Wednesday, 13 May 2015

Dwadzieścia trzy i pół






To tylko łzy więc nie wpadaj w obłęd
Bo znają nas zbyt dobrze gdy mamy problem
I jak kartki znają moją prawdziwą historię
Wszystko to co złe i wszystko to co dobre


Dla ciebie zawsze byłam druga, wiesz?
Ty dla mnie mogłeś być tym pierwszym...

Moja pamięć krzyczy wtedy mogłeś więcej
Chwyta mnie za ramię i bierze wstecz gdzieś
Robi to za często ja za często tego nie chcę
  I wiesz co ? to moje przekleństwo

Dopiero tak teraz to do mnie dotarło
Więc od teraz nazywam to karmą
Nie ma tu nic za darmo
Świat gdzie częściej nie wiadomo czy warto dalej
Szczerze wierzę że warto
I choć niewiele mam to
Wiem że inni wiele by dali by mieć to co ja mam, yo!


I tak jak duch żyję i już mam dość
Znam ją, znów się naćpam, upiję i ulegnę gorzkim żalom
Wszystkie fałszywe ryje służą mi dobrą radą
Nie zrozumieją mnie, oni fizyczności łakną


Z błękitu w czerń




Mniej więcej na przełomie kwietnia i maja dni tracą spójność, wydają się nie mieć kolejności, jak cyfry numeru telefonu dla dyslektyka. Wszystko zaczęło się psuć trochę wcześniej. Przez trzy kolejne dni nie zamieniam z Anią ani słowa, traktuje ją jak powietrze, jak nic, gorzej niż jak nic, bo nic wyposażone w anielską, dziecięcą, a jednocześnie okrutną buzię (i przebiegłą, o tak, dopiero teraz to odkrywam, być może o wiele bardziej przebiegłą ode mnie), skórę, płuca, serce. Nienawidzę jej za to że ma innego mężczyznę, przeciętnego skurwiela z ryjem jak Roman Giertych, znam go jeszcze z poprzedniej fabryki. Przypadek? 

            To głupie, znamy się od kilku tygodni, niemal wyłącznie platonicznie, ale ja chcę mieć to uczucie na wyłączność, exclusive. Zakochuję się jak głupi szczyl którym jestem, do szaleństwa, perfekcyjnie, tak że każda myśl i czyn jest tylko schodkiem, jednym z wielu po drodze na szczyt, gdzie jest miłość odwzajemniona. Jak na razie mam z tym dwa problemy: w niektórych przypadkach nie jestem w stanie wejść nawet na pierwszy stopień, w innych próbuję skakać po kilka naraz i się wypierdalam.

            Staję się nieostrożny przez brak snu wywołany przez beznadziejny romantyzm i ciągły stan gotowości w trakcie zimnej wojny ze Słowackim Mefistofelesem. Pewnego weekendu mam sen z serii kocham i nienawidzę, jedną z tych nad wyraz realistycznych wizji produkowanych przez mózg zatruty wódką. Siedzę na czarnej kanapie a obok siedzi M, czarnowłosa, w różowej bluzce. W jednej chwili patrzymy na siebie, a w drugiej już tulę ją i chowam twarz w jej włosach, wdycham ich zapach i nie ma już jej ani mnie, jesteśmy my i spadamy do tyłu i świat kręci się jak spirala, jak Yin i Yang...

            Potem biała połówka szarzeje by w końcu przejść w czerń. Coś złego jest w tej czerni. To wylot lufy, a ja mierzę w siebie. Obracam rewolwer i strzelam przed siebie, z ręką wyprostowaną i opanowaną. Wystrzał nie ma dźwięku, za to wybuchający proch miga krótką iskrą i w blasku tej iskry widzę jak obraca się bęben magazynka, widzę przed sobą twarz tego skurwysyna. Czarne tęczówki, źrenice, włosy, zarost, ubranie, spuchnięta twarz Tyskojeba. 

            Wtedy się budzę i mógłbym przysiąc że słyszę dźwięk zwalnianego bezpiecznika. Na wprost łóżka jest uszkodzony monitor który służy mi za szkiełko. Wyświetla nocną telewizyjną ruletkę. Gdy tak zrywam się nagle do pionu, pijany, z obłędnym wzrokiem, ekran gaśnie. I tak wiedziałem że jest nawiedzony. Zawsze zgaduje o czym myslę. 

            Męczą, lub dają odpocząć - są twoje. Czasem ukojenie, czasem paranoje. Sny, nawet gdy są złe, to się budzisz... Możesz w nich kochać lub mordować ludzi. Krzywe odbicie w witrynie twego ducha. Są twoje - tajne, niejawne jak życie. Tu wszystko dzieje się naprawdę.

