Panie doktorze, uważam że
nasze spotkanie nie ma większego sensu. Przypuszczam, że mówi
to panu większość anonimowych rymoholików, ale w moim
przypadku to prawda. Nie, nie jestem wyleczony, nigdy nie chciałem
się leczyć, ani nie czułem że jestem chory. Że co? Mam się
położyć na kozetce? Jaja se pan robisz? Wolę się oprzeć i
siedzieć, tak żeby dokładnie wszystko widzieć. Ten cały biznes z
leżakowaniem daje panu psychologiczną przewagę nad pacjentem, a
przecież rozmawiamy jak równy z równym, prawda?
No więc rymowanie jest
jak poranna zaprawa, to codzienność jak papieros i kawa i najarana
bania... Zasada trzecia? A, chodzi panu o 'Żadnych rymów
podczas spotkań' ? No dobrze, niech będzie. A co do jarania, zgoda,
porozmawiamy o tym, ale innym razem.
No więc rymowanie to
codzienność, ale nie zawsze tak było. Zaczęło się w
podstawówce, miałem może dziewięć lat, a w szkole był
konkurs na napisanie wiersza. Jako dzieciak byłem trochę
nadpobudliwy, wtedy latałem chyba z gipsem na ręcę, łamałem je
trzy razy. Ciężko było wyjść na podwórko z tym białym
czymś co do niedawna było ręką, więc dużo siedziałem w domu i
czytałem. W końcu z nudów postanowiłem zrobić ten cały
wiersz, chociaż nie miałem pojęcia jak. Widzi pan, jakie czasy?
Złe, niebezpieczne nawyki można nabyć już nie tylko w domu i na
ulicy, ale nawet w szkole. W każdym razie chodziłem z kąta do
kąta, z wersalki na fotel i spowrotem, spojrzenie nieobecne i
układałem całość w głowie, bez zapisywania. To był mocny kop,
pierwszy raz zawsze najmocniej kopie. Tak musiał czuć się Kolumb
kiedy postawił stopę na nieznanym lądzie, ten bezmiar możliwości,
wszystkie słowa we wszystkich odmianach na wyciągnięcie ręki...
To musiało się źle skończyć.
Nie pamiętam co stało
się z tamtymi wypocinami. Pamiętam pierwszy rap jaki usłyszałem.
To był diss na Liroya, ten z Peja i tekstami o tym jak wpadną do
Kielc i wyruchają mu... okej, mniejsza z tym, widzę że zna się
pan na klasyce. Słuchaliśmy tego na zielonej szkole, ale wtedy
jeszcze nie połączyłem tego z tamtym uczuciem euforii, chodziło o
przekleństwa, dzięki temu czuliśmy się jakby bardziej dorośli.
Później były Halabardy, ostrze noża i nożyczki halabardy i
pilniczki, dokładnie tak. Fajna wyliczanka, ale nic poza tym, wtedy
jeszcze tego nie czułem. Wydaje mi się że hiphop jest potrzebny
dzieciakom które mają przejebane, a wtedy nie miałem
problemów większych niż to, skąd mam wziąć koszulkę z
nazwiskiem Franka Lamparda albo to, że Beata cały czas się gapi i
co z tym fantem zrobić.
Lata beztroski skończyły
się w wieku lat trzynastu, kiedy wszystko trzeba było zacząć od
nowa. To był mroczny okres, z którego wiele pamiętam a
niektóre rzeczy wyparłem. Zbyt wcześnie poznałem smak
nienawiści i smak bycia outsiderem. Mam przejść do rzeczy? Moment,
w końcu to za moje pieniądze siedzimy sobie tutaj. Może chce pan
poczęstować mnie jednym z tych kleksów na kartce, a ja panu
powiem czy widzę pięknego motylka czy rozbryźnięte flaki? Test
Roschaka, czy jakoś tak to nazywacie. Swoją drogą ciekaw jestem
czy słucha pan muzyki? W sensie takiej gdzie są rymowane słowa?
Naprawdę? I nie czuje się pan jak ginekolog , który cały
dzień zagląda w cipki a wieczorem wraca do żony i nie może na nią
patrzeć?
Rozumiem, ja kozetka, pan
fotel, spoko.
Później był Mik.
