Wednesday, 22 April 2015

23


Dwadzieścia trzy stopnie do piekła




Jedno na sto, zło tło
W loży od do dno tworzy,
Jeden na sto pozostanie zamulony.



            Jak mam naprawić to co zrobiłem? I to czego zrobić nie mogę, jak mam egzystować, od małego już się bałem żyć, jak się przystosować, iść do pracy, być kimś, dojść do czegoś, skoro nie mam już niemal nic a wszędzie naokoło widzę tylko ból, rozczarowanie, stres, agresję i żadnej, ale to żadnej miłości? Czy mam opisać swoje życie takim jakie jest, skoro doprowadza mnie do furii, skoro jestem zagubiony. Zawsze pozostaje rozwiązanie Hemingwaya, no i muzyka. To moje alibi, w jednej chwili zmienia wszystko jak grafitti na migi palnijmy sobie w łeb, to powszedni chleb jak Zip Skład, to coś jak modlitwa, lista pomysłów na start od zera, jak Lista Schindlera, rap to coś czego się nie wybiera, on wybiela, mami jak syrena gdy śpiewa i nie ma na to wytłumaczenia.
            O czym chcę napisać: o niedopowiedzeniach. Zawsze gdy chcę się związać z kimś mam z tym przypał. Zawsze również wybieram nieosiągalne cele, w zupełnym zatraceniu głowy i kalkulacji, bo emocje zawsze biorą górę. I zawsze kończy się to tak samo, jakbym przeżywał jeden niekończący się Dzień Świstaka, który dopóki się nie zmienię będzie się powtarzać. A zmieniam się, to fakt. Każda kolejna spektakularna porażka sprawia że coraz trudniej powitać kolejny dzień, coraz głębszy kompleks spowija mysli w czarny całun bezsilności, robię się coraz starszy, coraz bardziej boli serce na myśl o tych którzy potrafią dzielić się swoim. Gdy nie masz kogo kochać stajesz się coraz bardziej bezuczuciowy, nieobecny. Jak ryba wyjęta z wody możesz tylko wić się i dusić. Wiecie co powiedziała mi kiedyś Ania? ‘Pewnego dnia po trzydziestce obudzisz się z ręką w nocniku’. Potrafiła być suką.
            No dobrze, porozmawiajmy o Ani. Aby to zrobić, muszę cofnąć się w czasie o jakieś osiem tygodni. Na samą myśl znów pojawia się to nieznośne mdłe uczucie po lewej stronie. Ten czas wydaje się jak osiem miesięcy. Nadal mieszkałem wtedy z chłopakami w ciasnym trzypokojowym domku, byłem bez pracy, spałem na podłodze w malutkim zagrzybionym pokoiku (nie była to kwestia pieniędzy, te przepuszczałem regularnie na zakłady, po prostu czułem wtedy że nie potrzebuję i nie zasługuję na większe wygody, może oprócz ton bezwartościowej wiedzy na papierze wokoło) i codziennie paliłem jointy ile wlezie żeby poczuć się dobrze przez chwilę. I żeby nic się nie śniło. Słucham Ostrego, K2, Ciemnej Strefy. Hit melanżu to nadal disco polo i ‘Jeszcze Będzie Hajs’ czyli remix starego klasyka w wykonaniu Soboty i Matheo. Nadal w każdy piątek odbywają się domówki w tym samym składzie, lecz M. przestało to wystarczać, więc właśnie straciła cnotę z Rudym. O tym później. Nadal myślę o Gabi ale już nie piszę, a sińce na twarzy zaczęły schodzić, chociaż w umyśle zostały nadal. Mniej więcej wtedy zaczynam zauważać numer dwadzieścia trzy na zagarach, telefonach, billboardach i autobusach. Nadal jem byle co, palę jak smok, czasem wyciągam pety z popielniczki i je dopalam. Nadal żyję ale nie mogę frestylować. To co siedzi we mnie jest zbyt chore. Nadal starszy Zet jest po mojej stronie, ale ledwo ledwo. Młodszy Zet ma dosyć i mówi mi że mam się wyprowadzić. Rozumiem go i nie mam żalu. Nie wchodzę oknem gdy wyrzucają drzwiami.
