Tuesday, 17 June 2014

O paleniu

Porozmawiajmy o marihuanie




Ciężkie powieki, flash-backi, umysł lekki
Smażenie skuna poskładanego w bletki
Tak zwanego skręta, a były ich setki, tysięcy
I nie liczę ile to pieniędzy


Kilka lat temu Polskę obiegła szokująca historia nastoletniego Stasia skądśtam (wybaczcie – nie mam internetu a pamięć zawodzi). Historia ta była szokująca dla paru gospodyń domowych nie ruszających nosa poza własną mydlaną bańkę, bo chyba nie dla bloków. Tam takie historie są na porządku dziennym. W każdym razie młody Staś zabił się – powiedzmy że wyskoczył z okna. Jak ten odlotowy raper, haha, bardzo kurwa śmieszne. Zrozpaczeni rodzice doszukiwali doszukiwali się przyczyn nieszczęścia, ponieważ uważali pierworodnego za spokojnego bystrzaka, który nie sprawiał problemów. Przeglądając jego komputer i komórkę natrafili na sekret, który sprytny smarkacz zdołał ukryć. Staś palił trawę – palił ją z kolegami i sam, czasem nawet w rodzinnym domku, przez okno, kiedy wszyscy spali. Palił przed szkołą, po szkole, w czasie szkoły lub zamiast szkoły. Palił codziennie, a mimo to rodzice nigdy się o tym nie dowiedzieli.. Swoją małą tajemnicę fundował za kieszonkowe, czasem się składał albo pożyczał.

Właściwie to nie był skok z okna, już sobie przypominam. Znalazła go młodsza siostra, mała dziewczynka. Pobiegła do mamy żeby jej powiedzieć, że Staś chyba jest chory, a kiedy matka weszła do pokoju zastała syna jak dyndał czubkami trampek w dół i obracał się powoli, powieszony na pasku. Chory. Na biurku leżał list, a właściwie liścik – mógł mówić coś w rodzaju 'nie obwiniajcie się'.

Być może rodzice Stasia nie byli w stanie udźwigną ciężaru tragedii. Być może nie mieli pojęcia o tym jak bawią się dzieciaki, nie wiedzieli nic o używkach. Tak czy siak, cała wina poszła na jointy. To uzależnienie od THC, diabelskiej, toksycznej substancji, kosztowało Stasia życie. Taki był ich werdykt i taką wersję podchwyciły wszystkie gazety w Polsce, używając Stasia jako narzędzia do obrony zaostrzonej ustawy antynarkotykowej.

Chory. Być może Staś był chory i to jeszcze zanim jego szyja nabrała sinego, trupiego odcieniu. Chociaż dobrze się uczył i grał na gitarze, to miał również problemy psychiczne, zdiagnozowaną depresję, leczoną farmaceutycznie. Media zamiotły tą kwestię pod dywan, podobnie jak i skład leków którymi faszerowano Stasia. Kto wie co okazało się groźniejsze dla jego rozwijającego się mózgu: zioło z ulicy, doprawiane chemikaliami, dopalaczami, cukrem i siarką, czy psychotropy z gabinetu lekarza?

Prawda, jak to często bywa, leży gdzieś pośrodku. Nie zamierzam wycierać sobie gęby czyjąś tragedią, aby prowadzić krucjatę w którąkolwiek stronę, bo wiem co ten chłopak musiał czuć. Zapytacie: skąd ta wiedza i pewność? Otóż w jakimś stopniu mogę się ze Stasiem utożsamiać, jestem chłopakiem, którego pętla pękła w ostatniej chwili, po to żeby mógł żyć dalej.

Nie daj się wciągnąć w letarg marichuany...
Niech da Tobie dobroć a nie głowie Twej zmiany...
Nie daj jej zawładnąć nad Twoją wolną wolą (wolną wolą)
Pal ją i pal lecz trzymaj to pod kontrolą (pod kontrolą)

Gdy budzę się rano (często oznacza to koło południa) oczy mocno pieką. Rzut oka w lustro tylko pogarsza sprawę. Są zazwyczaj opuchnięte, otoczone siecią zmarszczek których nie powinno być – nie w wieku dwudziestu jeden lat! - zwężone w szparki i zalane krwią, tak że wszystko co widzę jest za lekką irytującą mgiełką. Dalszy rekonesans nie przynosi ulgi; idąc od oczu w głąb czaszki, odkrywam w głowie absolutną, nieskazitelną pustkę. Trwa to może piętnaście minut i wcale nie chodzi o to że nie chce mi się myśleć. Po prostu jest tylko szum, jak na pustym kanale, a światło jest nie do zniesienia, zbyt intensywne, a świat na zewnątrz wydaje się obcy, jakby widziany na filmie.

