''Wielu z tamtych zna
mnie jako spokojnego chłopca
Który czasem
zmieniał się w opornego góścia
Tłumił emocje, bazgrał
mury
Wtedy nikt nie umiał
nic zrozumieć z mej natury''
Gubisz Ostrość
''Piętro piąte,
taksówkarz z żoną, ojcem, synem, babką , matką, psem, ile
ścian to jest?
Dwa pokoje i balkon
Na czwartym mieszka
stary szlauf co o najmniejszy występ dzwoni na policję
Pierdolić tą pizdę
(hmmm)
Na trzecim mieszkam ja,
lat dwadzieścia dwa
No już dwadzieścia
trzy, co rusz domofon, psy, to przez tą z góry
Choć sama miała mete
za czasów komuny
Przecież forsa
na drugim mieszka
sasiąd, któremu ocaliłem życie
Choć nadal jak robię
muzykę wali w kaloryfer
Pierwsze piętro,
Lucyfer, rewir dozorcy, to ten gość od podbieranej poczty
Teraz wierzący
Cóż, inne czasy
sam wiem
Choć co by się nie
działo w klatce wszystko jest na mnie
Bezpodstawnie''
Blok
''Jeśli boisz się być
dobry, później boisz się luster.''
przysłowie
Czuję, że miałem (mam) w życiu dwa
motywy przewodnie, dwa etapy. Nie chodzi tu o dzieciństwo i
dorosłość, choć nieuchronny fakt dorastania ma wiele wspólnego
z tym, że zacząłem formułować tego typu refleksje. To bardziej
wpis na temat dwóch części osobowości, z których
jedna rozwinęła się ponad miarę we wcześniejszych latach, a
druga właśnie rozkwita, przez długi czas zaniedbana i porzucona
jak dziki ogród, aby w końcu została odkryta.
Pierwsza strona jest racjonalna,
czasem zimna, teoretyczna, łączy się z ciekawością świata,
gromadzeniem wiedzy, odkrywaniem faktów, które wcale
nie muszą być przydatne. Wystarczy że są inspirujące,
rozświetlają mroczne zakamarki ludzkiej ignorancji. Jest to
nierozerwalnie połączone z czytaniem; nawykiem, który
niestety jest rzadki, niedoceniany i ukryty. Gdyby więcej ludzi
sięgało po książki, świat byłby lepszym miejscem. A gdyby do
tego akademickie miękkie leszcze nauczyły się żyć jak dobre
chłopaki, to już w ogóle mielibyśmy Eden. Żart. Słowo
pisane odróżnia nas od reszty zwierząt.
Drugi etap to nauka życia między
ludźmi, dzielenia się z nimi czasem, emocjami i przemyśleniami.
Pierwsza część skierowana jest do wewnątrz, jak odbiornik, który
otrzymuje fale radiowe, ale sam nie może ich wysyłać. Ta druga
jest jak radiostacja emitująca słowa i dźwieki, śmiech i lęki,
które może otrzymać każdy, kto wie jak je znaleźć. Ty,
który to czytasz, jesteś moim odbiornikiem.
Większość ludzi jest jak
radiostacja, do tego jedna z tych popowych szmir. Przez cały dzień
nadają te same kawałki i nawet nie zdają sobie sprawy z własnej
wtórności i prostoty. Są również ludzie którzy
tylko odbierają, czy nie na tym polega autyzm lub zamknięcie w
sobie? Pomijając na chwilę kwestię indywidualnej preferencji,
dobre życie zawiera balans tych dwóch ekstremów. Ten
pomysł nie jest nowy: już Arystoteles pisał o etyce wartości,
zalet. Wartość jest średnią pomiędzy brakiem wystarczającej
ilości danej cechy (np. tchórzostwo) a jej nadmiarem
(kozaczenie).
Życie między ludźmi wymaga odwagi,
pewności siebie, ale dla kogoś takiego jak ja, przede wszystkim
empatii. Zrozumienie ludzkiej natury, wyciągnięcie ręki do innych
i bycie sobą prowadzi do niezliczonej ilości możliwości, ale i
niebezpieczeństw, ran na psychice i pokus. O pokusach też
porozmawiamy.
Ale tak naprawdę chcę wam
opowiedzieć o tym jak żyję, o prawdziwych miejscach, wydarzeniach,
ludziach, emocjach. Dziś nie będzie fikcji, fantazji ani poezji.
Będzie o tym, dlaczego ludzie boją się takich jak ja, rozmawiają
o nich kiedy sobie pójdziemy. Będzie o tym co się dzieje i
jak to widzę.
Ciężko w to uwierzyć.