            Wtedy właśnie dostaje robotę w Aston Labs i szansę od losu. Nowy start, rozumiecie. Okazja na wykreowanie nowego wizerunku w miejscu, gdzie ludzie nie wiedzą że jesteś geniuszem, który olał szkołę aby zająć się alkoholizmem, narkomanią, rapem i światem po drugiej stronie lustra, zgorzkniałym tchórzem który zostawia za sobą tylko miłosne i zawodowe porażki. Oczywiście nie wszystko da się ukryć lecz udaje mi się zrobić jako takie pierwsze wrażenie, otrzymać kartę do odbijania się, koszulkę i pracę na czas nieokreślony (w domyśle: dopóki nie zaczniesz odpierdalać). Fabryka produkuje szkła do Specsavers a zakład otoczony jest uspokajającą zielenią, drzewami, jest nawet rzeka. Czuć wiosnę w powietrzu, a w środku kręci się sporo zgrabnych tyłeczków.
            Tamtego dnia widzę ją po raz pierwszy. Chyba zakochuję się od razu, a już na pewno gdy się uśmiecha. Nie chodzi tu o ciało, ledwo je zauważam. Ania to drobna istota o czarnych włosach, na oko przed trzydziestką, która porusza się w delikatny sposób, jakby sunęła powolutku na niewidzialnych rolkach. Na pewno nie nadaje się do żadnego konkursu piekności, bo natura poskąpiła jej kształtów w talii jak i w biuście, ale to nie miało żadnego znaczenia. W jednym momencie stała się moją Miss UK. Chodziło o twarz. Ludzie powinni mieć na twarzy jakiś znak, który odróżniałby tych dobrych od złych. Wróć, niektórzy mają taki znak. Ona miała taki znak.
            Aby wam to wyjaśnić, muszę uciec się do małej dygresji. Pewnego razu był sobie francuski autor. Pisał pod ksywą Céline (właśc. Louis-Ferdinand Destouches). Jego najważniejsza książka; ‘Podróż do kresu Nocy’ to kopalnia czarnego humoru, depresyjnych zwierzeń i okrutnie celnych spostrzeżeń na temat ludzi. Bohater Celina (czyli on sam, ‘Podróż...’ to jedna wielka autobiografia z ciekawego, choć smutnego życia) trafia do tropikow, gdy armia postanawia ze już do niczego się nie nadaje. Togo to piekło, w czterdziestostopniowych upałach rządzą biali, żołnierze i milicja. Jeden z sierżantow zatrudnia dwunastu czarnych jako prywatną armię, po to aby sciagali podatek z okolicznych wiosek. Uzależnia ich od tytoniu i nim też płaci, wiec nigdy nie widzą tych pieniędzy (brzmi znajomo?). Wydaje się że sierżant to skurwiel jak wszyscy, dopóki nie opowiada swojej historii. Od trzech lat wysyła wszystkie pieniądze dla swojej małej siostrzenicy bez rodziców. Skazuje się dobrowolnie na upał, malarię i pasożyty tylko po to, żeby ocalić nieznaną dziewczynkę za zrabowane złoto. Gdy kończy opowieść, zasypia pijany na stole, a narrator Celina patrzy na niego i myśli ze wygląda tak jak wszyscy tutaj. Jest wychudzony od upału i zmarszczony jak zasuszona śliwka. Myśli, że dobrzy ludzie powinni mieć na twarzy jakiś znak aby móc odróżnić ich od tych złych. W ten sposób życie byłoby lepsze.
            No więc jak mam opisać jej buźkę? Słowa tego nie oddadzą, uwierzcie mi. Ale i tak to zrobię, póki jeszcze pamiętam, póki jej spojrzenie mam wyryte pod powiekami. Miała szerokie, myślące czoło i niezwykle bladą cerę, otoczoną dla kontrastu prostymi, kruczoczarnymi włosami. Miała raczej wąską twarz, z drobnym, nieco spiczastym nosem, jakby była rzeźbą, a ten kto ją rzeźbił, wyjątkowo ostrożny w szlifowaniu kamienia. Usta niepełne, zazwyczaj zaciśnięte w wąską linię podczas pracy, jakby przywykła już do długich, żmudnych godzin poświęcenia. W imię czego? To jedno z pytań których nie zadałem. Dowiedziałem się natomiast że pochodzi ze Zdolnego Śląska, jak ja.
