‘Najmniejsza
nawet okruszyna prawdy, jaką możemy zdobyć z poznania rzeczy najwyższych,
cenniejsza jest niż najpewniejsze poznanie rzeczy najniższych’
Św. Tomasz z Akwinu
‘A best can never be as cruel as a human being,
so artistically, so picturesquely cruel’
Dostojewski
‘S’il
n’existait pas Dieu, il faudrait l’inventer’
‘If there were no God, it would be necessary to
invent Him’
Voltair
‘Na
moim przypadku Freud mógłby zrobić doktorat’
Pyskaty
Pewnego razu do Sycylijskiej wioski na południu Italii przybył pustelnik, a
wraz z nim jego pies. Sądząc po szarobrązowej, nieco przypominającej worek
szacie – jeśli przyjąć, że worek miał widocznie za sobą miesiące, a być może i
lata wędrówki – nieznajomy był mnichem, hermitą, lub mędrcem i mistykiem.
Sądząc po jego towarzyszu – był psem. Pustelnik nie naprzykrzał się miejscowym,
nie utrzymywał kontaktu z nikim i spedzał dni w samotności na wzgórzu za
miastem. Prócz modlitwy, żył o wodzie i chlebie, a chleb ów otrzymywał co dwa
dni od miejscowego piekarza.
Piekarzowi należy się kilka słów opisu na osobności. Nazwijmy go Giuseppe,
wszak postać z własnym imieniem jest znacznie bliższa słuchaczowi. Był
człowiekiem próżnym, chciwym i cynicznym, który z własnej woli nie podzieliłby
się nawet kromką chleba z potrzebującym. A jednak Giuseppe co dzień wstawał o
świcie i po brzegi napełniał wiklinowy kosz świeżym, pachnącym pieczywem, aby
zanieść go na podwórze na tyłach zakładu, gdzie żebracy, biedacy i tacy, co
akurat się przewineli, łapczywie porywali bochenki w swoje brudne, wychudzone
ręce. Jakże gardził nimi! Ta pogarda była niemal tak mocno zakorzeniona w jego
osobowości, jak kpina wobec ostatniej woli niedawno pochowanego wuja. Testament
czynił piekarza spadkobiercą całego biznesu, pod jednym tylko warunkiem,
złosliwą zagrywką ze strony starego. Giuseppe miał codziennie rozdać
pięćdziesiąt kilogramów świeżego chleba potrzebującym, co było dla niego
najgorszą karą.
Piekarz obawiał się opinii ludzi z miasteczka; plotki rozchodziły się
błyskawicznie, a każdy znał każdego. Z najwyższą odrazą wypełniał więc obowiązek,
utrzymując jednak przy tym pewien sekret. Ściana, przy której stał kosz, miała
wywiercone drzwiczki. Przez te drzwiczki Giuseppe własnoręcznie podbierał tyle,
ile zdołał, więc kosz był zawsze opróżniany do cna bardzo szybko – ale czy nie
jest tak zawsze gdy nędznicy otrzymują coś za darmo? Takim sposobem drwił z
ostatniego życzenia wuja i uspokajał łapczywe serce.
Obłuda i hipokryzja skłaniała piekarza i podobnych jemu mieszkańców do
okazywania wylewnej serdeczności, pobożności i Szczęść-Boże pustelnikowi, gdy
ten pokazywał się po swoją porcję pieczywa. Zbywał ich błogosławieństwem,
zawsze utrzymując jednak na pomarszczonej twarzy łagodny uśmiech, w którym
trochę było ironii, a trochę kontemplacji. Nocą zaś rozmawiał z Najwyższym – do
takiego wniosku doszli miejscowi, gdy na wzgórzu zaczęły pojawiać się nieznane
światła i wyładowania – podczas gdy grzeszne i rozpustne uczynki mieszkańców
uzupełniały ich życia, jak przyprawa uzupełnia danie.
Status quo był zachowany do czasu, gdy eremita wybrał sie na tamten świat. Jego
śmierci towarzyszyły znów dziwne białe światła, o mocy większej niż wcześniej.
Po kilku dniach odnaleziono i pochowano jego ciało w palącym słońcu, obok
prostego, lecz solidnego szałasu. Do samego końca towarzyszył mu pies, teraz
warujący przy grobie, obojętny i – jak wydawało się – bardzo smutny. Wtedy
właśnie w ich głowach po raz pierwszy narodziła się mysl, że skoro starzec
rozmawiał z Bogiem, to zwierzę musiało być tych rozmów świadkiem.