Jeśli chodzi o miejsce, większość
akcji rozgrywa się w wielopokojowym domu na angielskiej emigracji.
Trafiłem tu po paru bolesnych, wycieńczających i niezapomnianych
tygodniach bezdomnej tułaczki. Poznałem w tym czasie kilka dziwnych
zakątków miasta, poznałem hostele, mekkę turystów,
nowo przybyłych, przegranych i tych, którzy mają coś do
ukrycia. W nocy czasem błądziłem korytarzami, a czasem zapadałem
w kamienny sen na jednym z piętrowych łóżek. Było ich
rozstawionych po kilka w każdym pokoju, co oznaczało, że dzieliłem
przestrzeń z ósemką ludzi. Nie wiem co by było wtedy gdyby
nie moi ludzie i gdyby nie Gabi.
Ale do rzeczy. Drzwi mojej idylli
wyglądają na szeroki biały podjazd, wysypany białymi kamyczkami i
wypełniony samochodami właściciela. Ma ich pięć czy sześć,
kilka beemek, Lexusy, raz nawet podjechało Subaru Impreza.
Zobacz to miejsce dobrze, jak z lotu
ptaka, jakbyś przybliżył maksymalnie obraz z Google Street View.
Kamera omija podjazd i przez dziurę w płocie wędruje do ogrodu,
mijając tony gratów, narzędzi i zepsutej elektroniki. Dalej
jest biały, plastikowy stół i dwie ławki zrobione z kamieni
i desek. Za nimi, opuszczone i bezużyteczne, leżą lampy, wiatraki
i kawałki blachy, prawdopodobnie zniesione ze strychu. Domyśl się
sam, drogi Czytelniku, do czego mogły służyć. Podpowiem, że nie
do hodowli pomidorów...
Wybraliśmy się w podróż z
lotu ptaka akurat w dniu, kiedy melanż toczy się w najlepsze, więc
chociaż nikogo nie ma na zewnątrz (jest siódma rano) to pod
stołem piętrzą się puszki, mnóstwo puszek. Obok
rozciągnięta jest siatka do badmintona, leżą paletki, trzy
ułamane i jedna cała. Hałda węgla, pnie, gałęzie i gąszcz,
który rozciąga się dalej około dwudziestu metrów.
Wszystko to należy do nas, ale nie bardzo mamy co z tym zrobić.
Jest pełnia lata, sezon na grilla i
faktycznie, przy tylnych drzwiach rozstawiony jest blaszany pojemnik,
który mniej więcej spełnia tą funkcję. Tyle tylko, że w
ten weekend w nie będzie grillowania, jakkolwiek gorąco by nie
było. W ten weekend głowami rządzi ścierwo i nie będziemy jedli.
Jakby na potwierdzenie tych słów zajrzyjmy do kuchni.
Przypadkowy człowiek zwróci najpierw uwagę na syf, patelnie,
garnki, znowu puszki. Bystry obserwator zauważy nietknięte, psujące
się jedzenie, trochę egzotycznego żarcia. Należy do Hindusów,
którzy wprowadzili się w tym tygodniu. Trafili na zły okres,
ale znoszą balangę bez słowa skargi, chociaż mają małe dziecko.
Zapewne boją się. Swoją drogą, nie cierpię ludzi, którzy
się mnie boją. Dla człowieka pod zasłoną używek, strach jest
wyczuwalny od razu, jego woń wypełnia nozdrza i nie pozwala
oddychać.
Niewidzialny poranny obserwator
kontynuuje swoją wędrówkę, mija pokój Madziara na
dole. Madziar to starszy facet, chłop jak dąb, niezły wariat, ale
widać, że ma ochotę zarzucić gdzieś kotwicę. Nie pije dużo
(już?) ani nie bierze (już?), lubi z nami pogadać, ale dużo czasu
spędza w pracy. Po lewej stronie są schody na górę, ale
zanim się tam wybierzemy, skręcimy w prawo, przez zamknięte drzwi
i do piwnicy. To złe miejsce. Nie wiem, jak inaczej to wyrazić, ale
tak jest, czuje się to schodząc po zimnych, kamiennych schodkach do
bunkru bez światła. Za każdym razem wchodząc tutaj człowiek
myśli o jego mrocznych zakamarkach, o dziwnych ławach z kamienia,
przypominających prycze obozu koncentracyjnego. O seryjnych
mordercach przechowujących swoje ofiary w piwnicach i innym tego
typu gównie. Schodzę tam tylko, kiedy muszę zobaczyć stan
licznika. Przez większość czasu drzwi pozostają zamknięte na
cztery spusty. I dobrze.
