To tylko łzy więc nie wpadaj w obłęd
Bo znają nas zbyt dobrze gdy mamy problem
I jak kartki znają moją prawdziwą historię
Wszystko to co złe i wszystko to co dobre
Dla ciebie zawsze byłam druga, wiesz?
Ty dla mnie mogłeś być tym pierwszym...
Moja pamięć krzyczy wtedy mogłeś więcej
Chwyta mnie za ramię i bierze wstecz gdzieś
Robi to za często ja za często tego nie chcę
I wiesz co ? to moje przekleństwo
Dopiero tak teraz to do mnie dotarło
Więc od teraz nazywam to karmą
Nie ma tu nic za darmo
Świat gdzie częściej nie wiadomo czy warto dalej
Szczerze wierzę że warto
I choć niewiele mam to
Wiem że inni wiele by dali by mieć to co ja mam, yo!
I tak jak duch żyję i już mam dość
Znam ją, znów się naćpam, upiję i ulegnę gorzkim żalom
Wszystkie fałszywe ryje służą mi dobrą radą
Nie zrozumieją mnie, oni fizyczności łakną
Z błękitu w czerń
Mniej
więcej na przełomie kwietnia i maja dni tracą spójność, wydają się nie mieć
kolejności, jak cyfry numeru telefonu dla dyslektyka. Wszystko zaczęło się psuć
trochę wcześniej. Przez trzy kolejne dni nie zamieniam z Anią ani słowa,
traktuje ją jak powietrze, jak nic, gorzej niż jak nic, bo nic wyposażone w
anielską, dziecięcą, a jednocześnie okrutną buzię (i przebiegłą, o tak, dopiero
teraz to odkrywam, być może o wiele bardziej przebiegłą ode mnie), skórę,
płuca, serce. Nienawidzę jej za to że ma innego mężczyznę, przeciętnego
skurwiela z ryjem jak Roman Giertych, znam go jeszcze z poprzedniej fabryki.
Przypadek?
Staję się nieostrożny przez brak snu wywołany przez beznadziejny romantyzm i ciągły stan gotowości w trakcie zimnej wojny ze Słowackim Mefistofelesem. Pewnego weekendu mam sen z serii kocham i nienawidzę, jedną z tych nad wyraz realistycznych wizji produkowanych przez mózg zatruty wódką. Siedzę na czarnej kanapie a obok siedzi M, czarnowłosa, w różowej bluzce. W jednej chwili patrzymy na siebie, a w drugiej już tulę ją i chowam twarz w jej włosach, wdycham ich zapach i nie ma już jej ani mnie, jesteśmy my i spadamy do tyłu i świat kręci się jak spirala, jak Yin i Yang...
Potem biała połówka szarzeje by w końcu przejść w czerń. Coś złego jest w tej czerni. To wylot lufy, a ja mierzę w siebie. Obracam rewolwer i strzelam przed siebie, z ręką wyprostowaną i opanowaną. Wystrzał nie ma dźwięku, za to wybuchający proch miga krótką iskrą i w blasku tej iskry widzę jak obraca się bęben magazynka, widzę przed sobą twarz tego skurwysyna. Czarne tęczówki, źrenice, włosy, zarost, ubranie, spuchnięta twarz Tyskojeba.
Wtedy się budzę i mógłbym przysiąc że słyszę dźwięk zwalnianego bezpiecznika. Na wprost łóżka jest uszkodzony monitor który służy mi za szkiełko. Wyświetla nocną telewizyjną ruletkę. Gdy tak zrywam się nagle do pionu, pijany, z obłędnym wzrokiem, ekran gaśnie. I tak wiedziałem że jest nawiedzony. Zawsze zgaduje o czym myslę.
Męczą, lub dają odpocząć - są twoje. Czasem ukojenie, czasem paranoje. Sny, nawet gdy są złe, to się budzisz... Możesz w nich kochać lub mordować ludzi. Krzywe odbicie w witrynie twego ducha. Są twoje - tajne, niejawne jak życie. Tu wszystko dzieje się naprawdę.
