Monday, 2 June 2014

Kilka słów o rymowaniu

Panie doktorze, uważam że nasze spotkanie nie ma większego sensu. Przypuszczam, że mówi to panu większość anonimowych rymoholików, ale w moim przypadku to prawda. Nie, nie jestem wyleczony, nigdy nie chciałem się leczyć, ani nie czułem że jestem chory. Że co? Mam się położyć na kozetce? Jaja se pan robisz? Wolę się oprzeć i siedzieć, tak żeby dokładnie wszystko widzieć. Ten cały biznes z leżakowaniem daje panu psychologiczną przewagę nad pacjentem, a przecież rozmawiamy jak równy z równym, prawda?

No więc rymowanie jest jak poranna zaprawa, to codzienność jak papieros i kawa i najarana bania... Zasada trzecia? A, chodzi panu o 'Żadnych rymów podczas spotkań' ? No dobrze, niech będzie. A co do jarania, zgoda, porozmawiamy o tym, ale innym razem.

No więc rymowanie to codzienność, ale nie zawsze tak było. Zaczęło się w podstawówce, miałem może dziewięć lat, a w szkole był konkurs na napisanie wiersza. Jako dzieciak byłem trochę nadpobudliwy, wtedy latałem chyba z gipsem na ręcę, łamałem je trzy razy. Ciężko było wyjść na podwórko z tym białym czymś co do niedawna było ręką, więc dużo siedziałem w domu i czytałem. W końcu z nudów postanowiłem zrobić ten cały wiersz, chociaż nie miałem pojęcia jak. Widzi pan, jakie czasy? Złe, niebezpieczne nawyki można nabyć już nie tylko w domu i na ulicy, ale nawet w szkole. W każdym razie chodziłem z kąta do kąta, z wersalki na fotel i spowrotem, spojrzenie nieobecne i układałem całość w głowie, bez zapisywania. To był mocny kop, pierwszy raz zawsze najmocniej kopie. Tak musiał czuć się Kolumb kiedy postawił stopę na nieznanym lądzie, ten bezmiar możliwości, wszystkie słowa we wszystkich odmianach na wyciągnięcie ręki... To musiało się źle skończyć.

Nie pamiętam co stało się z tamtymi wypocinami. Pamiętam pierwszy rap jaki usłyszałem. To był diss na Liroya, ten z Peja i tekstami o tym jak wpadną do Kielc i wyruchają mu... okej, mniejsza z tym, widzę że zna się pan na klasyce. Słuchaliśmy tego na zielonej szkole, ale wtedy jeszcze nie połączyłem tego z tamtym uczuciem euforii, chodziło o przekleństwa, dzięki temu czuliśmy się jakby bardziej dorośli. Później były Halabardy, ostrze noża i nożyczki halabardy i pilniczki, dokładnie tak. Fajna wyliczanka, ale nic poza tym, wtedy jeszcze tego nie czułem. Wydaje mi się że hiphop jest potrzebny dzieciakom które mają przejebane, a wtedy nie miałem problemów większych niż to, skąd mam wziąć koszulkę z nazwiskiem Franka Lamparda albo to, że Beata cały czas się gapi i co z tym fantem zrobić.

Lata beztroski skończyły się w wieku lat trzynastu, kiedy wszystko trzeba było zacząć od nowa. To był mroczny okres, z którego wiele pamiętam a niektóre rzeczy wyparłem. Zbyt wcześnie poznałem smak nienawiści i smak bycia outsiderem. Mam przejść do rzeczy? Moment, w końcu to za moje pieniądze siedzimy sobie tutaj. Może chce pan poczęstować mnie jednym z tych kleksów na kartce, a ja panu powiem czy widzę pięknego motylka czy rozbryźnięte flaki? Test Roschaka, czy jakoś tak to nazywacie. Swoją drogą ciekaw jestem czy słucha pan muzyki? W sensie takiej gdzie są rymowane słowa? Naprawdę? I nie czuje się pan jak ginekolog , który cały dzień zagląda w cipki a wieczorem wraca do żony i nie może na nią patrzeć?

Rozumiem, ja kozetka, pan fotel, spoko.