            Ale wrócmy do tematu. Staje się nieostrożny, palę dużo, o czwartej rano czy po południu, przed czy po pracy – wszystko jedno. Staje sie nieostrożny i spóźniam się. Moje dni w Aston Labs są już policzone, ale nic o tym nie wiem. Nie wiem też jak bardzo żałosny jestem przez wódkę i popełniam mocne faux pas na piątkowym melanżu. Wracam nastepnego dnia aby przeprosić nie tego kogo trzeba, nie za to co trzeba i przy okazji odurzam sie jeszcze mocniej, by zaraz wsiąść w autobus by pędzić na owertajmy. Na tylnim siedzeniu spuszczam mysli ze smyczy i urywa mi się film. Budzę się przed swoją szafką, wokół zapach dezodorantu. Nie czuję alkoholu, ale zważywszy na to, że nie pamiętam ostatniej godziny, niezbyt ufam tej ocenie. Gdy słyszę głos Anii z zasłoniętego kąta szafki, przypierdalam głową w metal. Nie spodziewałem się jej dziś w pracy. Słyszę kawałek rozmowy (weźcie pod uwagę że w fabryce nic się nie ukryje i bylismy tematem plotek od dobrych dwóch tygodni – teraz zapewne ci sami ludzie się z tego śmieją – chuj wam w serce):
            - Więc jednak przyszłaś?
            - Tak... jakoś tak... (często nie kończyła myśli i używała pauzy) podkusiło mnie, taki urok...
            - Urok? A któż to taki?
            Wtedy wychodzę z ukrycia i mówię siema. Chociaż nie odzywalismy się do siebie przez trzy dni, męcząc się w chorej pułapce niedopowiedzeń, teraz rozmawiamy tak jak za pierwszym razem, przez niemal całą noc. Ania jest inteligentna, niepozorna, drapieżna, łączą nas książki filmy, pasje, okoliczności, wszystko za wyjątkiem ciał. Jest po drugiej nad ranem, ona siedzi na blacie i macha nogami, tak piekna, a odziana w tanie buty ze SportsWorldu. Przecież zasługujesz na więcej. Dwie pary oczu, szlachetne i błękitne jak płonący gaz. Bardzo chcemy ale nie bardzo wiemy jak. W końcu wykładam karty na stół, najlepiej jak umiem. Dużo w tym zazdrości, niedobrze. Ona mówi że ma chłopaka od trzech lat, mówi to ze smutkiem i nie patrzy w oczy. Mówię że mam wyjebane w jej ciecia, że wiem czego ona potrzebuje. Zapada cisza. 

            Ona wraca za godzinę i mówi że sam jestem cieciem, głosem bezbarwnym i martwym. Idzie do domu przed czasem. Nigdy więcej jej nie zobaczyłem.

            W sumie nie dziwie się jej. Jestem w związku z MaryJane od ponad czterech, prawie pieciu lat. Gdyby pewnego wieczoru przyszła do mnie biała dama w kusej sukni z folii, nie chciałbym wybierać na dobre i na złe. Wolałbym krótką, intensywną przygodę. Jakie te narkotyki romantyczne, nieprawdaż?

            Taki już jestem. Nic na to nie poradzę. Delikatny. Sentymetalny. Chcę wyznań, bo wyzwań mam aż nadto.
           
Whatever. Na przełomie kwietnia i maja dni tracą spójność. 

Fleszbek: irlandzki pub na Broad Street, jeden z moich ulubionych. Tutaj nie liczy się ubiór ani wygląd, a wszyscy stali bywalcy to alkoholicy. Tutaj chodzę aby zapomnieć o kolejnej niedoszłej ukochanej, wypłukać ten błękit ze krwi. Tutaj na ścianie widnieje napis ‘Never steal another man’s wife, never water another man’s whiskey’. Przemykają spódniczki i dostają szału jajników gdy są ostentacyjnie ignorowane przez jakiegoś smarkacza w dresach. Smierdzą cynamomen. Przemykają studenciaki w dżinsach i kraciastych koszulach. Śmierdzą tauryną i desperacją.