W końcu musimy wejść na górę,
powolutku, po schodach pełnych kawałków słomy z ogrodu.
Drzwi na wprost prowadzą do pokoju Z., jednosobówki, która
jednak stanowi swoiste centrum rozrywki, a to ze względu na
telewizor, Playstation i wieżę. Na całym piętrzę czuć woń
alkoholu i papierosów, ale u Z. Ta woń miesza się z zapachem
świeżych kwiatów. Zbierał je w bukiet o drugiej w nocy z
pobliskich ulic. Teraz leżą rozjebane, z wyrwanymi korzeniami, Z.
Też leży nieprzytomny, choć zaraz się obudzi, z pizdą pod okiem,
wybitym barkiem i straszliwym moralniakiem, jeszcze uśpionym ale
czekającym aż poziom promili nieco opadnie, by wyszczerzyć
radośnie kły i włamać się do jego psychiki. To będzie ciężki
dzień.
Po lewej stronie pokój naszych
gołąbeczków, pary, która kocha się po to, żeby się
nienawidzić. Anglia im nie służy, ale w sumie można by to
powiedzieć o nas wszystkich. On właśnie się wyprowadza, po tym
jak ona ośmieliła się iść do klubu z koleżankami, za to bez
telefonu. Oczywiście taka zniewaga nie mogła ujść płazem w
oczach typa, który ma mniejsze jaja od niej, ale za to daje
ostatnio ostro w palnik. Telenowela jest już prawie skończona, za
parę dni gość złamię nogę o drzwi, ścigając ją po tym, jak
wyrwała się, gdy złapał ją za bety i chciał... Bóg jeden
wie co chciał. Ale to dopiero później, a na razie śpią,
on, kolega (fałszywy, ale lubiący dobrze wypić) i jego siostra.
Jest cisza i spokój, jedynie bałagan i zapach świadczy o
tym, co zdarzyło się wczoraj.
Na końcu wchodzimy do mojej samotni.
Czasem, kiedy jest czysto, jestem dumny, że potrafię (no, prawię)
utrzymać takie lokum. Dziś nie jest czysto. Na następny dzień
wyniosę stąd pełny dwustulitrowy worek śmieci, ale jak na razie
wszystko to leży porozpierdalane po pokoju. Łóżko
wypełnione ciuchami, książkami i innymi szpargałami, właściwie
to już nawet na nim nie śpię, tylko tracę przytomność na
wygodnej kanapie. Kanapa zaczęła nabierać lekko szarego odcieniu,
od całego dymu, który gromadzi się tu noc w noc. Na drzwiach
widnieje sentencja, jedna z wielu z krynicy mądrości towarzysza Z:
'jak suka nie da to pies nie weźmie'. Takie kwiatki poukrywane są
wszędzie. Na stole, oprócz zwyczajowego zestawu: piwo,
papierosy, popielniczka, bletki, kable, głośniki, papiery, jest
dziś również rozkruszona biała gruda. Tak mało a tak dużo.
Czegoś brakuje, wieży, niedziałającego szmelcu, który
wczoraj naćpany wyrzuciłem przez okno. Całość sprawia wrażenie
jakby przeleciało tu małe tornado. Jeśli miejsce, w którym
mieszkasz ma świadczyć o Tobie, wolę nie wiedzieć do jakich
wniosków mogłyby dojść osoby trzecie. Całe szczęście że
takowych nie sprowadzam. Sprowadzam za to na siebie narkotyczny
całun, który skończy się dopiero we wtorek, a jak na razie
patrzę przez okno (poniżej jest mały daszek, siedzieliśmy na nim
rozmawiając o trzeciej w nocy) jak wstaje nowy dzień i czekam aż
wstanie reszta.
Nasze matki nie wiedzą gdzie
mieszkamy, chociaż same są niedaleko. Nasze rodziny nie wiedzą jak
żyjemy, choć się domyślają. A póki co niech melanż trwa.