Później był Mik. To był gość co nie widział świata poza rapem, miał swój prywatny mikrowszechświat a reszta krążyła wokół jak odległe planety. Był pierwszy. To był czas kiedy zaczynały się melanże, a ja nie rozumiałem go, jeszcze nie wtedy. Te rymy dawały mu jakąś moc, siłę, a gdy odkrył freestyle wszystko potoczyło się szybko. Pewnego dnia siedzieliśmy gromadą i robiliśmy to co już wkrótce miało stać się hobby, czyli paleniem jointów. Padła propozycja żeby wszyscy po kolei powiedzieli co myślą, do bitu. Zaczął Mik, a był w tym dobry, nabierał wprawy w technice, kleił się do bitu, nabierał oddechu jakby od niechcenia, wtedy kiedy trzeba. Nieważne co gadał, liczyła się pewność i swoista magia zawarta w rap grze. Później był F. , z którym nieraz rymowałem kilka lat później. F. Uczył się życia od starszych, na melanżach, wtedy jeszcze miał bogate słownictwo które stopniowo odebrała mu Anglia i przepalone komórki. Trzeci był Z., człowiek którego do dziś traktuje jak brata i poleciał solidnie, chociaż zawsze skupiał się na słowach, nie na flow.

Ja byłem ostatni i robiłem to pierwszy raz w życiu. Do dziś pamiętam to wejście:

Zyję swoim życiem, najlepiej jak umiem
Jestem zagubiony w labiryncie ludzkich sumień.

Powiedziałem coś jeszcze, dwie linijki, a potem się zaciąłem. Ale ziarno zostało zasiane i przez ten rok kiełkowało w postaci zapisanych kartek. Niekiedy lepszych niż to co teraz bazgrze, ale chyba każdy tak ma.

Na pierwszego majka złożyłem się z P., gościem którego znałem ze szkoły, później collegu. P. Miał wielki żal do reszty chłopaków za to że go odtrącili. Wtedy nie wiedziałem o co chodzi ale dziś już się domyślam, bo sam nigdy nie powiedział mi tego. Chodziło o to że chciał nawijać ale odstawał, nie miał za wiele ciekawego do powiedzenia. Kiedy mu o tym powiedzieli obraził się i przestał przyjeżdzać.

Jakieś pół roku później zrobiłem to samo, strzeliłem focha o głupie żarty z których sam dzisiaj się śmieję. Bardzo tego żałowałem i odpokutowałem już tamte czasy, ale... Dobra, dobra. Mikrofon. To była marna pojemnościówka za osiem dych, ale wtedy była czymś. Narzędziem Sztuki, przez duże S. Zrobiliśmy kilka numerów, amatorskich do cna, z przesterowaniem i zerowym masteringiem. Doszedłem do wniosku że P. Faktycznie nie zrobi kariery, ale był ziomkiem, a i ja byłem przeciętny do bólu, to znaczy teksty miałem niezłe, ale nie umiałem ich nawinąć, brzmiałem jak dzieciak, nawet nie miałem mutacji.

Poza tym, w miarę jak milczenie między mną a ekipą trwało, ciągnęło się przez bolesne tygodnie, nie bardzo miałem o czym pisać, więc zacząłem rymować opowieści wyssane z palca. W rapie to zły znak, znak słabości i bujania w obłokach, ale byłem młody i miałem czas na popełnianie błędów. Bywały lepsze historie, jak ta o świecie po zagładzie nuklearnej, nagrana u Mika, albo ta o historii przypadkowego menela. Stworzyłem też jednego potworka którego się wstydzę, a który mam nadzieję przepadnie na wieki w czeluściach twardego dysku. To była historia o nocy, morderstwie, heroinie i kolejnym morderstwie, napisana przez głupiego osiemnastolatka, który nie znał zasad gry. Sparzyłem się i zdecydowałem zostawić to.