Często mam takie wrażenie na jointowym kacu, jakbym to nie ja sterował swoim ciałem. Przypomina to nieco wspaniałe opowiadanie Roberta Silverberga, zatytułowane 'Pasażerowie'. Jest to niepokojąca wizja świata po inwazji obcych. Obcy są niewidzialni, nie można ich dotknąć ani wyczuć, ale od czasu do czasu przejmują kontrolę nad umysłami przypadkowych ludzi. Są wtedy Pasażerami wewnątrz ludzkiego ciałami robią z nim co tylko zechcą, pozbawiając ofiarę wolnej woli. Mimo tego życie toczy się dalej; ludzie uczą się panować nad chaosem towarzyszącym świadomości, że w każdej chwili mogą zostać przejęci, na godzinę, tydzień lub rok. Adaptują się do nowej rzeczywistości, szerokim łukiem omijają wszystkich, którzy wyglądają na 'kierowanych'. Cogito Ergo Sum, wiara w wolną wolę i wiara w duszę zostają unicestwione za jednym zamachem.


Life's a bitch and then you die
Thats why we get high
'Cause you never know when you gonna go...


Ale wróćmy do tematu. Często nie mogę się skoncentrować na prostych codziennych obowiązkach,, zapominam daty, imiona i miejsca. Kiedyś zapisywałem sobie cele i zadania, ale to niewiele pomagało. Rozmawiając zdarzają się momenty pauzy, kiedy wpatruję się w przestrzeń nie mówiąc nic. Zdarza się że długo myślę nad odpowiedzią na pytanie, lub nie wiem co powiedzieć gdy ktoś mnie zaskoczy.

Wszystkie te objawy mają jeden wspólny mianownik, czyli nieustanne palenie. To już prawie cztery lata od kiedy robię to na porządku dziennym. To stało się jakoś nagle, poprzez wakacje. Zawsze byłem zdania że największe życiowe zmiany zachodzą w letnie wakacje. To wtedy brzydkie kaczątka przechodzą metamorfozę, gówniarze nagle rosną o głowę, a dziewczyny się z bezpłciowych, dziwnych stworzeń w zaokrąglone, umalowane nastolatki.

Z zewnątrz wyglądałem na ostatnią osobę, która mogłaby jarać, więc ani nauczyciele, ani większość znajomych nie zdawała sobie sprawy że często chodziłem na przerwach na śmiesznego, zielonego papieroska. Zresztą wtedy fazy były inne; świeży, niedoświadczony organizm przede wszystkim próbuje walczyć z nieznaną substancją, w efekcie początkującym ciężko naprawdę się upalić. Ich reakcja to bardziej placebo, ludzie wkręcają sobie , że stanie się nie wiadomo co. No chyba że weźmiesz za dużo, wtedy, nie ma przebacz, czekają cię ciężkie chwile.

Miłość do zielonego pokrywała się mniej więcej z czasem kiedy odkryłem też miłość do muzyki. Ganja otwiera umysł i zmysły na nowe bodźce. Następuje wtedy zjawisko lekkiej synestezji, to znaczy pomieszania zmysłów. Dźwięk zdaje się być odbierany nie tylko uszami, ale całym ciałem; masz wrażenie jakby muzyka miała kolor, smak i zapach.

Wtedy ani mnie, ani koleżkom, nie trzeba było aż tak dużo. Bywało że torba starczała na trzy dni. Niepostrzeżenie jaranie stało się dla nas ważne, przestało być pretekstem do spotkania, a stało celem spotkania. Paliłem blanty na imprezach, kiedy grałem w piłkę, przed snem i kiedy szedłem na siłkę. Spaliłem całego gibona podczas mojej pierwszej prawdziwej randki.

Jest nas wielu, w sensie palaczy i zazwyczaj dobrze się dogadujemy. Skruszyć topę i zwinąć ją w bletkę – to zajebisty sposób na relaks, uwalnia od nerwów i wkurwień, no i po prostu jest dobre. Ale lata zniekształcania płuc prowadzą do zahamowania pewnych procesów, jak dorastania, budowania zaufania i znajdowania motywacji. Będąc nastukanym zazwyczaj trzymasz się z ludźmi których znasz, którzy są sprawdzeni, zajmujesz się rzeczami które są już sprawdzone i znane. Jak inżynier Mamoń z 'Rejsu'. Wreszcie dochodzą do tego schizy i paranoje, bo dobre zioło daje wrażenie telepatii; instynktownie wyczuwasz nastrój osób naokoło, to coś w rodzaju empatycznego radaru. Łatwo o zamyślenie, odłączenie się od stada jak kra od lodowca, niesiony na fali myśli, poprzez tunel świadomości który prowadzi donikąd, ale czasami pozwala ocenić kwestię, lub problem z innej perspektywy. Albo o nim zapomnieć.

