Tuesday, 5 August 2014

tak to widze

''Wielu z tamtych zna mnie jako spokojnego chłopca
Który czasem zmieniał się w opornego góścia
Tłumił emocje, bazgrał mury
Wtedy nikt nie umiał nic zrozumieć z mej natury''

Gubisz Ostrość


''Piętro piąte, taksówkarz z żoną, ojcem, synem, babką , matką, psem, ile ścian to jest?
Dwa pokoje i balkon
Na czwartym mieszka stary szlauf co o najmniejszy występ dzwoni na policję
Pierdolić tą pizdę (hmmm)
Na trzecim mieszkam ja, lat dwadzieścia dwa
No już dwadzieścia trzy, co rusz domofon, psy, to przez tą z góry
Choć sama miała mete za czasów komuny
Przecież forsa
na drugim mieszka sasiąd, któremu ocaliłem życie
Choć nadal jak robię muzykę wali w kaloryfer
Pierwsze piętro, Lucyfer, rewir dozorcy, to ten gość od podbieranej poczty
Teraz wierzący
Cóż, inne czasy sam wiem
Choć co by się nie działo w klatce wszystko jest na mnie
Bezpodstawnie''

Blok


''Jeśli boisz się być dobry, później boisz się luster.''

przysłowie




Czuję, że miałem (mam) w życiu dwa motywy przewodnie, dwa etapy. Nie chodzi tu o dzieciństwo i dorosłość, choć nieuchronny fakt dorastania ma wiele wspólnego z tym, że zacząłem formułować tego typu refleksje. To bardziej wpis na temat dwóch części osobowości, z których jedna rozwinęła się ponad miarę we wcześniejszych latach, a druga właśnie rozkwita, przez długi czas zaniedbana i porzucona jak dziki ogród, aby w końcu została odkryta.
Pierwsza strona jest racjonalna, czasem zimna, teoretyczna, łączy się z ciekawością świata, gromadzeniem wiedzy, odkrywaniem faktów, które wcale nie muszą być przydatne. Wystarczy że są inspirujące, rozświetlają mroczne zakamarki ludzkiej ignorancji. Jest to nierozerwalnie połączone z czytaniem; nawykiem, który niestety jest rzadki, niedoceniany i ukryty. Gdyby więcej ludzi sięgało po książki, świat byłby lepszym miejscem. A gdyby do tego akademickie miękkie leszcze nauczyły się żyć jak dobre chłopaki, to już w ogóle mielibyśmy Eden. Żart. Słowo pisane odróżnia nas od reszty zwierząt.
Drugi etap to nauka życia między ludźmi, dzielenia się z nimi czasem, emocjami i przemyśleniami. Pierwsza część skierowana jest do wewnątrz, jak odbiornik, który otrzymuje fale radiowe, ale sam nie może ich wysyłać. Ta druga jest jak radiostacja emitująca słowa i dźwieki, śmiech i lęki, które może otrzymać każdy, kto wie jak je znaleźć. Ty, który to czytasz, jesteś moim odbiornikiem.
Większość ludzi jest jak radiostacja, do tego jedna z tych popowych szmir. Przez cały dzień nadają te same kawałki i nawet nie zdają sobie sprawy z własnej wtórności i prostoty. Są również ludzie którzy tylko odbierają, czy nie na tym polega autyzm lub zamknięcie w sobie? Pomijając na chwilę kwestię indywidualnej preferencji, dobre życie zawiera balans tych dwóch ekstremów. Ten pomysł nie jest nowy: już Arystoteles pisał o etyce wartości, zalet. Wartość jest średnią pomiędzy brakiem wystarczającej ilości danej cechy (np. tchórzostwo) a jej nadmiarem (kozaczenie).
Życie między ludźmi wymaga odwagi, pewności siebie, ale dla kogoś takiego jak ja, przede wszystkim empatii. Zrozumienie ludzkiej natury, wyciągnięcie ręki do innych i bycie sobą prowadzi do niezliczonej ilości możliwości, ale i niebezpieczeństw, ran na psychice i pokus. O pokusach też porozmawiamy.
Ale tak naprawdę chcę wam opowiedzieć o tym jak żyję, o prawdziwych miejscach, wydarzeniach, ludziach, emocjach. Dziś nie będzie fikcji, fantazji ani poezji. Będzie o tym, dlaczego ludzie boją się takich jak ja, rozmawiają o nich kiedy sobie pójdziemy. Będzie o tym co się dzieje i jak to widzę.
Ciężko w to uwierzyć.
Jeśli chodzi o miejsce, większość akcji rozgrywa się w wielopokojowym domu na angielskiej emigracji. Trafiłem tu po paru bolesnych, wycieńczających i niezapomnianych tygodniach bezdomnej tułaczki. Poznałem w tym czasie kilka dziwnych zakątków miasta, poznałem hostele, mekkę turystów, nowo przybyłych, przegranych i tych, którzy mają coś do ukrycia. W nocy czasem błądziłem korytarzami, a czasem zapadałem w kamienny sen na jednym z piętrowych łóżek. Było ich rozstawionych po kilka w każdym pokoju, co oznaczało, że dzieliłem przestrzeń z ósemką ludzi. Nie wiem co by było wtedy gdyby nie moi ludzie i gdyby nie Gabi.
