Monday, 9 June 2014

Porozmawiajmy o hazardzie



Porozmawiajmy o hazardzie



Weź nią zakręć
I tak nie masz wpływu na to
Co ci wypadnie
I choćbyś oszukiwał i grał
To cię dopadnie
I choćbyś bardzo chciał
Zatnie się w pewnym momencie gdy będziesz spał

Rekord: Ruletka


W 'Wielkim Marszu' Stephena Kinga rozgrywa się widowisko jakiego jeszcze nie znał świat. Setka wybrańców skazuje samych siebie na śmierć – przed startem każdy zdaje sobie sprawę że stawka jest najwyższa z możliwych. Dzieje się pozornie niewiele; cała rzecz polega na pieszej wędrówce po szerokim asfalcie stanu Maine, a później równie szerokiej autostradzie międzystanowej, autostradzie prowadzącej donikąd, jako że dziewięćdziesięciu dziewięciu spośród setki nie dożyje finału. Podczas trasy nawiązane zostaną przyjaźnie, te najtrwalsze z możliwych bo zawarte w obecności kostuchy, która łakomym wzrokiem obserwuje zmagania szesnastoletnich chłopaków, to jak z minuty na minutę, godziny na godzinę, ich twarze przechodzą metamorfozę. Zmieniają się z pełnych na puste, z rumianych na szare, z młodych na stare, w miarę jak trasa wykańcza ich wolę, umysł i ciało.
Zmniejszenie prędkości poniżej sześciu mil na sekundę oznaczało czerwoną kartkę – serię z karabinu na oczach reszty.
Chociaż wiedzieli o zasadach zdecydowali się dobrowolnie, nawet bez konkretnej wiedzy o nagrodzie. Raz jest to jedno dowolne życzenie, raz miliard dolarów (rzeczy nie oszukujmy się, porównywalne), jakby samego Kinga nie obchodziła perspektywa nagrody. Na głównego bohatera, Raya Garraty'ego, stawka wynosi dwanaście do jednego, ale do czasu gdy marsz dochodzi do ostatniej dwunastki, Ray wie już, że wszyscy są przegrani, skazani.
Chociaż nikt im nie kazał, zagrali najcenniejszym co mieli na niemożliwy zakład. Spośród stu pól postawili na zero, chociaż zerami bynajmniej nie byli, a przynajmniej nie wszyscy.
Jest piąta rano i nie mogę spać bo chciwość odebrała mi rozum.
To był piękny dzień, dobry dzień, w krótkich spodniach szedłem po zakupy na cały tydzień. W głowie lekka wydmuszka z dnia poprzedniego. Zamyśliłem się i zamiast iść prosto, stopy poniosły mnie w lewo, przez jezdnię i do William Hilla. A może jednak chciałem to zrobić? Przy wejściu był jakiś starszy łysy koleś, machał ręką do ekipy przed pubem.
-Tylko nie przepierdol wszystkich pieniędzy! - krzyczeli.
-Spoko, mam to pod kontrolą.
Dialog jak z kiepskiego filmu, może dlatego taki prawdziwy. Kiedy otwierał otaksował mnie wzrokiem
-Allright kid?
-Alright mate.
Fakt, zrobiłem wcześniej dwa szybkie piwa, ale to przecież sobota, kiedy jak nie dziś? Dobrze mi szło, wygrałem wcześniej i w kieszeni było parę banknotów. Teraz już przypomniałem sobie że faktycznie miałem zajść do buka, wrzucić piątkę i zobaczyć co się stanie. Ewentualnie dychę.
Maszyny to swoisty rytuał i każdy ma swoje przekonania i zabobony. Jedni wybierają dni – rzadko wpada coś w piątek, w tygodniu mniejsze sumy, w soboty i niedziele większe, chyba że akurat skończył się sezon piłkarski. Nie zajmuj miejsca po kimś kto coś wyciągnął. Piąty sixline na ruletce wpada najczęściej, ale trzeba obserwować jakie numery się powtarzają. I tak dalej i tak dalej.
Zaczynam od kart ale to tylko zabawa, oswojenie się z sytuacją, aż nadchodzi stan hipnozy. Wtedy wchodzi ruletka, nawet jeśli karty idą nieźle, nie wygrywa się na nich prawdziwych pieniędzy. To gra wstępna. Liczy się tylko koło, gorączkowa praca oczu, matematycznego umysłu który szuka prawidłowości, nawet tam gdzie ich nie ma. Pola wypełniają się żetonami, łapczywie je wypełniam, maszyna połyka następny banknot. I następny.
Na moment wychodzę na plus ale nie układam żetonów od nowa, klikam na kolejne i z każdym strzałem zwiększam sumę. Czarna ósemka z dziesiątką czy szestnastka z dziewiętnastką? Ósemka wypadła już dwa razy, poza tym często wychodzą mniejsze liczby, wiec na nie dokładam.
Koło się toczy, niektórzy wstają wtedy z krzesełka, odwracają albo nie mogą patrzeć, ale ja zawsze widzę wszystko. Dwadzieścia trzy, czerwone, informuje głos z automatu, obstawione tylko za dwadzieścia pensów, niedobrze, jak to się stało? Przecież ułożyłem dobry system, to powinno się sprawdzić.