Mam już mocno w czubie i potężną depresję. Siedzę na palarni i palę rakotwora. Wtedy podbija do mnie jakiś typ i mówi że jest z Lubina. Łysy, szeroki, wariat. W końcu padają nieodłączne słowa: Brooklyn i Sycylia. Dla niekumatych: Lubin podzielony jest na dwie części, terytoria, coś jak Bloods i Creeps w wersji regionalnej. Łysy jest z Sycylii więc mówię: ‘co ty gadasz? Ja też!’, głosem wiarygodnym jak najebany Kwaśniewski na mównicy. Mimo to blef się udaje i dopiero gdy toniemy w uścisku przypominam sobie, że moja ulica to Brooklyn. Gość miażdzy ramieniem mój złamany nos, jakby chciał powiedzieć: ‘wiem że coś kręcisz, chłopaku’. Nie chcę powtórki z ostatniego razu i kolejnych złamań, więc kręcę tylko jointa i trzymam gębę krótko. Przychodzi jego koleżka i blond lampucera o twarzy i wdzięku kulawego konia. Brudna Darianna na emigracji. 

Palimy, po czym idę w swoja stronę. Tlen, światła, neony, taksówki, policja, szpilki, bramkarze, żar z papierosów jak błędne ogniki zagubionych dusz. Skręcam do pierwszego lepszego klubo-baru i chociaż mam krótkie włosy, dresy adidasy i stare białe sneakersy, wpuszczają mnie bez słowa. Chyba jestem niewidzialny. Jednak gdy mijam Djeja, ten chwyta za deki i puszcza ‘Still Dre’. Bas dudni, tyłki się kręcą, przez moment jest klimat. Wygłodniałe sztuki dookoła i mógłbym przysiąc, że co druga sięga i zarzuca włosami gdy mnie mija. Co za bezsens. Czuję tylko pustkę i chyba nie mam nic w sobie, tylko czemu to przyciąga tyle pieknych kobiet? Psuję pierwsze dobre wrażenie gdy zamawiam trzy różne drinki naraz, których zresztą nawet nie dopijam. Wzrok barmanki mówi jasno: widziałam już takich jak ty, aspołeczny, samotny, tchórzliwy śmieciu.  

Wiktoria (Road)

Wiele w życiu wycierpiałem. Wiele spośród tych złych rzeczy było z mojej winy – zwłaszcza od kiedy jestem samodzielny – lecz nie wszystkie. Te pozostałe wynikały z ludzkiej podłości, mojej naiwności, popadania ze skrajności, dość ich. To poczucie zagubienia wynikające życiu na absolutnym, bezczynnym, martwym dnie, w temperaturze zero Kelwina. I zawsze myślałem że to moja wina i tak będzie chyba już do końca, aż po finał. Aż do teraz.

Dopiero teraz pojmuję, że nasze losy są jak gra, w której budzisz się z góry ustaloną pozycją, stażem doświadczeniem, charyzmą, reputacją, umiejętnościami i niemal nieograniczoną planszą. To moment przełomowy. Dopiero teraz zdaje sobie sprawę jak duże jest pole manewru, polegam na sercu, kolegach i tym miejscu, dolega mi brak sensu, kolebka życia na osiedlu, przyznaj, chcesz wiedzieć jak grać żeby wygrać, jaki blef ujdzie na sucho a jaki trudno, spali na panewce, mieć finezję jak karny Panenkę, wóz fajny i panienkę, wpierdalać kurczaka w panierce i już nic nie spali na panewce, palić TeHaCe na bletce i trzepać ten hajs naprędce. Jak trzymać fason, intrygować kobiety, jak iść z podniesioną głową. Dopiero teraz widzę, że moje wcześniejsze teorie i rojenia na temat wolności to wierutna bzdura, że determinizm to usprawiedliwienie dla zamkniętego umysłu i nic więcej, że zmieniam zdanie o sto osiemdziesiąt stopni jak niegdyś Wittgenstein. Dziś bliżej mi pogladów Sartre. Każdego dnia mamy szansę, aby stan rzeczy zmienić i zbudzić się jako ktoś lepszy, ktoś kto żyje w zgodzie z własnym sumieniem. Dawno nie zaznałem tego uczucia. Tym co pozwoliło je wyzwolić jest dom, który mogę nazwać domem.

Zacznijmy od opisu rudery pod numerem 75 na Alexandrii. Zrządzenie losu; na ulicy tak pełnej wspomnień i skojarzeń, tak specyficznej, że trzeba by książki (albo filmu, albo po prostu lolka) aby choć odrobinę przybliżyć tamtejszy klimat, na tej legendarnej ulicy zawsze dane mi było trafić pod najgorszy adres, do meliny Słowackich ćpunów. Ten charakterystyczny zapach o którym wspominałem w poprzednim poście okazał się odorem chorego potu po krysztale, mefedronie, knadze. Dla niekumatych – mefa to najniższy poziom w ćpuńskim łańcuchu pokarmowym. Jest jak – drogi Czytalniku – podnoszenie petów z ziemi aby je domielić, w porównaniu do palenia cygara. Wzorowi ludzie nie potrzebują ani jednego, ani drugiego. Chociaż w sumie, kto jest dziś wzorem, to kwestia do zastanowienia. Możecie być pewni, że wasze dzieci są wpatrzone jak w obrazek w wizerunek przećpanego rapera w ciuchach własnej wytwórni, który akurat ma hype, swag czy inne wykrzykniki którymi określa się dziś muzykę.