Ale wrócmy do tematu. Staje się nieostrożny, palę dużo, o czwartej rano czy po południu, przed czy po pracy – wszystko jedno. Staje sie nieostrożny i spóźniam się. Moje dni w Aston Labs są już policzone, ale nic o tym nie wiem. Nie wiem też jak bardzo żałosny jestem przez wódkę i popełniam mocne faux pas na piątkowym melanżu. Wracam nastepnego dnia aby przeprosić nie tego kogo trzeba, nie za to co trzeba i przy okazji odurzam sie jeszcze mocniej, by zaraz wsiąść w autobus by pędzić na owertajmy. Na tylnim siedzeniu spuszczam mysli ze smyczy i urywa mi się film. Budzę się przed swoją szafką, wokół zapach dezodorantu. Nie czuję alkoholu, ale zważywszy na to, że nie pamiętam ostatniej godziny, niezbyt ufam tej ocenie. Gdy słyszę głos Anii z zasłoniętego kąta szafki, przypierdalam głową w metal. Nie spodziewałem się jej dziś w pracy. Słyszę kawałek rozmowy (weźcie pod uwagę że w fabryce nic się nie ukryje i bylismy tematem plotek od dobrych dwóch tygodni – teraz zapewne ci sami ludzie się z tego śmieją – chuj wam w serce):
- Więc jednak przyszłaś?
- Tak... jakoś tak... (często nie kończyła myśli i używała pauzy) podkusiło mnie, taki urok...
- Urok? A któż to taki?
Wtedy wychodzę z ukrycia i mówię siema. Chociaż nie odzywalismy się do siebie przez trzy dni, męcząc się w chorej pułapce niedopowiedzeń, teraz rozmawiamy tak jak za pierwszym razem, przez niemal całą noc. Ania jest inteligentna, niepozorna, drapieżna, łączą nas książki filmy, pasje, okoliczności, wszystko za wyjątkiem ciał. Jest po drugiej nad ranem, ona siedzi na blacie i macha nogami, tak piekna, a odziana w tanie buty ze SportsWorldu. Przecież zasługujesz na więcej. Dwie pary oczu, szlachetne i błękitne jak płonący gaz. Bardzo chcemy ale nie bardzo wiemy jak. W końcu wykładam karty na stół, najlepiej jak umiem. Dużo w tym zazdrości, niedobrze. Ona mówi że ma chłopaka od trzech lat, mówi to ze smutkiem i nie patrzy w oczy. Mówię że mam wyjebane w jej ciecia, że wiem czego ona potrzebuje. Zapada cisza.
Ona wraca za godzinę i mówi że sam jestem cieciem, głosem bezbarwnym i martwym. Idzie do domu przed czasem. Nigdy więcej jej nie zobaczyłem.
W sumie nie dziwie się jej. Jestem w związku z MaryJane od ponad czterech, prawie pieciu lat. Gdyby pewnego wieczoru przyszła do mnie biała dama w kusej sukni z folii, nie chciałbym wybierać na dobre i na złe. Wolałbym krótką, intensywną przygodę. Jakie te narkotyki romantyczne, nieprawdaż?
Taki już jestem. Nic na to nie poradzę. Delikatny. Sentymetalny. Chcę wyznań, bo wyzwań mam aż nadto.
Whatever.
Na przełomie kwietnia i maja dni tracą spójność.
Fleszbek:
irlandzki pub na Broad Street, jeden z moich ulubionych. Tutaj nie liczy się
ubiór ani wygląd, a wszyscy stali bywalcy to alkoholicy. Tutaj chodzę aby
zapomnieć o kolejnej niedoszłej ukochanej, wypłukać ten błękit ze krwi. Tutaj
na ścianie widnieje napis ‘Never steal another man’s wife, never water another
man’s whiskey’. Przemykają spódniczki i dostają szału jajników gdy są ostentacyjnie
ignorowane przez jakiegoś smarkacza w dresach. Smierdzą cynamomen. Przemykają
studenciaki w dżinsach i kraciastych koszulach. Śmierdzą tauryną i desperacją.
Mam
już mocno w czubie i potężną depresję. Siedzę na palarni i palę rakotwora.
Wtedy podbija do mnie jakiś typ i mówi że jest z Lubina. Łysy, szeroki, wariat.
W końcu padają nieodłączne słowa: Brooklyn i Sycylia. Dla niekumatych: Lubin
podzielony jest na dwie części, terytoria, coś jak Bloods i Creeps w wersji
regionalnej. Łysy jest z Sycylii więc mówię: ‘co ty gadasz? Ja też!’, głosem
wiarygodnym jak najebany Kwaśniewski na mównicy. Mimo to blef się udaje i
dopiero gdy toniemy w uścisku przypominam sobie, że moja ulica to Brooklyn.
Gość miażdzy ramieniem mój złamany nos, jakby chciał powiedzieć: ‘wiem że coś
kręcisz, chłopaku’. Nie chcę powtórki z ostatniego razu i kolejnych złamań,
więc kręcę tylko jointa i trzymam gębę krótko. Przychodzi jego koleżka i blond
lampucera o twarzy i wdzięku kulawego konia. Brudna Darianna na emigracji.