            Ale oczy były najważniejsze. Idealne. Niedoścignione. Gdy była czymś zmartwiona lub zdenerwowana, lub gdy myślała o domu, przybierały barwę ołowiu, nieba podczas burzy. Nie lubiłem tego, ale zazwyczaj gdy spędzaliśmy czas razem były niebieskie, przechodzące niemal w turkus, czyli identyczne jak moje, a czasami ciemnobłękitne i zmrużone gdy flirtowała. Być może to jakaś ewolucyjna sztuczka mająca na celu zmianę barwy tęczówki aby zwabić kolejną przećpaną ofiarę losu. Być może w domu cały czas ma w oczach ołów. Nie wiem. Wolę o tym nie myśleć. Mam ku temu dwadzieścia trzy powody.
            W każdym razie utonąłem w nich na dobre. Gdy w nie patrzyłem ciężko było się skupić na tym co mówiła, głosem nieco niskim, ale bardzo kobiecym, choć niewyraźnym. Mówiła w bardzo rozmarzony sposób, jakby myślami była gdzie indziej. Czasem gdy rozmawialiśmy obejmowała się tymi chudymi, bladymi ramionami i patrzyła co zrobię. A gdy mówiłem jej że wygląda cudownie, albo że pachnie jak miód i mleko, śmiała się i prostowała ramiona do tyłu, zadzierając swój orli nosek, jakby sama była ptakiem. Kurwa mać, przerwa, muszę zajarać...
            W międzyczasie pieniążki zaczęły regularnie wpływać na konto. Kolejny tydzień robiłem na innej zmianie niż Ania. Jeszcze nie wiedziałem że jestem zakochany, więc zacząłem wydawać hajs jak zwykle. Po pierwszym piwku i joincie zrobiłem jedną z najgorszych transakcji, mianowicie kupiłem konsolę PSP razem z grami i pół kilograma tabaku. Tabak okazał się nianadającą się do palenia stertą trocin zwaną Korsarzem. Konsolę musiałem zastawić w następnym tygodniu żeby mieć pieniądze na przeprowadzkę. Zet, dobra dusza, pomógł mi w zgromadzeniu okrągłej sumy i cieszyłem się na myśl o życiu na większej przestrzeni, jak normalny człowiek, z łóżkiem, materacem i w ogóle.
            Pokój wybrałem pierwszy z brzegu bo przez pracę nie miałem czasu na ogarnianie spraw. Zauważyłem że w domu były pootwierane okna i unosiły się resztki nieprzyjemnego zapachu, ale nie byłem wybredny, zwłaszcza że pokój był naprawdę duży. Pozostałymi lokatorami byli Słowacy, o których (jeszcze) w ogóle nie myślałem. Wydawało się, że sprawy powoli wychodzą na prostą.
            Dwadzieścia trzy po piątej. Dwadzieścia trzy esemesy na telefonie. Czas opisać pobieżnie piątkowy melanż. Na przystanku przy parku stoi podejrzanie wyglądająca grupka. Od lewej: młodszy Zet, Jotpe-Żołnierz, dumny i wyprostowany. Przy nim jego blond towarzyszka, Domi, której alkohol nie odebrał jeszcze ani odrobiny piękna. Chyba nikt nie ma wątpliwości że ta dwójka jest sobie przeznaczona (a może skazana na siebie) na zawsze. Starszy Zet, niski i szeroki, w bejsbolówce, otoczony atmosferą ganji wymieszaną z perfumami oraz oparami absurdu. Oraz ja, łysy, w białych sneakersach, z puszką czegoś mocnego w jednej ręce i podejrzaną niebieską tabletką w drugiej. Łykam ecstasy i popijam Perłą. W tym samym momencie dzwoni mama. Wystraszony ucinam szybko rozmowę. Na początku nieco się denerwuję, bo nie wiem co dokładnie sie stanie, ale po paru minutach przestaje się przejmować. Przyjeżdża autobus a jakieś dziesięć przystanków później wsiada M. Można ją rozpoznać na kilometr. Wysoka i piękna na elfi, arystokratyczny sposób, a jednocześnie dziwnie niezdarna i nieporadna kiedy stawia kolejne kroki długimi, smukłymi nogami.