Tak jak istnieje miłość od pierwszego wejrzenia, tak istnieje nienawiść od pierwszego starcia. Czarny zarost (wyhodowany, czy też przeruchany na żdzirowatej czarnowłosej o zniszczonej twarzy, która jednak miała słabość – małe kotki), wściekłe, przyjebane spojrzenie. Odkrywam w sobie wkurwionego dzieciaka, który nie da sobą pomiatać. Od kłótni do kłótni o głupoty atmosfera się zagęszcza. Ten dom to pułapka. Tak to widzę, rano drzwi specjalnie obniżyłem, w nocy były wyżej, zamek ponad klamką, jakby ktoś stamtąd właśnie wyszedł, myslę że ich nienawidzę, nie znam ich, nie, jednak dziś jest jeszcze wcześnie nie spię częściej dreszcze dreszczowce w głowie, a gdybym był rewolwerowcem, milczą owce, w formie no name, chyba to zrobię, poczuję się Bogiem, złożę mu zęby że nie pomoże Colgate, a może to tylko paranoje, oni są w zmowie, kto wie co wiedzą, komu powiedzą, ziomuś pojęcia nie mam, zawsze się w kabałę musisz wjebać...
Nieważne. Zapominam. Dom na Victoria jest... wiktoriański.
Kręci się tu niezła saga, jak z obyczajowego serialu z ósemką lokatorów i psem. Siódemką i dwoma psami jesli liczyć mnie, a plątam sie dziś po rozległym domu jak Ghostdog po lunaparku, na pewno kojarzycie takie ciemne Nawiedzone Domy z dzieciństwa. Albo filmów. Nie były wesołe. Domy, nie filmy. Nieważne.

Jest tu mnóstwo luster. Oznacza to, że na każdym kroku wzrok umyka z ozdoby e stylu retro reklamującej piwo czy-tam cider i napotyka własną gębę. Wytrzymałem tak przez trzy butelki wina i worek jarania. Tego weekendu nie ma domówki bo Domi pojechała do Turcji, a młodszy Zet snuje się po domu jak ślepiec bez przewodnika. Nie przejmuj się, ja mam tak zawsze. Rozklejam się kompletnie. Nie wiem już nawet przez kogo ani dlaczego, ale gdy biorę się w garść poduszka jest cała mokra. Od tej pory nie patrzę w odbicie.

Jako stały bywalec Klubu Dwadzieścia Trzy (KaDeT ze Wzgórza Złamanych serc – swoją drogą KaDeT to zajebista ksywa, chociaż nie, zalatuje Kałenem, prawda Jeżyk?), dołączam też do klubu PH (Przegranego Hazardzisty). Z tymi klubami to serio. Mam karnet do obydwu.

Naprawdę chciałbym napisać coś weselszego, na przykład pierwszy rozdział książki, epickiej opowieści o ‘nowym dzieciaku na bloku’ w wersji angielskiej (czy też anielskiej, jak umierający anioł), który należąc do innej z Podziału Klas Społecznych (jak PKS – Potrzebna Kasa Szybko, albo PKS – Ikarus jak Ikarusałka) napotyka na ludzi z Pogranicza Zarobasów, tej Pięknej Zielonej krainy (chociaż bliższa jemu jest PZ, gdyby tylko nie był tak PiZdowaty). Ale Pieprzyć Zazdrość. To byłaby piekna historia, z rodzaju tych chwytających za serce opowieści o spełnieniu marzeń zwykłego, choć nieco szurniętego gościa. Jebać tą gadkę o księciuniu.

Wolałbym tak zrobić, ale moje życie jest zjebane, jakby pod kloszem, jak w ‘Pod Kopułą’ Kinga. I wiecie co? Pod moją kopułą jest jeszcze wystarczająco, aby zostawić was z tyłu. 