Palimy,
po czym idę w swoja stronę. Tlen, światła, neony, taksówki, policja, szpilki,
bramkarze, żar z papierosów jak błędne ogniki zagubionych dusz. Skręcam do
pierwszego lepszego klubo-baru i chociaż mam krótkie włosy, dresy adidasy i
stare białe sneakersy, wpuszczają mnie bez słowa. Chyba jestem niewidzialny.
Jednak gdy mijam Djeja, ten chwyta za deki i puszcza ‘Still Dre’. Bas dudni,
tyłki się kręcą, przez moment jest klimat. Wygłodniałe sztuki dookoła i mógłbym
przysiąc, że co druga sięga i zarzuca włosami gdy mnie mija. Co za bezsens.
Czuję tylko pustkę i chyba nie mam nic w sobie, tylko czemu to przyciąga tyle
pieknych kobiet? Psuję pierwsze dobre wrażenie gdy zamawiam trzy różne drinki
naraz, których zresztą nawet nie dopijam. Wzrok barmanki mówi jasno: widziałam
już takich jak ty, aspołeczny, samotny, tchórzliwy śmieciu.
Wiktoria
(Road)
Wiele
w życiu wycierpiałem. Wiele spośród tych złych rzeczy było z mojej winy –
zwłaszcza od kiedy jestem samodzielny – lecz nie wszystkie. Te pozostałe
wynikały z ludzkiej podłości, mojej naiwności, popadania ze skrajności, dość
ich. To poczucie zagubienia wynikające życiu na absolutnym, bezczynnym, martwym
dnie, w temperaturze zero Kelwina. I zawsze myślałem że to moja wina i tak
będzie chyba już do końca, aż po finał. Aż do teraz.
Dopiero
teraz pojmuję, że nasze losy są jak gra, w której budzisz się z góry ustaloną
pozycją, stażem doświadczeniem, charyzmą, reputacją, umiejętnościami i niemal
nieograniczoną planszą. To moment przełomowy. Dopiero teraz zdaje sobie sprawę
jak duże jest pole manewru, polegam na sercu, kolegach i tym miejscu, dolega mi
brak sensu, kolebka życia na osiedlu, przyznaj, chcesz wiedzieć jak grać żeby
wygrać, jaki blef ujdzie na sucho a jaki trudno, spali na panewce, mieć finezję
jak karny Panenkę, wóz fajny i panienkę, wpierdalać kurczaka w panierce i już
nic nie spali na panewce, palić TeHaCe na bletce i trzepać ten hajs naprędce. Jak
trzymać fason, intrygować kobiety, jak iść z podniesioną głową. Dopiero teraz
widzę, że moje wcześniejsze teorie i rojenia na temat wolności to wierutna
bzdura, że determinizm to usprawiedliwienie dla zamkniętego umysłu i nic
więcej, że zmieniam zdanie o sto osiemdziesiąt stopni jak niegdyś Wittgenstein.
Dziś bliżej mi pogladów Sartre. Każdego dnia mamy szansę, aby stan rzeczy
zmienić i zbudzić się jako ktoś lepszy, ktoś kto żyje w zgodzie z własnym
sumieniem. Dawno nie zaznałem tego uczucia. Tym co pozwoliło je wyzwolić jest
dom, który mogę nazwać domem.
Zacznijmy
od opisu rudery pod numerem 75 na Alexandrii. Zrządzenie losu; na ulicy tak
pełnej wspomnień i skojarzeń, tak specyficznej, że trzeba by książki (albo
filmu, albo po prostu lolka) aby choć odrobinę przybliżyć tamtejszy klimat, na
tej legendarnej ulicy zawsze dane mi było trafić pod najgorszy adres, do meliny
Słowackich ćpunów. Ten charakterystyczny zapach o którym wspominałem w
poprzednim poście okazał się odorem chorego potu po krysztale, mefedronie,
knadze. Dla niekumatych – mefa to najniższy poziom w ćpuńskim łańcuchu
pokarmowym. Jest jak – drogi Czytalniku – podnoszenie petów z ziemi aby je
domielić, w porównaniu do palenia cygara. Wzorowi ludzie nie potrzebują ani
jednego, ani drugiego. Chociaż w sumie, kto jest dziś wzorem, to kwestia do
zastanowienia. Możecie być pewni, że wasze dzieci są wpatrzone jak w obrazek w
wizerunek przećpanego rapera w ciuchach własnej wytwórni, który akurat ma hype,
swag czy inne wykrzykniki którymi określa się dziś muzykę.
