Porozmawiajmy o hazardzie
Weź nią zakręć
I tak nie masz wpływu
na to
Co ci wypadnie
I choćbyś oszukiwał i
grał
To cię dopadnie
I choćbyś bardzo
chciał
Zatnie się w pewnym
momencie gdy będziesz spał
Rekord: Ruletka
W 'Wielkim Marszu' Stephena Kinga
rozgrywa się widowisko jakiego jeszcze nie znał świat. Setka
wybrańców skazuje samych siebie na śmierć – przed startem
każdy zdaje sobie sprawę że stawka jest najwyższa z możliwych.
Dzieje się pozornie niewiele; cała rzecz polega na pieszej wędrówce
po szerokim asfalcie stanu Maine, a później równie
szerokiej autostradzie międzystanowej, autostradzie prowadzącej
donikąd, jako że dziewięćdziesięciu dziewięciu spośród
setki nie dożyje finału. Podczas trasy nawiązane zostaną
przyjaźnie, te najtrwalsze z możliwych bo zawarte w obecności
kostuchy, która łakomym wzrokiem obserwuje zmagania
szesnastoletnich chłopaków, to jak z minuty na minutę,
godziny na godzinę, ich twarze przechodzą metamorfozę. Zmieniają
się z pełnych na puste, z rumianych na szare, z młodych na stare,
w miarę jak trasa wykańcza ich wolę, umysł i ciało.
Zmniejszenie prędkości poniżej
sześciu mil na sekundę oznaczało czerwoną kartkę – serię z
karabinu na oczach reszty.
Chociaż wiedzieli o zasadach
zdecydowali się dobrowolnie, nawet bez konkretnej wiedzy o
nagrodzie. Raz jest to jedno dowolne życzenie, raz miliard dolarów
(rzeczy nie oszukujmy się, porównywalne), jakby samego Kinga
nie obchodziła perspektywa nagrody. Na głównego bohatera,
Raya Garraty'ego, stawka wynosi dwanaście do jednego, ale do czasu
gdy marsz dochodzi do ostatniej dwunastki, Ray wie już, że wszyscy
są przegrani, skazani.
Chociaż nikt im nie kazał, zagrali
najcenniejszym co mieli na niemożliwy zakład. Spośród stu
pól postawili na zero, chociaż zerami bynajmniej nie byli, a
przynajmniej nie wszyscy.
Jest piąta rano i nie mogę spać bo
chciwość odebrała mi rozum.
To był piękny dzień, dobry dzień,
w krótkich spodniach szedłem po zakupy na cały tydzień. W
głowie lekka wydmuszka z dnia poprzedniego. Zamyśliłem się i
zamiast iść prosto, stopy poniosły mnie w lewo, przez jezdnię i
do William Hilla. A może jednak chciałem to zrobić? Przy wejściu
był jakiś starszy łysy koleś, machał ręką do ekipy przed
pubem.
-Tylko nie przepierdol wszystkich
pieniędzy! - krzyczeli.
-Spoko, mam to pod kontrolą.
Dialog jak z kiepskiego filmu, może
dlatego taki prawdziwy. Kiedy otwierał otaksował mnie wzrokiem
-Allright kid?
-Alright mate.
Fakt, zrobiłem wcześniej dwa szybkie
piwa, ale to przecież sobota, kiedy jak nie dziś? Dobrze mi szło,
wygrałem wcześniej i w kieszeni było parę banknotów. Teraz
już przypomniałem sobie że faktycznie miałem zajść do buka,
wrzucić piątkę i zobaczyć co się stanie. Ewentualnie dychę.
Maszyny to swoisty rytuał i każdy ma
swoje przekonania i zabobony. Jedni wybierają dni – rzadko wpada
coś w piątek, w tygodniu mniejsze sumy, w soboty i niedziele
większe, chyba że akurat skończył się sezon piłkarski. Nie
zajmuj miejsca po kimś kto coś wyciągnął. Piąty sixline na
ruletce wpada najczęściej, ale trzeba obserwować jakie numery się
powtarzają. I tak dalej i tak dalej.
Zaczynam od kart ale to tylko zabawa,
oswojenie się z sytuacją, aż nadchodzi stan hipnozy. Wtedy wchodzi
ruletka, nawet jeśli karty idą nieźle, nie wygrywa się na nich
prawdziwych pieniędzy. To gra wstępna. Liczy się tylko koło,
gorączkowa praca oczu, matematycznego umysłu który szuka
prawidłowości, nawet tam gdzie ich nie ma. Pola wypełniają się
żetonami, łapczywie je wypełniam, maszyna połyka następny
banknot. I następny.
Na moment wychodzę na plus ale nie
układam żetonów od nowa, klikam na kolejne i z każdym
strzałem zwiększam sumę. Czarna ósemka z dziesiątką czy
szestnastka z dziewiętnastką? Ósemka wypadła już dwa razy,
poza tym często wychodzą mniejsze liczby, wiec na nie dokładam.
Koło się toczy, niektórzy
wstają wtedy z krzesełka, odwracają albo nie mogą patrzeć, ale
ja zawsze widzę wszystko. Dwadzieścia trzy, czerwone, informuje
głos z automatu, obstawione tylko za dwadzieścia pensów,
niedobrze, jak to się stało? Przecież ułożyłem dobry system, to
powinno się sprawdzić.
