowaną depresję,
leczoną farmaceutycznie. Media zamiotły tą kwestię pod dywan,
podobnie jak i skład leków którymi faszerowano Stasia.
Kto wie co okazało się groźniejsze dla jego rozwijającego się
mózgu: zioło z ulicy, doprawiane chemikaliami, dopalaczami,
cukrem i siarką, czy psychotropy z gabinetu lekarza?
Prawda, jak to
często bywa, leży gdzieś pośrodku. Nie zamierzam wycierać sobie
gęby czyjąś tragedią, aby prowadzić krucjatę w którąkolwiek
stronę, bo wiem co ten chłopak musiał czuć. Zapytacie: skąd ta
wiedza i pewność? Otóż w jakimś stopniu mogę się ze
Stasiem utożsamiać, jestem chłopakiem, którego pętla pękła
w ostatniej chwili, po to żeby mógł żyć dalej.
Nie daj się wciągnąć w letarg
marichuany...
Niech da Tobie dobroć a nie głowie
Twej zmiany...
Nie daj jej zawładnąć nad Twoją
wolną wolą (wolną wolą)
Pal ją i pal lecz trzymaj to pod
kontrolą (pod kontrolą)
Gdy
budzę się rano (często oznacza to koło południa) oczy mocno
pieką. Rzut oka w lustro tylko pogarsza sprawę. Są zazwyczaj
opuchnięte, otoczone siecią zmarszczek których nie powinno
być – nie w wieku dwudziestu jeden lat! - zwężone w szparki i
zalane krwią, tak że wszystko co widzę jest za lekką irytującą
mgiełką. Dalszy rekonesans nie przynosi ulgi; idąc od oczu w głąb
czaszki, odkrywam w głowie absolutną, nieskazitelną pustkę. Trwa
to może piętnaście minut i wcale nie chodzi o to że nie chce mi
się myśleć. Po prostu jest tylko szum, jak na pustym kanale, a
światło jest nie do zniesienia, zbyt intensywne, a świat na
zewnątrz wydaje się obcy, jakby widziany na filmie.
Często mam takie
wrażenie na jointowym kacu, jakbym to nie ja sterował swoim ciałem.
Przypomina to nieco wspaniałe opowiadanie Roberta Silverberga,
zatytułowane 'Pasażerowie'. Jest to niepokojąca wizja świata po
inwazji obcych. Obcy są niewidzialni, nie można ich dotknąć ani
wyczuć, ale od czasu do czasu przejmują kontrolę nad umysłami
przypadkowych ludzi. Są wtedy Pasażerami wewnątrz ludzkiego
ciałami robią z nim co tylko zechcą, pozbawiając ofiarę wolnej
woli. Mimo tego życie toczy się dalej; ludzie uczą się panować
nad chaosem towarzyszącym świadomości, że w każdej chwili mogą
zostać przejęci, na godzinę, tydzień lub rok. Adaptują się do
nowej rzeczywistości, szerokim łukiem omijają wszystkich, którzy
wyglądają na 'kierowanych'. Cogito Ergo Sum, wiara w wolną wolę
i wiara w duszę zostają unicestwione za jednym zamachem.
Life's a bitch
and then you die
Thats why we get high
'Cause you never know when you
gonna go...
Ale wróćmy
do tematu. Często nie mogę się skoncentrować na prostych
codziennych obowiązkach,, zapominam daty, imiona i miejsca. Kiedyś
zapisywałem sobie cele i zadania, ale to niewiele pomagało.
Rozmawiając zdarzają się momenty pauzy, kiedy wpatruję się w
przestrzeń nie mówiąc nic. Zdarza się że długo myślę
nad odpowiedzią na pytanie, lub nie wiem co powiedzieć gdy ktoś
mnie zaskoczy.