Cztery lata to kupa czasu. Co gdyby to zostawić, tak po prostu, przejść na cold turkey, przestać marnować produktywny czas na odmienny stan świadomości, tak znajomy a zarazem ograniczający? Czy ten wewnętrzny głos, który nie daje zasnąć bez filmu, książki, czystej kartki, zniknąłby, obumarł bez tej szczególnej witaminy, czy też wręcz przeciwnie, odrodziłby się jak Feniks, uwolniony od kajdan? Czy wróciłyby sny? Po ziole nic się nie śni, mózg smażony na patelni jest zbyt zajęty trawieniem myśli i wspomnień. Czy byłbym w stanie zacząć żyć normalnie, odpowiedzialny nie tylko za siebie ale i drugą osobę, zamiast prowadzić podwójne życie?

Tetrahydrokanabinol zostaje w organizmie przez długi czas. Wypłukanie go z krwiobiegu, umożliwiające zdanie testu narkotykowego, zajęłoby w tym przypadku kilka miesięcy. W cebulkach włosów pozostaje na zawsze, na szczęście tego typu test jest obecnie zbyt drogi. Komórki się odradzają, chociaż prawdopodobnie już nigdy nie będę taki jak przedtem. I prawdopodobnie nigdy tego nie rzucę, nie w pełni.
Tu w puli nasza przyszłość, sam kręcisz bletką
A jakby coś nie wyszło to Twój stres i piekło.
Ty mi nie pierdol bo każdy chce się odciąć
Tylko nie wie po co, od czego i odkąd.

Sam już nie wiem co mam Wam powiedzieć, jest wpół do czwartej nad ranem. Sens tego tekstu zaginął gdzieś po drodze. To jeszcze jedna cecha skuna, ciężko dokończyć zaczęte projekty kiedy zajawka mija. ­

3 comments:

  1. Zawsze mnie zastanawiało, czy nie byłoby mi łatwiej pisać w, jak to nazywasz, odmiennym stanie świadomości. Czasem brakuje weny, ale wena nie istnieje. Czasem nic się nie chce, a i tak trzeba.

    Pamiętam, jak kiedyś spędzałam sporo czasu na medytacji - nie w sensie wyciszenia się, bo nie o to chodziło. Oczy zasnute mgłą, zlewające się zmysły, trans, z którego nie możesz się wybudzić i poczucie, że nagle wiesz więcej od innych. Jakże złudne. A od palenia różni się tylko tym, że nie psuje zdrowia fizycznego - bo psychikę chyba jeszcze bardziej.

    Pamiętam, że kiedy wokół palono, ja byłam dumna z tego, że w taki sam stan umiałam się wprowadzić sama. Z czego tu być dumną - teraz już nie mam pojęcia, choć pamiętam, że był on nadzwyczaj przyjemny. Na początku niemalże jak wspomniany przez ciebie.


    Mam wielu znajomych, którzy siedzą w tym od dawna i rzucać nie zamierzają. Skoro mózg i tak jest już zielony, może faktycznie nie warto?

    ReplyDelete
  2. Dziekuje za komentaz, pierwszy tutaj i odrobine niepokojacy. Slyszalem wiele o medytacji, ale jeszcze wiecej o snach. Probowalas kiedys dziennika snow? To pierwszy krok do rzeczy pozadanej przez wielu - wladzy nad kraina Morfeusza. Dalej jest wrazenie podrozy w ciele astralnym, czyli bezcielesnie, co prowadzi do strasznych implikacji. Co jesli osoba, ktora wybierze sie w taka podroz, nie wroci, a ktos zamieni sie z nia miejscami? Czy to mozliwe, ze na tym polega opetanie?
    Z jednym sie nie zgadzam. Wena istnieje, nie jako platoniczny byt, ale jako promien slonca padajacy na trawe, jako rozmowa z bliska osoba, jako zdarzenia ktore nas ksztaltuja. Jest lokomotywa napedzana przez zycie, najlepsze paliwo.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziennik nigdy nie był mi potrzebny, świadome śnienie przyszło zaraz po ćwiczeniach telepatii (niestety udanych), a później były już tylko senne paraliże. Paskudne uczucie, jak ktoś ma słabe nerwy podobno idzie się nawet zabić przez sen (osoba nie może się obudzić, serce bije, nie można się ruszyć, zbyt szybki oddech, panika, zawał). Historia zna takie przypadki.

      Jeśli dobrze pamiętam, po ostatnim LD paraliże występowały jeszcze przez dwa lata. Podróż do wnętrza siebie fajna, jest co opowiadać, człowiek czuje się wyjątkowy, ale psychika zjechana doszczętnie.

      Co do OBEE, nigdy mnie - na szczęście - nie ciągnęło. Choć podobno każdy o tym marzy. Wyjść z ciała, hm. Też zawsze mnie zastanawiało to, że można by już nie wrócić...

      Delete