Tak
jak istnieje miłość od pierwszego wejrzenia, tak istnieje nienawiść od pierwszego
starcia. Czarny zarost (wyhodowany, czy też przeruchany na żdzirowatej
czarnowłosej o zniszczonej twarzy, która jednak miała słabość – małe kotki),
wściekłe, przyjebane spojrzenie. Odkrywam w sobie wkurwionego dzieciaka, który
nie da sobą pomiatać. Od kłótni do kłótni o głupoty atmosfera się zagęszcza. Ten
dom to pułapka. Tak to widzę, rano drzwi specjalnie obniżyłem, w nocy były
wyżej, zamek ponad klamką, jakby ktoś stamtąd właśnie wyszedł, myslę że ich
nienawidzę, nie znam ich, nie, jednak dziś jest jeszcze wcześnie nie spię
częściej dreszcze dreszczowce w głowie, a gdybym był rewolwerowcem, milczą
owce, w formie no name, chyba to zrobię, poczuję się Bogiem, złożę mu zęby że
nie pomoże Colgate, a może to tylko paranoje, oni są w zmowie, kto wie co
wiedzą, komu powiedzą, ziomuś pojęcia nie mam, zawsze się w kabałę musisz
wjebać...
Nieważne.
Zapominam. Dom na Victoria jest... wiktoriański.
Kręci
się tu niezła saga, jak z obyczajowego serialu z ósemką lokatorów i psem. Siódemką
i dwoma psami jesli liczyć mnie, a plątam sie dziś po rozległym domu jak Ghostdog
po lunaparku, na pewno kojarzycie takie ciemne Nawiedzone Domy z dzieciństwa. Albo
filmów. Nie były wesołe. Domy, nie filmy. Nieważne.
Jest
tu mnóstwo luster. Oznacza to, że na każdym kroku wzrok umyka z ozdoby e stylu
retro reklamującej piwo czy-tam cider i napotyka własną gębę. Wytrzymałem tak
przez trzy butelki wina i worek jarania. Tego weekendu nie ma domówki bo Domi
pojechała do Turcji, a młodszy Zet snuje się po domu jak ślepiec bez
przewodnika. Nie przejmuj się, ja mam tak zawsze. Rozklejam się kompletnie. Nie
wiem już nawet przez kogo ani dlaczego, ale gdy biorę się w garść poduszka jest
cała mokra. Od tej pory nie patrzę w odbicie.
Jako stały
bywalec Klubu Dwadzieścia Trzy (KaDeT ze Wzgórza Złamanych serc – swoją drogą
KaDeT to zajebista ksywa, chociaż nie, zalatuje Kałenem, prawda Jeżyk?),
dołączam też do klubu PH (Przegranego Hazardzisty). Z tymi klubami to serio. Mam
karnet do obydwu.
Naprawdę
chciałbym napisać coś weselszego, na przykład pierwszy rozdział książki,
epickiej opowieści o ‘nowym dzieciaku na bloku’ w wersji angielskiej (czy też
anielskiej, jak umierający anioł), który należąc do innej z Podziału Klas
Społecznych (jak PKS – Potrzebna Kasa Szybko, albo PKS – Ikarus jak Ikarusałka)
napotyka na ludzi z Pogranicza Zarobasów, tej Pięknej Zielonej krainy (chociaż
bliższa jemu jest PZ, gdyby tylko nie był tak PiZdowaty). Ale Pieprzyć
Zazdrość. To byłaby piekna historia, z rodzaju tych chwytających za serce
opowieści o spełnieniu marzeń zwykłego, choć nieco szurniętego gościa. Jebać tą
gadkę o księciuniu.
Wolałbym
tak zrobić, ale moje życie jest zjebane, jakby pod kloszem, jak w ‘Pod Kopułą’
Kinga. I wiecie co? Pod moją kopułą jest jeszcze wystarczająco, aby zostawić
was z tyłu.
Tyle
że mogę sobie tutaj gadać, a jakiś czas później upadam mocno. To szaleństwo.