Tyle że mogę sobie tutaj gadać, a jakiś czas później upadam mocno. To szaleństwo. Ludzie już wiedzą (ja wiem że ty wiesz (III)), brak tajemnic, nie zostało już ani grama aktorstwa, jestem odcięty od świata jak nigdy dotąd, mam kompleksy i nie potrafię rozgraniczyć spraw ważnych od melanżu. Rozgraniczyć. Tak mówiła Ania, tylko że to g brzmiało bardziej jak p... kpiący smiech. To chore. Myśl, że miałbym już pozostać taki, jak Rysio Snajper z powieści Vonneguta, sprawia że nie chcę mi sie żyć. Nie chcę juz patrzeć na te drwiące, śmiejące sie twarze. Moi ludzie mówią mi że jestem cipą albo pedałem, wiecie jak to jest gdy ludzie śmieją się z ciebie, traktują jak najgorszego śmiecia, a jednocześnie litują się nad tobą? Przez jakiś czas nawet nie rozmawiam z ludźmi, nie patrzę w oczy, straciłem resztki pewności i wiary w siebie. Wiecie jak to jest gdy nosisz swoje spierdolone życie w plecaku, dzieciaku i chociaż tyrasz jak robot, nic z tego nie wynika. Stajesz się przesądny, nerwowy, bierny, nieszczęśliwy, głupi. Stajesz się debilem. Wpadasz w uzależnienia, pijesz bez umiaru, ale to nie dodaje odwagi ani nie odbiera pamięci. Pamiętasz wszystko doskonale. W myślach przepraszasz swoich bliskich za to, że muszą oglądać cię w takim stanie. A przecież te wszystkie jointy zmyły warstwę obłudy, tak jak fala zmywa i burzy kruszącą sie tamę, mury Babilonu. Cicha woda brzegi rwie. Już wiem co znaczy to przysłowie. 

Alfabet Morsa, lekcja pierwsza. Dwa dźwięki, na przykład kaszlnięcia, oznaczają ‘nie’. Jeśli bycie dorosłym oznacza rozumienie takich sygnałów, to ja odpadam. Możecie kaszleć aż wyplujecie płuca.
Hit melanżu: Sicc2Sicc ‘Blaze it Up’ – dla palaczy. Nneka ‘Heartbeat’ – dla cip. Gang Albanii dla młodych gniewnych. I VNM ‘Druga’. Dla M.     

Widzę dwadzieścia trzy na wieży kiedy to piszę, jak pojawia się i znika. W połączeniu z przejaraną japą i dziurawą pamiecią daje to efekt jakbym na czole wypisane miał ‘πizda nad głową’. Myślę o każdej z nich dwadzieścia trzy minuty po każdej godzinie. O niewykorzystanych szansach. Fleszbeki na zmarnowaną karierę naukową w Bristolu. 

(...) O ćpaniu.

A jednak oddalam te myśli, skręcam i odpalam i już problemy bledną. Przecież mam pracę, niezłe zarobki i wszystko przed sobą.  


Idę sam przez szarość zwykłego dnia
Z rozmysłem brat w ten rozrywek park
To przykre jak się stoczyłem sam
A widzę takich co jeszcze są bliżej dna
Błądziłeś tam? Teraz zdobądź siłę na
Kroki zegar tyka wytykam tę pseudo flotyllę gwiazd
Bez flow, floty i bez szans
            Mijam Dolinę Klaunów i wznoszę na wyżynę
            Nie sam, moje poczciwe japy
            Bez was nie wiem jak byłoby
            Pewnie spałbym szesnaście godzin lub sześć stóp pod ziemią
            Lub pod celą, lub żył jako zero (kelwina)
            Dzięgi nas nie podzielą (wybacz)
            Bo to coś więcej niż kielon i yeyo, mielą te samary, stary
            Z chęcią wjębią cię w to, jak dobry Samarytanin
            Mierz siły na zamiary aby być wygranym, czaisz?
            Tu każdy się bawi, a mnie?
            Ogarnia nostalgia gdy patrzę na mezalians
            Prawdy i kłamstwa warstwa na twarzach balast
            A miało być tak pieknie, to jak zaklęcie
            We łbie dzień w dzień rysa
            Tu zycie biegnie w tempie w kółko jak płyta
            Poprawy nie widać, to jak perpetum mobile
            Sekretów promile ile rozsupłało
            Językiem nie łapię much, raczej łamię w pół bit
            Szalony jak Kapelusznik, masz kapę i nudny żywot
            Mógłbyś swoim rapem uśpić, naucz się odróżnić
            Damę od kurwy, pracę od służby, trud by funty włożyć w pusty portfel
            Brudny bruk i multi kulti, ciapaci i corki w burki
            Są tu cwani, dumni i durni, a owoc tej pracy
            To żadne tutti frutti, więc nielegal kusi
            Skłóci kumpli, skuci, dudni bas, łapiesz to w lot, krok po kroku
            Do nieba jak Led Zeppelin
            A oni nawet o tym nie wiedzieli..

No comments:

Post a Comment