            Nie rozmawiam za dużo bo spliff plus tabletka zaczynają robić w mojej głowie niezły harmider. Oddaje się na moment myślom na temat wszystkich obecnych i ze zdziwieniem odkrywam, że ich kocham. Serio, mógłbym za nich ginąć. Myślę o M. i nie mogę się nadziwić, jak ktoś taki może być tak samotny. Przypomina to nieco pewne opowiadanie pt. ‘Rosyjska Piękność’. Mówi o niej właśnie, wysokiej, szczupłej piekności, która spędza wolny czas na prywatkach, rozmowach o cudzych uczuciach, podczas gdy jej własne, choć rozpalone do czerwoności, pozostają w ukryciu, jak listy od chłopców, jeszcze ze szkoły, z których każdy był gotów za nią umrzeć, ale żaden nie mógł do niej zbliżyć. W końcu jej koleżanka-swatka zabiera ją do domu letniskowego, gdzie piękna pije i pali szlugi do momentu, gdy niemal dusi się i nienawidzi samej siebie. Wtedy schodzi na dół i spotyka jednego z uczestników imprezy, który mówi do niej ‘Bądź moją konkubiną’. I tak się dzieje, a Rosyjska Piękność zachodzi w ciąże niemal od razu, umiera niemal od razu po porodzie. Tekst kończy się słowami: jaka strzała nie przestaje lecieć? Taka, która już trafiła do celu. Bardzo chciałem dać M. to opowiadanie, ale nigdy nie było okazji. Poza tym ona staje się bardzo nerwowa gdy tylko czuje seksualne napięcie. To dla niej przeznaczone były okrutne słowa Weny: ‘Cieżko jest żyć kobiecie w świecie mężczyzn, pełnym chwil w których każdy chce cię pieprzyć’. A mimo to między nami istniała (istnieje?) jakaś iskra i jestem niemal pewny, że Domi usiłuje zeswatać nas ze sobą.
            Wysiadka na nieznanym rejonie gdzie zbiera się reszta ekipy. Młody, czyli wysoki brunet o nieproporcjonalnej budowie ciała, wskazującej na zastrzyki i odżywki w zbyt młodym wieku. Chujogłowy, ale w dobry sposób, lubi ryzyko i alkohol, towarzyszy mu Kala. Lubię ją, to typowa ‘kicia’.
            Jest też Rudy, ciągnący za sobą woń chemii i plastiku, czyli charakterystyczny zapach mefedronu. Jak opisać Rudego? Pozwolę sobie odstawić osobiste powody na drugi plan i zrobić to na zimno, za pomocą trzech fleszbeków. Jeden: sala gimnastyczna, niebieska mata, a na niej wysoka, chuda sylwetka Rudego i jego przeciwnika. Rudy wymierza kopniaki, wysoko, niewiarygodnie wysoko, potrafi zrobić zamach ponad moją głową, a sam nie jestem karłem. Agresją i zasięgiem ramion wypycha rywala z ringu, a w tle reszta naszej paczki stoi z biało-czerwoną flagą i drze ryje w dopingu. Dwa: Rudy ma przejebane od dzieciaka. Jego dzieciństwo zostało skażone przez patologię i bardzo wcześnie pozbył się strachu. Bardzo wcześnie się zahartował i poczuł urok bycia złym chłopcem. Bójki, wagary i brak przyjaciół doprowadziły do zsyłki do szkoły specjalnej; czytaj pozbawienia wolności. W zakładzie spotyka podobnych sobie i chłonie jak gabka. Reszta dzieciaków dostaje przepustki, mogą wyrwać się choć na parę dni, ale Rudy nie otrzymuje upragnionego listu. W końcu trafia na dywanik dyrektorki, której wymyka się, że matka Rudego nie chce go spowrotem, przynajmniej na jakiś czas. Boi się. W ten sposób poznaje również jak to jest wzbudzać strach u swoich bliskich. Trzy: piatek melanż, jakieś dwa tygodnie przed ecstasy. Młody, Kala, M. i Rudy wychodzą na taksówkę. Wiem co się zaraz stanie, to wisi w powietrzu. Wiem też co o tym myślę, ale zachowuje to dla siebie. To wiekopomna chwila, a przecież wszyscy jesteśmy dorośli, prawda? (Tutaj wyobraź sobie gorzki śmiech.) Rudy podchodzi do mnie, pewny siebie kogut, bawi się sznurkami na mojej bluzie, patrzy drwiąco. Jestem najarany więc odczytuje jego spojrzenie jakby mówił na głos: ‘i co, cipo? To ja ją zerżnę, a ty będziesz powoli umierał w tym domu, z marzeniami o swojej ukochanej w Nibylandii’. Wytrzymuję jego wzrok. Wzroku M. już nie. Patrzy wprost na mnie a ja starannie unikam jej oczu. Który to już raz? Pewnie dwudziesty trzeci.