Wszystkie te
objawy mają jeden wspólny mianownik, czyli nieustanne
palenie. To już prawie cztery lata od kiedy robię to na porządku
dziennym. To stało się jakoś nagle, poprzez wakacje. Zawsze byłem
zdania że największe życiowe zmiany zachodzą w letnie wakacje. To
wtedy brzydkie kaczątka przechodzą metamorfozę, gówniarze
nagle rosną o głowę, a dziewczyny się z bezpłciowych, dziwnych
stworzeń w zaokrąglone, umalowane nastolatki.
Z zewnątrz
wyglądałem na ostatnią osobę, która mogłaby jarać, więc
ani nauczyciele, ani większość znajomych nie zdawała sobie sprawy
że często chodziłem na przerwach na śmiesznego, zielonego
papieroska. Zresztą wtedy fazy były inne; świeży, niedoświadczony
organizm przede wszystkim próbuje walczyć z nieznaną
substancją, w efekcie początkującym ciężko naprawdę się
upalić. Ich reakcja to bardziej placebo, ludzie wkręcają sobie ,
że stanie się nie wiadomo co. No chyba że weźmiesz za dużo,
wtedy, nie ma przebacz, czekają cię ciężkie chwile.
Miłość do
zielonego pokrywała się mniej więcej z czasem kiedy odkryłem też
miłość do muzyki. Ganja otwiera umysł i zmysły na nowe bodźce.
Następuje wtedy zjawisko lekkiej synestezji, to znaczy pomieszania
zmysłów. Dźwięk zdaje się być odbierany nie tylko uszami,
ale całym ciałem; masz wrażenie jakby muzyka miała kolor, smak i
zapach.
Wtedy ani mnie,
ani koleżkom, nie trzeba było aż tak dużo. Bywało że torba
starczała na trzy dni. Niepostrzeżenie jaranie stało się dla nas
ważne, przestało być pretekstem do spotkania, a stało celem
spotkania. Paliłem blanty na imprezach, kiedy grałem w piłkę,
przed snem i kiedy szedłem na siłkę. Spaliłem całego gibona
podczas mojej pierwszej prawdziwej randki.
Jest
nas wielu, w sensie palaczy i zazwyczaj dobrze się dogadujemy.
Skruszyć topę i zwinąć ją w bletkę – to zajebisty sposób
na relaks, uwalnia od nerwów i wkurwień, no i po prostu jest
dobre. Ale lata zniekształcania płuc prowadzą do zahamowania
pewnych procesów, jak dorastania, budowania zaufania i
znajdowania motywacji. Będąc nastukanym zazwyczaj trzymasz się z
ludźmi których znasz, którzy są sprawdzeni, zajmujesz
się rzeczami które są już sprawdzone i znane. Jak inżynier
Mamoń z 'Rejsu'. Wreszcie dochodzą do tego schizy i paranoje, bo
dobre zioło daje wrażenie telepatii; instynktownie wyczuwasz
nastrój osób naokoło, to coś w rodzaju empatycznego
radaru. Łatwo o zamyślenie, odłączenie się od stada jak kra od
lodowca, niesiony na fali myśli, poprzez tunel świadomości który
prowadzi donikąd, ale czasami pozwala ocenić kwestię, lub problem
z innej perspektywy. Albo o nim zapomnieć.
Cztery lata to kupa czasu. Co gdyby to
zostawić, tak po prostu, przejść na cold turkey,
przestać marnować produktywny czas na odmienny stan świadomości,
tak znajomy a zarazem ograniczający? Czy ten wewnętrzny głos,
który nie daje zasnąć bez filmu, książki, czystej kartki,
zniknąłby, obumarł bez tej szczególnej witaminy, czy też
wręcz przeciwnie, odrodziłby się jak Feniks, uwolniony od kajdan?
Czy wróciłyby sny? Po ziole nic się nie śni, mózg
smażony na patelni jest zbyt zajęty trawieniem myśli i wspomnień.
Czy byłbym w stanie zacząć żyć normalnie, odpowiedzialny nie
tylko za siebie ale i drugą osobę, zamiast prowadzić podwójne
życie?