Ciśnienie rośnie, klnę pod nosem. Ostatnia dwudziestka wędruje do paszczy elektronicznego potwora, sam nie wiem kiedy. To pułapka klasyczna i banalna, prosta do rozszyfrowania dla większości. Przegrywając chcesz się odkuć, wizja wygranej, choćby jednego czy dwóch dobrych strzałów przesłania rozsądek. Ten zrobił sobie wolne już wcześniej, kiedy nie zostawiłem w domu przynajmniej części siana. Kiedy nie wziąłem nikogo ze sobą. Kiedy powiedziałem że idę na zakupy, a przecież wiedziałem że oprócz tego mam do zrobienia coś jeszcze, że mam dobrą passę.
Zmieniam grę. Ruletka sto do jednego. Dokładnie takie szanse jakie miał Ray Garraty. Kto mógłby podjąć taki zakład? Ludzie nie rozumieją rachunku prawdopodobieństwa, liczby to abstrakcja. Na tym polega hazard; mimo że wiemy, że szanse wygrania na loterii są porównywalne z byciem trafionym przez błyskawicę w bezchmurny dzień, ludzie grają. Grają, bo myślą że mają przewagę nad resztą, że ich tu i teraz jest w jakiś sposób wyjątkowe i inne od milionów innych.
Sto pól, pięćdziesiąt czerwonych, pięćdziesiąt czarnych, do tego cztery różne 'zera'. Funt postawiony na konkretną liczbę daje spowrotem sto. Obstawiam ostatnia dziesiątkę, do tego pierwszą, trzecią i liczby na samym środku, bo wypadły kilka razy pod rząd. Jest w tym jakaś logika, ale w większości ryzyko. Strzał za ostatni banknot, mógłbym rozłożyć go na kilka, sięgnąć po mniejsze żetony, ale teraz nie ma już świata poza ekranem, olewam ceregiele. Koło, tym razem długie jak tor wyścigowy, gęsto zapełnione cyferkami, zwalnia i coś siada. Dostaje większość sumy którą włożyłem. Słabo. Układam od nowa i znów puszczam kulkę w obieg, znów va bank. Tym razem jest lepiej, już prawie mam sumę z którą przyszedłem. Wtedy coś w głowie się zacina.
(haaaazard...)
Niebieskie i złote żetony pokrywają planszę grubą warstwą, znów to robię, tak jak wcześniej serce podchodzi do gardła, krew krąży szybciej, bo znów, tak jak kilka godzin wcześniej, puszczam strzał za ponad trzydzieści funtów. Za wszystko co mam. Wtedy się udało, po co wracać? Koło zwalnia, gdzie wypadnie, gdzie to kurwa wypadnie!?
(czasem wygrać się zdaaaarza...)
Czerwone pięćdziesiąt dwa, tak! Środkowa liczba, stawiałem na środek, na pewno stawiałem na...
(to jest tak jak zaraaaaza...)
Cisza. Szok. Środek jest cały wypełniony. Cyfry ledwo można odczytać. Nie da się obstawić wszystkich pól, ale na większości jest choćby żeton. Oprócz samotnej pięćdziesiątki dwójki nieco u góry ekranu.
(gram w to nikt mi nie kaaaazał...)
Show się kończy, panowie i panie. Szukam po kieszeniach z myślą że nie mogłem być aż tak głupi, nie mogłem, a jednak to zrobiłem. Nogi lekko drżą, patrzę naokoło ale nic nie widzę, mózg nie rejestruje. Wychodzę szybko, nieobecny, kasjerzy odprowadzają wzrokiem. Widzieli już takich wielu, widzieli ich wszystkich.
Nadal świat ma formę migawek. Powoli powaga sytuacji zaczyna docierać. Już podnosiłem się z dna, już znalazłem robotę która daje nadzieję na przyszłość, już przemęczyłem ten pierwszy tydzień bez gotówki, już poznałem kupę ludzi w moim wieku. A teraz znów do punktu wyjścia. Teraz te pieniądze zaczynają ciążyć, jakby ktoś rozmienił je jak najdrobniej, wpakował do worka i uwiązał mi na szyi.
Dom, kran, zimna woda. Długo zajmuje zanim głowa się schładza. Bardzo długo.

Dzień później, niedziela, już prawie dziesiąta wieczorem, szykuje się do roboty. Kolejny tydzień pracy zaczyna się, jestem pijany, bardzo pijany i bardzo zjarany. Z jakiegoś powodu wydaje mi się to ważne, przezwyciężam własną wolę i idę dalej, aby przetrwać. Nie załatwiłem większości spraw które sobie obiecałem, nie pomogłem mojemu bratu wygrać z depresją i brakiem perspektyw, wegetacja, pierdolona wegetacja. Jak długo jeszcze? Jak długo można być Syzyfem, pod wpływem chwili niszczyć wcześniej podjęty wysiłek żeby zaczynać od zera? Łeb boli strasznie, a za pare godzin wróci rzeczywistość, co jest jeszcze gorsze. Nikt mi nie kazał. To jest najgorsze.

No comments:

Post a Comment