            Znów przystanek. Wydarzenia tracą spójność, jakby były nie po kolei, są bardziej intensywne – to od pigułki – mieszają się z dejavu i fleszbekami – to od jarania. Podobno dyslektycy tak mają. Akurat tak się składa że jestem ostatnim dyslektykiem tego świata. Mistrz ortografii, grafomanii, melomanii, megalomanii, masturbacji. Obecnie emerytowany, a rękawice wiszą na linach. Więc się napinam, odpływam myslami, czerwonym markerem rysuję na szybie parę oczu, czujnych oczu. Big Brother is watching you...
Nieważne. Koniec wycieczki przez Memory Lane, bo wkraczamy do niepozornego ceglanego domku pod numerem pierwszym, gdzie na oknie nadal wisi naklejka z napisem ‘Merry Christmas’. Tutaj święta są przez cały rok. Jest wytarta skórzana kanapa, dywan, telewizor, wieża, wódka i narkotyki, czyli wszystko czego trzeba żeby dobrze się bawić.

Nieraz się tu ubawiono, wódka z Colą, luz wiadomo
I to nie był mus wiadomo, wczutka skoro ustalono,
Że już czas to puszczać w koło, zabroniono ustawowo
A w kolejnych ustach lolo, kolejnym usta płoną
Następny musiał ponoć poprzedniemu pójść na pomoc
Na parapet usiadł gołąb, zapłonęło w mózgach zioło...
           
            A jednak nie opiszę melanżu. Nie wydaje się mi to właściwe. Co dzieje się na melanżu zostaje na melanżu, zazwyczaj.
            Wtorek. Ryj spuchnięty od melanżu, we łbie spadające gwiazdy jak z okładki płyty Czarnego HIFI. Wczorajszej nocy był krwawy księżyc. Była noc, greswolde, most, idąc ognistą chmurę widzę na niebie i krwawy księżyc, ponoć w taką noc rodzą się plany z tych niecnych, rany i łez, krwi plamy że z nich wychodzą strach i grzeszki, rdzawy przedświt pada na chodnik, jak się uwolnić od nich? ( O Słowakach (...). Jadę autobusem do roboty, jak zwykle na gapę. W Birmingham – jak i na wiele innych występków – panuje niepisane przyzwolenie na jazdę bez biletu. Wystarczy założyć kaptur, a stajesz się jednym z Nich, częścią anonimowego tłumu poza prawem... równie dobrze mógłbyś być dilerem, bandytą, obłąkanym, mieć własną szklarnie, laboratorium, pisać lub być artystą – dla służb to wszystko jedno. Na Bromford Lane są straszne korki i klnę w myślach na miejską komunikację. Te wszystkie pękate, siedmioosobowe Vauxhalle i Nissany pożerające łapczywie asfalt, jak bachory w środku pożarają chipsy. Tatusie i mamusie powinni mieć wyjebane i wysyłać dzieci na szkolny autobus. Taka jest moja opinia gdy się kurwa spóźniam.