To był gość co nie widział świata poza rapem, miał swój
prywatny mikrowszechświat a reszta krążyła wokół jak
odległe planety. Był pierwszy. To był czas kiedy zaczynały się
melanże, a ja nie rozumiałem go, jeszcze nie wtedy. Te rymy dawały
mu jakąś moc, siłę, a gdy odkrył freestyle wszystko potoczyło
się szybko. Pewnego dnia siedzieliśmy gromadą i robiliśmy to co
już wkrótce miało stać się hobby, czyli paleniem jointów.
Padła propozycja żeby wszyscy po kolei powiedzieli co myślą, do
bitu. Zaczął Mik, a był w tym dobry, nabierał wprawy w technice,
kleił się do bitu, nabierał oddechu jakby od niechcenia, wtedy
kiedy trzeba. Nieważne co gadał, liczyła się pewność i swoista
magia zawarta w rap grze. Później był F. , z którym
nieraz rymowałem kilka lat później. F. Uczył się życia od
starszych, na melanżach, wtedy jeszcze miał bogate słownictwo
które stopniowo odebrała mu Anglia i przepalone komórki.
Trzeci był Z., człowiek którego do dziś traktuje jak brata
i poleciał solidnie, chociaż zawsze skupiał się na słowach, nie
na flow.
Ja byłem ostatni i
robiłem to pierwszy raz w życiu. Do dziś pamiętam to wejście:
Zyję swoim życiem,
najlepiej jak umiem
Jestem zagubiony w
labiryncie ludzkich sumień.
Powiedziałem coś
jeszcze, dwie linijki, a potem się zaciąłem. Ale ziarno zostało
zasiane i przez ten rok kiełkowało w postaci zapisanych kartek.
Niekiedy lepszych niż to co teraz bazgrze, ale chyba każdy tak ma.
Na pierwszego majka
złożyłem się z P., gościem którego znałem ze szkoły,
później collegu. P. Miał wielki żal do reszty chłopaków
za to że go odtrącili. Wtedy nie wiedziałem o co chodzi ale dziś
już się domyślam, bo sam nigdy nie powiedział mi tego. Chodziło
o to że chciał nawijać ale odstawał, nie miał za wiele ciekawego
do powiedzenia. Kiedy mu o tym powiedzieli obraził się i przestał
przyjeżdzać.
Jakieś pół roku
później zrobiłem to samo, strzeliłem focha o głupie żarty
z których sam dzisiaj się śmieję. Bardzo tego żałowałem
i odpokutowałem już tamte czasy, ale... Dobra, dobra. Mikrofon. To
była marna pojemnościówka za osiem dych, ale wtedy była
czymś. Narzędziem Sztuki, przez duże S. Zrobiliśmy kilka numerów,
amatorskich do cna, z przesterowaniem i zerowym masteringiem.
Doszedłem do wniosku że P. Faktycznie nie zrobi kariery, ale był
ziomkiem, a i ja byłem przeciętny do bólu, to znaczy teksty
miałem niezłe, ale nie umiałem ich nawinąć, brzmiałem jak
dzieciak, nawet nie miałem mutacji.
Poza tym, w miarę jak
milczenie między mną a ekipą trwało, ciągnęło się przez
bolesne tygodnie, nie bardzo miałem o czym pisać, więc zacząłem
rymować opowieści wyssane z palca. W rapie to zły znak, znak
słabości i bujania w obłokach, ale byłem młody i miałem czas na
popełnianie błędów. Bywały lepsze historie, jak ta o
świecie po zagładzie nuklearnej, nagrana u Mika, albo ta o historii
przypadkowego menela. Stworzyłem też jednego potworka którego
się wstydzę, a który mam nadzieję przepadnie na wieki w
czeluściach twardego dysku. To była historia o nocy, morderstwie,
heroinie i kolejnym morderstwie, napisana przez głupiego
osiemnastolatka, który nie znał zasad gry. Sparzyłem się i
zdecydowałem zostawić to.