Tetrahydrokanabinol
zostaje w organizmie przez długi czas. Wypłukanie go z krwiobiegu,
umożliwiające zdanie testu narkotykowego, zajęłoby w tym
przypadku kilka miesięcy. W cebulkach włosów pozostaje na
zawsze, na szczęście tego typu test jest obecnie zbyt drogi.
Komórki się odradzają, chociaż prawdopodobnie już nigdy
nie będę taki jak przedtem. I prawdopodobnie nigdy tego nie rzucę,
nie w pełni.
Tu w puli nasza przyszłość, sam
kręcisz bletką
A jakby coś nie wyszło to Twój
stres i piekło.
Ty mi nie pierdol bo każdy chce
się odciąć
Tylko nie wie po co, od czego i
odkąd.
Sam
już nie wiem co mam Wam powiedzieć, jest wpół do czwartej
nad ranem. Sens tego tekstu zaginął gdzieś po drodze. To jeszcze
jedna cecha skuna, ciężko dokończyć zaczęte projekty kiedy
zajawka mija.
Zawsze mnie zastanawiało, czy nie byłoby mi łatwiej pisać w, jak to nazywasz, odmiennym stanie świadomości. Czasem brakuje weny, ale wena nie istnieje. Czasem nic się nie chce, a i tak trzeba.
ReplyDeletePamiętam, jak kiedyś spędzałam sporo czasu na medytacji - nie w sensie wyciszenia się, bo nie o to chodziło. Oczy zasnute mgłą, zlewające się zmysły, trans, z którego nie możesz się wybudzić i poczucie, że nagle wiesz więcej od innych. Jakże złudne. A od palenia różni się tylko tym, że nie psuje zdrowia fizycznego - bo psychikę chyba jeszcze bardziej.
Pamiętam, że kiedy wokół palono, ja byłam dumna z tego, że w taki sam stan umiałam się wprowadzić sama. Z czego tu być dumną - teraz już nie mam pojęcia, choć pamiętam, że był on nadzwyczaj przyjemny. Na początku niemalże jak wspomniany przez ciebie.
Mam wielu znajomych, którzy siedzą w tym od dawna i rzucać nie zamierzają. Skoro mózg i tak jest już zielony, może faktycznie nie warto?
Dziekuje za komentaz, pierwszy tutaj i odrobine niepokojacy. Slyszalem wiele o medytacji, ale jeszcze wiecej o snach. Probowalas kiedys dziennika snow? To pierwszy krok do rzeczy pozadanej przez wielu - wladzy nad kraina Morfeusza. Dalej jest wrazenie podrozy w ciele astralnym, czyli bezcielesnie, co prowadzi do strasznych implikacji. Co jesli osoba, ktora wybierze sie w taka podroz, nie wroci, a ktos zamieni sie z nia miejscami? Czy to mozliwe, ze na tym polega opetanie?
ReplyDeleteZ jednym sie nie zgadzam. Wena istnieje, nie jako platoniczny byt, ale jako promien slonca padajacy na trawe, jako rozmowa z bliska osoba, jako zdarzenia ktore nas ksztaltuja. Jest lokomotywa napedzana przez zycie, najlepsze paliwo.
Dziennik nigdy nie był mi potrzebny, świadome śnienie przyszło zaraz po ćwiczeniach telepatii (niestety udanych), a później były już tylko senne paraliże. Paskudne uczucie, jak ktoś ma słabe nerwy podobno idzie się nawet zabić przez sen (osoba nie może się obudzić, serce bije, nie można się ruszyć, zbyt szybki oddech, panika, zawał). Historia zna takie przypadki.
DeleteJeśli dobrze pamiętam, po ostatnim LD paraliże występowały jeszcze przez dwa lata. Podróż do wnętrza siebie fajna, jest co opowiadać, człowiek czuje się wyjątkowy, ale psychika zjechana doszczętnie.
Co do OBEE, nigdy mnie - na szczęście - nie ciągnęło. Choć podobno każdy o tym marzy. Wyjść z ciała, hm. Też zawsze mnie zastanawiało to, że można by już nie wrócić...