Gdy człowiek dobrze się bawi, czas szybciej mija. Swoją drogą
naprawdę zaczynam odczuwać upływające dni jako coraz krótsze,
w porównaniu do tego kiedy byłem młodszy. Myślę, że to
wrażenie znane każdemu kto teraz uważa, że jest w wieku mniej
więcej 'dorosłym'. To już. Jak to się mogło stać? Ową
względność czasu, nieuchronną przemianę z naszych wczesnych dni,
kiedy wydaje się rozciągać jak gumka, do dzisiaj, kiedy kurczy się
i coraz mniej jest go na luz, odkrywanie nowych rzeczy. Tą przemianę
opisał bardzo plastycznie Lem, w tych słowach:
Był więc czas wtedy [w
dzieciństwie – dopisek mój] otchłanią w sobie
nieruchomą, jakby bezwładną, bezaktywną. W nim działo się
bardzo wiele, jak w morzu, ale on jakby sam stał. Każda godzina
szkolna stanowiła rodzaj Oceanu Atlantyckiego, który należało
przebyć z męstwem samozaparcia w sercu, od dzwonka do dzwonka
upływały najeżone niebezpieczeństwami wieczności, cóż
dopiero mówić o wakacjach, które stanowiły rodzaj
epok między czerwcem a wrześniem. (...) Niepostrzeżenie wszystko
zaczęło się potem dziać coraz szybciej, i niechaj nikt mi nie
mówi, że wrażenia kłamią, bo zegary odmierzają jednakowy
tryb mijania; powiem, że jest wręcz przeciwnie, zegary kłamią,
ponieważ czas fizyczny nie ma z biologicznym nic wspólnego.
(...) Pojawiamy się, pełni ufności, że jest tak jak widzimy, że
dzieje się to, co poświadczają naocznie zmysły, a potem, nie
wiedzieć jak ani kiedy, okazuje się, że dzieci dorastają, a
dorośli zaczynają umierać.
Prawda
że pięknie napisane? Chciałbym wierzyć, że posiadam choć ułamek
iskry Bożej jaką miał Lem.
Problem polega na tym, że gdybym
opisał miniony weekend, tak jak powoli do tego zmierzałem, nadal
przyspieszony amfetaminą o piątej nad ranem we wtorek, powstałaby
z tego wciągająca powieść, no, może nowela. Ale z kolei, aby
osiągnąć stan potrzebny do tego, żeby dokładnie przeszukać
dziury w pamięci i ułożyć zdarzenia w chronologiczną całość,
musiałbym się znów naćpać, a wtedy z kolei spisywanie
poprzednich faz jest mniej interesujące niż przeżywanie kolejnych.
I błędne koło się zamyka.
Swoją drogą krótka wzmianka w
jakimś piśmie, którą przeczytałem we właściwym momencie,
pomogła mi zrozumieć na czym polega urok ścierwa, fety. Jeśli
kokaina to biała dama, amfetamina to biała dziwka. Sztucznie
wyzwala pokłady adrenaliny i nadadrenaliny, co oznacza, że cały
potencjał ciała i umysłu (stała rezerwa uwalniana w razie
niebezpieczeństwa lub intensywnego sportu; na codzień
wykorzystujemy około 70% swoich możliwości) jest do dyspozycji
naszej zdezorientowanej osoby. Pod wpływem adrenaliny ludzie mogą
robić rzeczy na pozór niemożliwe. Jeśli słyszeliście o
ludziach podnoszących zderzak samochodu, żeby uwolnić swoje dzieci
lub zmiażdżone kończyny, wiecie o czym mówię. Ale to
wszystko ma swoją cenę, wiesz na co się piszesz jeśli zostawisz
szlaczek na tym cyrografie. Kilka dni intensywnego sportu może
zaprowadzić do skrajnego wycieńczenia organizmu, lub śmierci. A co
jeśli do tego przestaniesz przyjmować cokolwiek oprócz
płynów? W każdym razie mam dosyć chemii i to ostatnie słowo
na ten temat.
Tak więc raczej tego nie zrobię, a
rozwinięcie nie dorówna wstępowi. Zresztą bądźmy realni,
gdzie takie coś opublikować? Tutaj nie pasuje, bo to nie jest
ćpuński blog, ani żaden hyperreal. Choć motyw narkotyków
przewija się zarówno w stylu jak i treści.
Znów myślę o tym, że muszę
znaleźć sobie kobietę na stałe. Problem polega na tym, że bardzo
długo przyzwyczajam się do ludzi, a poza tym kto chciałby kogoś
takiego? Alkoholik, narkoman, były (?) hazardzista, były (?)
student, były (?) członek tej normalnej części społeczeństwa, z
łysą głową, ale nieśmiały inteligent. Skrajne przeciwieństwa.
Romantyk bez zdolności porozumiewania się z kobietami.
Przeciwieństwo. Prowadzący najbardziej luźny i wyjebany tryb
życia, a jednak spięty, gdy popatrzy w piękne oczy. Tylko alkohol
pomaga, ale to działa w obie strony. Buntownik co nie lubi ludzi,
ale nie może już bez nich istnieć.
Jezu, ja naprawdę nie umiem żyć. A
może boję się żyć.
No comments:
Post a Comment