Z niepokojem zostawili psa, który widział Boga i czym prędzej wrócili do
miasteczka – rozumując przy tym, że psy to bardzo lojalne zwierzęta i często
zostają przy martwym właścicielu do momentu własnego wygłodzenia. A jeśli to
nie nastapi, stworzenie pewnie ruszy w tułaczkę.
Minęło kilka dni, potem tydzień. Zniknęły nocne łuny, zniknęły małe, lecz
irytujące ukłucia na sumienaich ludzi, zniknęło poczucie bycia oglądanym,
osądzanym.
Ósmego dnia pies wrócił, wygładniały, z wywieszonym jęzorem i wystającą linią żeber
w miejsce sadła. To był ten sam pies, rozpoznały go litujące się kobiety, ta
sama łatka nad lewym okiem. Wrócił z rana, gdy ofiarowanie chleba właśnie się
zaczynało. Widząc wychudzoną, ale znajomą sylwetkę, żebracy rozstąpili się, a
za ścianą Giuseppe – świadomy tego, że głosy umilkły – przestał na moment
przebierać rękami nad drugim, identycznym koszem. Pies wziął bochenek i odszedł
trzymając go w pysku, dokładnie tak, jak nauczył go właściciel. Wydawało się,
że ciemne ślepia psa-eremity były jakieś inne, jakby głębsze, przeszywające. Co
takiego mogły widzieć, czego doświadczyć?
Pies – nazwijmy go Hiob – przychodził codziennie i wracał do zdrowia. Jego
futro stało się znów puszyste, a dzieci bawiły się z nim, gdy tylko wracał do
miasteczka z samotnych wędrówek – gdzie ani po co łaził nikt nie pytał, a
przecież absurdem byłoby śledzić Hioba, prawda?
Dorośli się nie bawili. Traktowali zwierzę z tą samą przesadną serdecznością,
jaką okazywali pustelnikowi, ale tylko gdy widywali Hioba w pojedynkę. Gdy
przebywali w grupie, lub znajdowali się w zasięgu uszu swoich sąsiadów, nie
zaszczycali go nawet spojrzeniem, czasem tylko ktoś wspomniał, że idzie
pies-eremita, tonem, który sugerował istnienie jakby gierki lub zabawy,
wspólnego sekretu. Uchodziło to jednak za faux pas. Cały czas czuli na sobie te
ciemne, mądre oczy, obecność z innego świata.
Pojawiały
się nie wiadomo skąd przy furtce, gdy matka chciała sprawić lanie synkowi za
dziurę w spodniach, cień merdającego ogona zaskakiwał ojca, gdy chyłkiem
zmierzał do drzwi kochanki. Reka matki zatrzymywała się w powietrzu, a ojciec
uderzał się w czoło i wołał: ‘Ach, to przecież nie ta ulica! No tak, jak już
późno!’ po czym wracał do domu. W mięsnym towary najwidoczniej potaniały, lub
stały się cięższe, lub rzeźnik przestał opierać kciuk na wadze podczas
sprzedaży. Zaczął natomiast odkładać kawałek schabu na schodku pod sklepem.
Hiob wydawał się obserwować i karcić niecne postępki mieszkańców, choć żaden
nigdy nie przyznałby drugiemu, że to właśnie pies budzi w nim taki moralny
niepokój, wręcz paranoję. Baby umawiały się na wizyty w kościele pod pretekstem
wymiany przepisów, mężowie pod pretekstem swoich bab, a ksiądz z
niedowierzaniem patrzył na ławy pełne wiernych.
Z czasem Hiob nie musiał już nawet dreptać po jedzenie. Pod osłoną nocy
miejsce, gdzie zwykł spać, wypełniało się spodkami z mlekiem, kawałkami sera,
kiełbasy, owocami, a nawet słoniną. Tajemniczej nocnej ciszy nie przyrywały
żadne słowa, czasem jedynie słychać było odgłos buta potykającego się o kamień
lub szelest spódnicy. Temat rytualnych darów nie był poruszany na głos, ani w
nocy ani za dnia.
Dzięki podarkom pies spasł się okrutnie, ale zanim to
nastąpiło, był świadkiem pewnej ciekawej sceny.
Tego
poranka Giuseppe odwrócił się, bardzo z siebie zadowolony – w końcu odebrał
dziś żebrakom ponad dziesięć kilo! – od sekretnych drzwiczek i wtedy zobaczył
psa, który widział Boga.