Ale do rzeczy. Drzwi mojej idylli wyglądają na szeroki biały podjazd, wysypany białymi kamyczkami i wypełniony samochodami właściciela. Ma ich pięć czy sześć, kilka beemek, Lexusy, raz nawet podjechało Subaru Impreza.
Zobacz to miejsce dobrze, jak z lotu ptaka, jakbyś przybliżył maksymalnie obraz z Google Street View. Kamera omija podjazd i przez dziurę w płocie wędruje do ogrodu, mijając tony gratów, narzędzi i zepsutej elektroniki. Dalej jest biały, plastikowy stół i dwie ławki zrobione z kamieni i desek. Za nimi, opuszczone i bezużyteczne, leżą lampy, wiatraki i kawałki blachy, prawdopodobnie zniesione ze strychu. Domyśl się sam, drogi Czytelniku, do czego mogły służyć. Podpowiem, że nie do hodowli pomidorów...
Wybraliśmy się w podróż z lotu ptaka akurat w dniu, kiedy melanż toczy się w najlepsze, więc chociaż nikogo nie ma na zewnątrz (jest siódma rano) to pod stołem piętrzą się puszki, mnóstwo puszek. Obok rozciągnięta jest siatka do badmintona, leżą paletki, trzy ułamane i jedna cała. Hałda węgla, pnie, gałęzie i gąszcz, który rozciąga się dalej około dwudziestu metrów. Wszystko to należy do nas, ale nie bardzo mamy co z tym zrobić.
Jest pełnia lata, sezon na grilla i faktycznie, przy tylnych drzwiach rozstawiony jest blaszany pojemnik, który mniej więcej spełnia tą funkcję. Tyle tylko, że w ten weekend w nie będzie grillowania, jakkolwiek gorąco by nie było. W ten weekend głowami rządzi ścierwo i nie będziemy jedli. Jakby na potwierdzenie tych słów zajrzyjmy do kuchni. Przypadkowy człowiek zwróci najpierw uwagę na syf, patelnie, garnki, znowu puszki. Bystry obserwator zauważy nietknięte, psujące się jedzenie, trochę egzotycznego żarcia. Należy do Hindusów, którzy wprowadzili się w tym tygodniu. Trafili na zły okres, ale znoszą balangę bez słowa skargi, chociaż mają małe dziecko. Zapewne boją się. Swoją drogą, nie cierpię ludzi, którzy się mnie boją. Dla człowieka pod zasłoną używek, strach jest wyczuwalny od razu, jego woń wypełnia nozdrza i nie pozwala oddychać.
Niewidzialny poranny obserwator kontynuuje swoją wędrówkę, mija pokój Madziara na dole. Madziar to starszy facet, chłop jak dąb, niezły wariat, ale widać, że ma ochotę zarzucić gdzieś kotwicę. Nie pije dużo (już?) ani nie bierze (już?), lubi z nami pogadać, ale dużo czasu spędza w pracy. Po lewej stronie są schody na górę, ale zanim się tam wybierzemy, skręcimy w prawo, przez zamknięte drzwi i do piwnicy. To złe miejsce. Nie wiem, jak inaczej to wyrazić, ale tak jest, czuje się to schodząc po zimnych, kamiennych schodkach do bunkru bez światła. Za każdym razem wchodząc tutaj człowiek myśli o jego mrocznych zakamarkach, o dziwnych ławach z kamienia, przypominających prycze obozu koncentracyjnego. O seryjnych mordercach przechowujących swoje ofiary w piwnicach i innym tego typu gównie. Schodzę tam tylko, kiedy muszę zobaczyć stan licznika. Przez większość czasu drzwi pozostają zamknięte na cztery spusty. I dobrze.
W końcu musimy wejść na górę, powolutku, po schodach pełnych kawałków słomy z ogrodu. Drzwi na wprost prowadzą do pokoju Z., jednosobówki, która jednak stanowi swoiste centrum rozrywki, a to ze względu na telewizor, Playstation i wieżę. Na całym piętrzę czuć woń alkoholu i papierosów, ale u Z. Ta woń miesza się z zapachem świeżych kwiatów. Zbierał je w bukiet o drugiej w nocy z pobliskich ulic. Teraz leżą rozjebane, z wyrwanymi korzeniami, Z. Też leży nieprzytomny, choć zaraz się obudzi, z pizdą pod okiem, wybitym barkiem i straszliwym moralniakiem, jeszcze uśpionym ale czekającym aż poziom promili nieco opadnie, by wyszczerzyć radośnie kły i włamać się do jego psychiki. To będzie ciężki dzień.