Ciśnienie rośnie, klnę pod nosem.
Ostatnia dwudziestka wędruje do paszczy elektronicznego potwora, sam
nie wiem kiedy. To pułapka klasyczna i banalna, prosta do
rozszyfrowania dla większości. Przegrywając chcesz się odkuć,
wizja wygranej, choćby jednego czy dwóch dobrych strzałów
przesłania rozsądek. Ten zrobił sobie wolne już wcześniej, kiedy
nie zostawiłem w domu przynajmniej części siana. Kiedy nie wziąłem
nikogo ze sobą. Kiedy powiedziałem że idę na zakupy, a przecież
wiedziałem że oprócz tego mam do zrobienia coś jeszcze, że
mam dobrą passę.
Zmieniam grę. Ruletka sto do jednego.
Dokładnie takie szanse jakie miał Ray Garraty. Kto mógłby
podjąć taki zakład? Ludzie nie rozumieją rachunku
prawdopodobieństwa, liczby to abstrakcja. Na tym polega hazard; mimo
że wiemy, że szanse wygrania na loterii są porównywalne z
byciem trafionym przez błyskawicę w bezchmurny dzień, ludzie
grają. Grają, bo myślą że mają przewagę nad resztą, że ich
tu i teraz jest w jakiś sposób wyjątkowe i inne od milionów
innych.
Sto pól, pięćdziesiąt
czerwonych, pięćdziesiąt czarnych, do tego cztery różne
'zera'. Funt postawiony na konkretną liczbę daje spowrotem sto.
Obstawiam ostatnia dziesiątkę, do tego pierwszą, trzecią i liczby
na samym środku, bo wypadły kilka razy pod rząd. Jest w tym jakaś
logika, ale w większości ryzyko. Strzał za ostatni banknot,
mógłbym rozłożyć go na kilka, sięgnąć po mniejsze
żetony, ale teraz nie ma już świata poza ekranem, olewam
ceregiele. Koło, tym razem długie jak tor wyścigowy, gęsto
zapełnione cyferkami, zwalnia i coś siada. Dostaje większość
sumy którą włożyłem. Słabo. Układam od nowa i znów
puszczam kulkę w obieg, znów va bank. Tym razem jest lepiej,
już prawie mam sumę z którą przyszedłem. Wtedy coś w
głowie się zacina.
(haaaazard...)
Niebieskie i złote żetony pokrywają
planszę grubą warstwą, znów to robię, tak jak wcześniej
serce podchodzi do gardła, krew krąży szybciej, bo znów,
tak jak kilka godzin wcześniej, puszczam strzał za ponad
trzydzieści funtów. Za wszystko co mam. Wtedy się udało, po
co wracać? Koło zwalnia, gdzie wypadnie, gdzie to kurwa wypadnie!?
(czasem wygrać się zdaaaarza...)
Czerwone pięćdziesiąt dwa, tak!
Środkowa liczba, stawiałem na środek, na pewno stawiałem na...
(to jest tak jak zaraaaaza...)
Cisza. Szok. Środek jest cały
wypełniony. Cyfry ledwo można odczytać. Nie da się obstawić
wszystkich pól, ale na większości jest choćby żeton.
Oprócz samotnej pięćdziesiątki dwójki nieco u góry
ekranu.
(gram w to nikt mi nie kaaaazał...)
Show się kończy, panowie i panie.
Szukam po kieszeniach z myślą że nie mogłem być aż tak głupi,
nie mogłem, a jednak to zrobiłem. Nogi lekko drżą, patrzę
naokoło ale nic nie widzę, mózg nie rejestruje. Wychodzę
szybko, nieobecny, kasjerzy odprowadzają wzrokiem. Widzieli już
takich wielu, widzieli ich wszystkich.
Nadal świat ma formę migawek. Powoli
powaga sytuacji zaczyna docierać. Już podnosiłem się z dna, już
znalazłem robotę która daje nadzieję na przyszłość, już
przemęczyłem ten pierwszy tydzień bez gotówki, już
poznałem kupę ludzi w moim wieku. A teraz znów do punktu
wyjścia. Teraz te pieniądze zaczynają ciążyć, jakby ktoś
rozmienił je jak najdrobniej, wpakował do worka i uwiązał mi na
szyi.
Dom, kran, zimna woda. Długo zajmuje
zanim głowa się schładza. Bardzo długo.
Dzień później, niedziela, już
prawie dziesiąta wieczorem, szykuje się do roboty. Kolejny tydzień
pracy zaczyna się, jestem pijany, bardzo pijany i bardzo zjarany. Z
jakiegoś powodu wydaje mi się to ważne, przezwyciężam własną
wolę i idę dalej, aby przetrwać. Nie załatwiłem większości
spraw które sobie obiecałem, nie pomogłem mojemu bratu
wygrać z depresją i brakiem perspektyw, wegetacja, pierdolona
wegetacja. Jak długo jeszcze? Jak długo można być Syzyfem, pod
wpływem chwili niszczyć wcześniej podjęty wysiłek żeby zaczynać
od zera? Łeb boli strasznie, a za pare godzin wróci
rzeczywistość, co jest jeszcze gorsze. Nikt mi nie kazał. To jest
najgorsze.

No comments:
Post a Comment