Ludzie już wiedzą (ja wiem że ty wiesz (III)), brak tajemnic, nie zostało już
ani grama aktorstwa, jestem odcięty od świata jak nigdy dotąd, mam kompleksy i
nie potrafię rozgraniczyć spraw ważnych od melanżu. Rozgraniczyć. Tak mówiła
Ania, tylko że to g brzmiało bardziej jak p... kpiący smiech. To chore. Myśl,
że miałbym już pozostać taki, jak Rysio Snajper z powieści Vonneguta, sprawia
że nie chcę mi sie żyć. Nie chcę juz patrzeć na te drwiące, śmiejące sie
twarze. Moi ludzie mówią mi że jestem cipą albo pedałem, wiecie jak to jest gdy
ludzie śmieją się z ciebie, traktują jak najgorszego śmiecia, a jednocześnie
litują się nad tobą? Przez jakiś czas nawet nie rozmawiam z ludźmi, nie patrzę
w oczy, straciłem resztki pewności i wiary w siebie. Wiecie jak to jest gdy
nosisz swoje spierdolone życie w plecaku, dzieciaku i chociaż tyrasz jak robot,
nic z tego nie wynika. Stajesz się przesądny, nerwowy, bierny, nieszczęśliwy,
głupi. Stajesz się debilem. Wpadasz w uzależnienia, pijesz bez umiaru, ale to
nie dodaje odwagi ani nie odbiera pamięci. Pamiętasz wszystko doskonale. W
myślach przepraszasz swoich bliskich za to, że muszą oglądać cię w takim
stanie. A przecież te wszystkie jointy zmyły warstwę obłudy, tak jak fala zmywa
i burzy kruszącą sie tamę, mury Babilonu. Cicha woda brzegi rwie. Już wiem co
znaczy to przysłowie.
Alfabet
Morsa, lekcja pierwsza. Dwa dźwięki, na przykład kaszlnięcia, oznaczają ‘nie’.
Jeśli bycie dorosłym oznacza rozumienie takich sygnałów, to ja odpadam. Możecie
kaszleć aż wyplujecie płuca.
Hit
melanżu: Sicc2Sicc ‘Blaze it Up’ – dla palaczy. Nneka ‘Heartbeat’ – dla cip. Gang
Albanii dla młodych gniewnych. I VNM ‘Druga’. Dla M.
Widzę
dwadzieścia trzy na wieży kiedy to piszę, jak pojawia się i znika. W połączeniu
z przejaraną japą i dziurawą pamiecią daje to efekt jakbym na czole wypisane
miał ‘πizda nad głową’. Myślę
o każdej z nich dwadzieścia trzy minuty po każdej godzinie. O niewykorzystanych
szansach. Fleszbeki na zmarnowaną karierę naukową w Bristolu.
(...)
O ćpaniu.
A
jednak oddalam te myśli, skręcam i odpalam i już problemy bledną. Przecież mam
pracę, niezłe zarobki i wszystko przed sobą.
Idę sam
przez szarość zwykłego dnia
Z
rozmysłem brat w ten rozrywek park
To
przykre jak się stoczyłem sam
A
widzę takich co jeszcze są bliżej dna
Błądziłeś
tam? Teraz zdobądź siłę na
Kroki
zegar tyka wytykam tę pseudo flotyllę gwiazd
Bez
flow, floty i bez szans
Mijam
Dolinę Klaunów i wznoszę na wyżynęNie sam, moje poczciwe japy
Bez was nie wiem jak byłoby
Pewnie spałbym szesnaście godzin lub sześć stóp pod ziemią
Lub pod celą, lub żył jako zero (kelwina)
Dzięgi nas nie podzielą (wybacz)
Bo to coś więcej niż kielon i yeyo, mielą te samary, stary
Z chęcią wjębią cię w to, jak dobry Samarytanin
Mierz siły na zamiary aby być wygranym, czaisz?
Tu każdy się bawi, a mnie?
Ogarnia nostalgia gdy patrzę na mezalians
Prawdy i kłamstwa warstwa na twarzach balast
A miało być tak pieknie, to jak zaklęcie
We łbie dzień w dzień rysa
Tu zycie biegnie w tempie w kółko jak płyta
Poprawy nie widać, to jak perpetum mobile
Sekretów promile ile rozsupłało
Językiem nie łapię much, raczej łamię w pół bit
Szalony jak Kapelusznik, masz kapę i nudny żywot
Mógłbyś swoim rapem uśpić, naucz się odróżnić
Damę od kurwy, pracę od służby, trud by funty włożyć w pusty portfel
Brudny bruk i multi kulti, ciapaci i corki w burki
Są tu cwani, dumni i durni, a owoc tej pracy
To żadne tutti frutti, więc nielegal kusi
Skłóci kumpli, skuci, dudni bas, łapiesz to w lot, krok po kroku
Do nieba jak Led Zeppelin
A oni nawet o tym nie wiedzieli..
No comments:
Post a Comment