            Siedzę tak, z głową opartą o szybę, w pozycji na Wkurwionego Dzieciaka z Fochem i patrzę na widoki i myslę że chciałbym zamieszkać w Paryżu. Za dużo książek i jointów. Chciałbym zamieszkać w Paryżu zanim jeszcze został zgwałcony przez falę imigrantów z byłych kolonii i Arabów z desantem chodzących worków na śmieci na barce płynącej na Wyspy, albo do jakiejkolwiek innej bezdennej studni socjalnych zasiłków. Chodzi o Paryż jeszcze przed Hitlerem, przed II wojną, o to magiczne, wysublimowane i piekne miejsce znane już tylko z kartek powieści. O miasto artystów, muzyków, pisarzy i filozofów, gdzie usmiechnięci ludzie oglądają swoje słoneczne refleksje, w witrynach odbicia.
            Chciałbym porozmawiać z jednym z nich. W moim kręgu mam ludziom coraz mniej do powiedzenia, odlatujemy każdy w swoim kierunku. Tak jest chyba w każdej grupie. Chciałbym porozmawiać z prawdziwym pisarzem. Pisarze są nawiedzeni. Płoną od środka a czasami ten płomień wydostaje się przez oczy. Są szaleni, ślepi i głusi. Są meczennikami. Bardzo chciałbym spotkać innego pisarza ale nie za bardzo wiem gdzie szukać. Wiem już że należy unikać klubów tzw. Kreatywnego Pisania, pełnych nieznośnych bananowców uprawiających werbalne walenie konia. Nie obchodzi mnie o czym mój przyszły ‘Soulmate’ miałby pisać. Czy będzie to o miłości do kurwy, o wojnie w Iraku, podróży w inną galaktykę przez dziury w czasoprzestrzeni, czy też o tym jak mały, uroczy Jimmy przychodzi do szkoły z siniakami na twarzy po tym jak ‘spadł z kanapy’. To nieistotne. Potrzebuję rozmowy na wyższym pułapie, na trzeźwo, ewentualnie na twórczym haju. Kogoś, kto na słowa ‘chyba mam depresję’ nie odpowie ‘dasz sobie radę, nie jesteś głupi’, albo ‘czasem wydajesz się być jakby z innej planety’ albo ‘nie mogę ci pomóc’. Kogoś, kto zrozumie.
            Byłbym jednym z nich, przechadzał się cały dzień bez celu ani zajęcia poza kafejkami i barami. Co bym jadł? Zrobiłbym jak ten Miller w ‘Zwrotniku Raka’: gość był bez grosza i miał do życia nastawienie w stylu JP na 100% (JP jak Jebać Pracę, Jeść i Pić za free, Jestem Pizda jak Jessie Pinkman) więc wymyślił genialne rozwiązanie. Zaczął wysyłać listy do wszystkich znajomym i nieznajomym w Paryżu z zapytaniem o to, czy nie chcieliby zapraszać go na kolację przez jeden wieczór w tygodniu. O dziwo, procent pozytywnych odpowiedzi był dość wysoki. Ludziom ciężko odtrącić sępa jeśli żyją w Nibylandii, przedwojennym Paryżu, zwłaszcza gdy sęp jest w ciąży i nosi w brzuchu książkę. Doszło wręcz do tego że gospodarze wypytywali o pozostałe, ‘wybrane’ domostwa, prześcigali się w serwowaniu wikwintnych dań aby przycmić ‘konkurencję’.
            A jednak wątpie czy ten klimat nadal istnieje. Co jeśli Paryż tak naprawdę przypomina Saltley w Birmingham? Byłem tam ostatnio. Przechadzka przez Washwood Heath Road w upale jest jak podróż przez bazar w Bombaju. Najgorszy jest zapach. Woń smażonego tłuszczu wymieszana z potem niemyjących i niemytych ludzi, chmurą smogu wydobywającą się ze zdezelowanych aut, wszystko to przyprawione tym oślizłym, drapiącym w nos zapachem, który da się określic tylko jako Ciapatych Odór (CO, trujący jak tlenek węgla). Dźwięk ich narzecza, harczący, kojarzący sie z porannym spluwaniem do zlewu. Klaksony. Burkobiety, nadęte jak żagiel i cuchnące tak że zaczynam się dusić. Stare, brudne budynki Po inwazji Pozabijane deskami, Pokryte rdzą i Pooblepiane śmieciami. Mijam szkołę, która jest jak wylęgarnia owadów, za parę lat wypuści na świat kolejne pokolenia brązowych termitów i kobiet – niewolnic. Ta ulica straszy wizją przyszłości. Ta ulica boli. Miałem chorą schizę.