Po lewej stronie pokój naszych gołąbeczków, pary, która kocha się po to, żeby się nienawidzić. Anglia im nie służy, ale w sumie można by to powiedzieć o nas wszystkich. On właśnie się wyprowadza, po tym jak ona ośmieliła się iść do klubu z koleżankami, za to bez telefonu. Oczywiście taka zniewaga nie mogła ujść płazem w oczach typa, który ma mniejsze jaja od niej, ale za to daje ostatnio ostro w palnik. Telenowela jest już prawie skończona, za parę dni gość złamię nogę o drzwi, ścigając ją po tym, jak wyrwała się, gdy złapał ją za bety i chciał... Bóg jeden wie co chciał. Ale to dopiero później, a na razie śpią, on, kolega (fałszywy, ale lubiący dobrze wypić) i jego siostra. Jest cisza i spokój, jedynie bałagan i zapach świadczy o tym, co zdarzyło się wczoraj.
Na końcu wchodzimy do mojej samotni. Czasem, kiedy jest czysto, jestem dumny, że potrafię (no, prawię) utrzymać takie lokum. Dziś nie jest czysto. Na następny dzień wyniosę stąd pełny dwustulitrowy worek śmieci, ale jak na razie wszystko to leży porozpierdalane po pokoju. Łóżko wypełnione ciuchami, książkami i innymi szpargałami, właściwie to już nawet na nim nie śpię, tylko tracę przytomność na wygodnej kanapie. Kanapa zaczęła nabierać lekko szarego odcieniu, od całego dymu, który gromadzi się tu noc w noc. Na drzwiach widnieje sentencja, jedna z wielu z krynicy mądrości towarzysza Z: 'jak suka nie da to pies nie weźmie'. Takie kwiatki poukrywane są wszędzie. Na stole, oprócz zwyczajowego zestawu: piwo, papierosy, popielniczka, bletki, kable, głośniki, papiery, jest dziś również rozkruszona biała gruda. Tak mało a tak dużo. Czegoś brakuje, wieży, niedziałającego szmelcu, który wczoraj naćpany wyrzuciłem przez okno. Całość sprawia wrażenie jakby przeleciało tu małe tornado. Jeśli miejsce, w którym mieszkasz ma świadczyć o Tobie, wolę nie wiedzieć do jakich wniosków mogłyby dojść osoby trzecie. Całe szczęście że takowych nie sprowadzam. Sprowadzam za to na siebie narkotyczny całun, który skończy się dopiero we wtorek, a jak na razie patrzę przez okno (poniżej jest mały daszek, siedzieliśmy na nim rozmawiając o trzeciej w nocy) jak wstaje nowy dzień i czekam aż wstanie reszta.
Nasze matki nie wiedzą gdzie mieszkamy, chociaż same są niedaleko. Nasze rodziny nie wiedzą jak żyjemy, choć się domyślają. A póki co niech melanż trwa. Gdy człowiek dobrze się bawi, czas szybciej mija. Swoją drogą naprawdę zaczynam odczuwać upływające dni jako coraz krótsze, w porównaniu do tego kiedy byłem młodszy. Myślę, że to wrażenie znane każdemu kto teraz uważa, że jest w wieku mniej więcej 'dorosłym'. To już. Jak to się mogło stać? Ową względność czasu, nieuchronną przemianę z naszych wczesnych dni, kiedy wydaje się rozciągać jak gumka, do dzisiaj, kiedy kurczy się i coraz mniej jest go na luz, odkrywanie nowych rzeczy. Tą przemianę opisał bardzo plastycznie Lem, w tych słowach:
Był więc czas wtedy [w dzieciństwie – dopisek mój] otchłanią w sobie nieruchomą, jakby bezwładną, bezaktywną. W nim działo się bardzo wiele, jak w morzu, ale on jakby sam stał. Każda godzina szkolna stanowiła rodzaj Oceanu Atlantyckiego, który należało przebyć z męstwem samozaparcia w sercu, od dzwonka do dzwonka upływały najeżone niebezpieczeństwami wieczności, cóż dopiero mówić o wakacjach, które stanowiły rodzaj epok między czerwcem a wrześniem. (...) Niepostrzeżenie wszystko zaczęło się potem dziać coraz szybciej, i niechaj nikt mi nie mówi, że wrażenia kłamią, bo zegary odmierzają jednakowy tryb mijania; powiem, że jest wręcz przeciwnie, zegary kłamią, ponieważ czas fizyczny nie ma z biologicznym nic wspólnego. (...) Pojawiamy się, pełni ufności, że jest tak jak widzimy, że dzieje się to, co poświadczają naocznie zmysły, a potem, nie wiedzieć jak ani kiedy, okazuje się, że dzieci dorastają, a dorośli zaczynają umierać.
Prawda że pięknie napisane? Chciałbym wierzyć, że posiadam choć ułamek iskry Bożej jaką miał Lem.