W miarę jak je poznawałem
i odkrywałem kulturę hiphop, nabierałem inspiracji. Zaczynając
od naszych klasyków, Zip Składu, WWO, Molesty, Morwy,
Małolata i Pezeta, Grammatiku, Slums Attack, poprzez 3W, Bez Cenzury
i JWP, Borixona, Eisa, do Młodego M, Fabuły, Piha i wielu, wielu
innych. Mik wydał mixtape, który doceniłem dopiero po
latach, a ja wyjechałem, ale to ziarno zostało we mnie i zaczęło
rodzić owoce. Zacząłem słuchać czarnych ze Stanów i wtedy
odkryłem Masta Ace'a. Legenda z Brooklynu, twórca dwóch
ponadczasowych albumów, czyli Disposable Arts i
A Long Hot Summer. Kluczem
który otworzył moją głowę był lekko nostalgiczny nastrój
bitów i słów faceta, który rozczarował się na
rymowaniu, ale przede wszystkim to, że był wyraźny, akcent i
dykcja pozwalały zrozumieć każdą sztuczkę, każdy błysk
geniuszu.
Tak
odkryłem wielokrotne rymy i wpadłem na dobre. Tak, widziałem jak
drgnęła panu powieka, słyszał pan to określenie wcześniej? To
było to, to była forma której chciałem używać, to było
jak sekret iluzjonisty, który odwraca twoją uwagę słowami
żeby przełożyć monetę z rękawa do ręki. Ucho zaczęło
wyłapywać wielokrotne w miejscach, gdzie wcześniej słyszałem
tylko harmonię słów i muzyki i wiedziałem, że sam potrafię
je tworzyć, struktury jeszcze bardziej skomplikowane i rytmiczne,
tak aby moje przemyślenia były podane w formie wielopiętrowej
rymowanej wieży.
Potem
był freestyle, ale to już temat na inny dzień, nie uważasz,
doktorku? Wiesz co, podzielę się czymś z tobą i zapomnijmy o
zasadzie trzeciej. Nie chcę się wyleczyć, już mówiłem. W
środku znajdziesz zwinięty banknot.
Patrz co powie kaznodzieja
pokraka
Tak to się ma do prawdy
jak samosieja do Dutcha
Mało legalnej pracy, co
to oznacza
Że muszą być twardzi
lub pozory stwarzać
Kurierzy szulerzy
krupierzy pucerzy pozerzy
Zbyteczni jak rybie
ręcznik bo dzięki konsekwencji
Te wersy mają w chuj
energii rezonans, cel
Rezon, prawdę, mam coś
czego nie zdołacie
Zabrać, nauczyłem się
kochać więc
Jeszcze ją znajdę, choć
to nienormalne
Mam ludzi naookoło i to
serio ważne
Ci co dają a nie tylko
czerpią wsparcie
Mordy te co zawsze
Niektórzy lecą w
parter
Inni lecą w zaparte
Dawno leżą z hajsem
Aż lata im zmienią
zmienią twarze
Też często ledwo łapie
Oddech jak się zakręcić
żeby nie zostać zwierzęciem i zjeść kolację?
Z marzeń obrazek
Te spełnione na ścianie
Za dużo nieco pale
Ale lubię ciężką banię
Spokojny sen po blancie
Lub bezsenność w trakcie
Gdy niekontrolowanie
Płynie bez końca rzeka
słów
I dzięki skrętom i
koleżkom pasję
Tą odkryłem zaufałem
wersom w rapie
a nie wersom z gazet
W muzyce odkrywam piękno
barwę
Harmonię doradcę
Szczerą mantrę
Niewydobyte kopalnie
Zanim przed porankiem
Sens odnajdziesz
Robię rap po swojemu
myślę pierdol sztampę
Robię tym werblom terapię
Jakby je przeciął
skalpel
I nie odgadnę
Czemu ludzie innych ludzi
cenią strachem
Idę po swoje wiedzą a
nie pięścią łapiesz?
Nie lekceważ tego błaźnie
Masz tu niespodziankę
Jebać demokrację
Górą jest ten kto
ma cel
Wiesz o co mi chodzi?
Nie? No właśnie
I tak tego nie zostawie
bo nie potrafię
jak być otoczony siecią
w kłamstwie
jak złotą czy srebrną
klatkę
Pierdole ksero marne
I ten splendor w rapie
Mój robi detonacje
Jak Semtex pod autem
Nie mów że nie
potrafię
Bo to tempo złapiesz
Nawet na sejsmografie
To co pisze flow z kartek
Stawiam na jedną kartę
Pisze
te wersy jak te ostatnie!
No comments:
Post a Comment