W miarę jak je poznawałem i odkrywałem kulturę hiphop, nabierałem inspiracji. Zaczynając od naszych klasyków, Zip Składu, WWO, Molesty, Morwy, Małolata i Pezeta, Grammatiku, Slums Attack, poprzez 3W, Bez Cenzury i JWP, Borixona, Eisa, do Młodego M, Fabuły, Piha i wielu, wielu innych. Mik wydał mixtape, który doceniłem dopiero po latach, a ja wyjechałem, ale to ziarno zostało we mnie i zaczęło rodzić owoce. Zacząłem słuchać czarnych ze Stanów i wtedy odkryłem Masta Ace'a. Legenda z Brooklynu, twórca dwóch ponadczasowych albumów, czyli Disposable Arts i A Long Hot Summer. Kluczem który otworzył moją głowę był lekko nostalgiczny nastrój bitów i słów faceta, który rozczarował się na rymowaniu, ale przede wszystkim to, że był wyraźny, akcent i dykcja pozwalały zrozumieć każdą sztuczkę, każdy błysk geniuszu.

Tak odkryłem wielokrotne rymy i wpadłem na dobre. Tak, widziałem jak drgnęła panu powieka, słyszał pan to określenie wcześniej? To było to, to była forma której chciałem używać, to było jak sekret iluzjonisty, który odwraca twoją uwagę słowami żeby przełożyć monetę z rękawa do ręki. Ucho zaczęło wyłapywać wielokrotne w miejscach, gdzie wcześniej słyszałem tylko harmonię słów i muzyki i wiedziałem, że sam potrafię je tworzyć, struktury jeszcze bardziej skomplikowane i rytmiczne, tak aby moje przemyślenia były podane w formie wielopiętrowej rymowanej wieży.

Potem był freestyle, ale to już temat na inny dzień, nie uważasz, doktorku? Wiesz co, podzielę się czymś z tobą i zapomnijmy o zasadzie trzeciej. Nie chcę się wyleczyć, już mówiłem. W środku znajdziesz zwinięty banknot.

Patrz co powie kaznodzieja pokraka
Tak to się ma do prawdy jak samosieja do Dutcha
Mało legalnej pracy, co to oznacza
Że muszą być twardzi lub pozory stwarzać
Kurierzy szulerzy krupierzy pucerzy pozerzy
Zbyteczni jak rybie ręcznik bo dzięki konsekwencji
Te wersy mają w chuj energii rezonans, cel
Rezon, prawdę, mam coś czego nie zdołacie
Zabrać, nauczyłem się kochać więc
Jeszcze ją znajdę, choć to nienormalne
Mam ludzi naookoło i to serio ważne
Ci co dają a nie tylko czerpią wsparcie
Mordy te co zawsze
Niektórzy lecą w parter
Inni lecą w zaparte
Dawno leżą z hajsem
Aż lata im zmienią zmienią twarze
Też często ledwo łapie
Oddech jak się zakręcić żeby nie zostać zwierzęciem i zjeść kolację?
Z marzeń obrazek
Te spełnione na ścianie
Za dużo nieco pale
Ale lubię ciężką banię
Spokojny sen po blancie
Lub bezsenność w trakcie
Gdy niekontrolowanie
Płynie bez końca rzeka słów
I dzięki skrętom i koleżkom pasję
Tą odkryłem zaufałem wersom w rapie
a nie wersom z gazet
W muzyce odkrywam piękno barwę
Harmonię doradcę
Szczerą mantrę
Niewydobyte kopalnie
Zanim przed porankiem
Sens odnajdziesz
Robię rap po swojemu myślę pierdol sztampę
Robię tym werblom terapię
Jakby je przeciął skalpel
I nie odgadnę
Czemu ludzie innych ludzi cenią strachem
Idę po swoje wiedzą a nie pięścią łapiesz?
Nie lekceważ tego błaźnie
Masz tu niespodziankę
Jebać demokrację
Górą jest ten kto ma cel
Wiesz o co mi chodzi?
Nie? No właśnie
I tak tego nie zostawie
bo nie potrafię
jak być otoczony siecią w kłamstwie
jak złotą czy srebrną klatkę
Pierdole ksero marne
I ten splendor w rapie
Mój robi detonacje
Jak Semtex pod autem
Nie mów że nie potrafię
Bo to tempo złapiesz
Nawet na sejsmografie
To co pisze flow z kartek
Stawiam na jedną kartę
Pisze te wersy jak te ostatnie!

No comments:

Post a Comment