            Często zadaje pytanie o wymarzone miejsce zamieszkanie, to tak zwane Sprawdzone Pytanie, a nie mam takich wiele (SP jak Strasznie mi się Podobasz więc Ssij Pałę). Ostatnio zadałem je Złotowłosej, obiektywnie najładniejszej dziewczynie w fabryce. Powiedziała że Dubaj. Słyszę to już poraz wtóry. Później powiedziała też że marzy jej się Bora Bora, eh? Wiem że ci się marzy. Tylko ani trochę nie przypominasz Ani.
          No ale Dubaj? Serio? Lepiej zjedzcie gówno Araba! Jak to sie dzieje że ludzie są chciwi nawet w marzeniach? Przecież hajs jest tylko po to aby te marzenia urzeczywistnić, to chyba oczywiste. Nie jest celem samym w sobie, a zamiennikiem. Co z tego że wiekszość moich obecnych marzeń nosi spódniczki? Pewnie stąd bierze się ten Paryż. Marzę nie tylko o seksie, niemal nigdy o hajsie, a już na pewno nie o wkładaniu chuja w portfel, gest w którym nie ma nic, jak poltergeist. To dziwne uczucie. Ciekawe czy inni mają tak samo. Muszę dyskretnie wypytać.
            A skoro juz o uczuciach mowa: mogą być twoją bronią i ostoją pamięci, jak piewszego listopada, jak o czwartej dwadzieścia rano dwudziestego szóstego grudnia. Mogą też być brzemieniem, małpą na ramieniu, jak wtedy gdy rodzi się chorobliwa zazdrość. Czasami lepiej je tłumić, dać małpie w wyszczerzony pysk, zablokować daną myśl. Czasami uczuć nie należy czuć ani sobie wyobrażać. Są jak, drogi Czytelniku, piersi twojej matki.
            Nigdy kiedy myślę nie zastanawiam się co chcesz usłyszeć, prawdę można odrobine nagiąć jak łyżeczkę siłą woli, muszę powoli ruszać zadek bo to mój przystanek.
            Docieram na miejsce dziesięć minut po czasie ale nie czuję, aby swiatowy przemysł miał na tym stracić. Do Aston Labs trafia paru starych wyjadaczy, mnóstwo kobiet i sporo świeżaków, beznadziejnie głupich i beznadziejnie naiwnych. Nie wiedzą nawet jak dotrzeć spowrotem do domu, serio. Zet opowiadał mi kiedyś co sprytni rodacy robią im po przyjeździe. Taki świeżak trafia na dworzec autobusowy, oszołomiony jak ogłuszona świnia na ubój, jak karp wyjęty z wody, niemal widać jak spazmatycznie pracują mu oskrzela, gdy próbuje się przyzwyczaić do obcego powietrza i ciągnąć za sobą toboły. W tym momencie do akcji wkracza Życzliwy Rodak (ZR – Zaufaj Raz a Zapamiętasz Raz na Zawsze). Mogłoby to wyglądać tak:
            - Przyjechałeś właśnie? – pyta ZR.
            - Beee... tzn tak! – odpowiada potulna owieczka.
            - A masz już ogarniętą robotę?
            - No nieee...
            - No to już masz! Rekrutujemy nowych ludzi do takiej i takiej fabryki, co ty na to? Start od zaraz, daj tylko numer telefonu.
            I już owieczka jest zapędzona pod maszynkę. Dostaje tę pracę i pracuje ciężko, a po wszystkim Życzliwy Rodak zgarnia 90% wypłaty (koszta pośrednika, opłaty manipulacyjne, etc. ). Świeżakowi zostaje około dwudziestu funtów na przeżycie. Razem z Zet zastanawiamy się nad rozkręceniem biznesu, pół żartem pił serio. Później zastanawiam się: gdzie i kiedy zboczyliśmy z kursu tak bardzo?
            Czas opowiedzieć nieco więcej o obsadzie tego nudnego programu zwanego Poranną Zmianą (PZ, jak Pracuj i Zapłać, a Potem Zdechnij). Zwykle nienawidzę wtorków, ale tym razem miało byc inaczej.
            CDN.

No comments:

Post a Comment