Problem polega na tym, że gdybym opisał miniony weekend, tak jak powoli do tego zmierzałem, nadal przyspieszony amfetaminą o piątej nad ranem we wtorek, powstałaby z tego wciągająca powieść, no, może nowela. Ale z kolei, aby osiągnąć stan potrzebny do tego, żeby dokładnie przeszukać dziury w pamięci i ułożyć zdarzenia w chronologiczną całość, musiałbym się znów naćpać, a wtedy z kolei spisywanie poprzednich faz jest mniej interesujące niż przeżywanie kolejnych. I błędne koło się zamyka.
Swoją drogą krótka wzmianka w jakimś piśmie, którą przeczytałem we właściwym momencie, pomogła mi zrozumieć na czym polega urok ścierwa, fety. Jeśli kokaina to biała dama, amfetamina to biała dziwka. Sztucznie wyzwala pokłady adrenaliny i nadadrenaliny, co oznacza, że cały potencjał ciała i umysłu (stała rezerwa uwalniana w razie niebezpieczeństwa lub intensywnego sportu; na codzień wykorzystujemy około 70% swoich możliwości) jest do dyspozycji naszej zdezorientowanej osoby. Pod wpływem adrenaliny ludzie mogą robić rzeczy na pozór niemożliwe. Jeśli słyszeliście o ludziach podnoszących zderzak samochodu, żeby uwolnić swoje dzieci lub zmiażdżone kończyny, wiecie o czym mówię. Ale to wszystko ma swoją cenę, wiesz na co się piszesz jeśli zostawisz szlaczek na tym cyrografie. Kilka dni intensywnego sportu może zaprowadzić do skrajnego wycieńczenia organizmu, lub śmierci. A co jeśli do tego przestaniesz przyjmować cokolwiek oprócz płynów? W każdym razie mam dosyć chemii i to ostatnie słowo na ten temat.
Tak więc raczej tego nie zrobię, a rozwinięcie nie dorówna wstępowi. Zresztą bądźmy realni, gdzie takie coś opublikować? Tutaj nie pasuje, bo to nie jest ćpuński blog, ani żaden hyperreal. Choć motyw narkotyków przewija się zarówno w stylu jak i treści.
Znów myślę o tym, że muszę znaleźć sobie kobietę na stałe. Problem polega na tym, że bardzo długo przyzwyczajam się do ludzi, a poza tym kto chciałby kogoś takiego? Alkoholik, narkoman, były (?) hazardzista, były (?) student, były (?) członek tej normalnej części społeczeństwa, z łysą głową, ale nieśmiały inteligent. Skrajne przeciwieństwa. Romantyk bez zdolności porozumiewania się z kobietami. Przeciwieństwo. Prowadzący najbardziej luźny i wyjebany tryb życia, a jednak spięty, gdy popatrzy w piękne oczy. Tylko alkohol pomaga, ale to działa w obie strony. Buntownik co nie lubi ludzi, ale nie może już bez nich istnieć.
Jezu, ja naprawdę nie umiem żyć. A może boję się żyć.

No comments:

Post a Comment