Cofnął
się o krok i omal nie upuścił kosza. Pies nawet nie drgnął, nie zaszczekał,
zresztą nikt nie słyszał żeby kiedykolwiek szczekał po śmierci starego mnicha,
a zdania były podzielone co do tego, czy robił to wcześniej. Patrzył jedynie z
głową przekrzywioną na bok, jak to czworonóg, pies, przecież to tylko pies!? –
takie myśli truły piekarza. ‘Chcesz trochę kiełbasy piesku? Piesku?’ – wołał i
kusił, ale hiob dalej patrzył, jakby z wyrzutem, jakby stało się coś
strasznego. I faktycznie, Giuseppe, człowiek bez sumienia, poczuł suchość w
gardle i nie mógł wydusić ani słowa więcej. Gdy wydawało się już, że cisza
będzie nie do zniesienia, pies podniósł się z tylnich łap i odszedł powoli,
dostojnie.
Od
tej pory piekarz nie odważył się powtórzyć pomysłu z dzwiczkami. Głodni najdali
się do syta, syci dzielili się z głodymi, ustały kradzieże, zdrady i przemoc.
Naturalnie mieszkańcy miasteczka znajdowali wymówki i tłumaczenia dla
całkowitej odmiany obyczajów. Bo czlowiekowi nie wystarczy byc dobrym, musi miec jeszcze do tego powod. Miasteczko stało się oazą spokoju i wiary na
bezbożnej prowincji, wraz ze swoim psim strażnikiem, obecnie zbyt grubym, by
się poruszać i sparaliżowanym w łapach. Los był na tyle okrutny, że Hiob
zatrzymał się na środku drogi, przed ratuszem i chociaż sam nieruchomy, w
dalszym ciągu obserwował ludzi jak święta krowa, utuczony ich niechętną
miłością. Jak na psie lata był już stary i wyglądało, że niedługo zdechnie. Ale
kto to wiedział, wszak to nie było normalne ziemskie stworzenie. Może był
niesmiertelny, a może czeka go wniebowstąpienie? Ludzie rozważali tą kwestię w
ciszy swoich domów, patrząc w sufity, ale nigdy z ambony.
Ale
ostatecznie, pies, który widział Boga odszedł całkiem normalnie, w nocy z
czwartku na piątek. Wyglądał jakby spał, poza tym, że był całkowicie zimny.
Ludzie patrzyli po sobie ukradkiem – czy można teraz zrzucić maski, powrócić do
dawnych, już prawie zapomnianych lat grzesznej egzystencji? Czy skończył się
ten moralny szantaż? Ktoś w końcu zapytał: ‘czy to pies starego eremity leży na
środku drogi?’ – a zrobił to głosem ironicznym, lekceważącym, jakby Hiob nie
zaprzątał jego mysli od ładnych paru lat. Rada miasteczka postanowiła zrobić coś
z trupem, znów omawiając sprawę, jakby była najbardziej błachą z błachostek.
Postanowiono, że Hiob zostanie pochowany ze swoim panem (tym na ziemi), na
wzgórzu, jako że i tak grupka wiernych wybierała się w to miejsce na piknik. A
mieszkańcy, choć byli tylko ludźmi i byli zepsuci, nadal czynili dobro, które
stało się dla nich przyzwyczajeniem. Poza tym, zmiana sposobu postepowania,
powrót do drzwiczek Giuseppego, oznaczałyby że pies rządził ich życiem, a tego
nie mogli przyznać nawet przed lustrem.
W
dniu pogrzebu na wzgórze wybrała się większość miasteczka. Oczywiście wszyscy
wybierali się tam z różnych powodów, od krajoznawczo turystycznych, po
wyjątkowo smaczne dzikie maliny, które podobno rosły w okolicy. Całe rodziny
podróżowały w powozach, lub pieszo, tak że całość przypominała pielgrzymkę.
Minęło
dziesięć lat od śmierci pustelnika. Nikt w miedzyczasie nie odwiedzał wzgórza.
Grób był opuszczony i zarośnięty jak facet po rozwodzie, ale było tam coś
jeszcze. Przed mogiłą, wierny swojemu panu, warował szkielet psa.
[Pomysl
o tym przez chwilę, zanim zaczniesz czytać dalej]
Ten
przydługi wstęp do właściwej części moich bohomazów to parafraza opowiadania
Dino Buzattiego pt. ‘Pies, który widział Boga’. O wnioskach i morałach
płynących z tej historii, oraz o tym jak łączy się z tym, co chce wam przekazać
w tym rozwlekłym tekście, o tym bedzie zaraz.
A
tymczasem znów męczy mnie bezsenność. Znacie ten stan, gdy życie oferuje w
ciągu dnia tyle wrażeń, wspomnień i zdarzeń, że mózg nie pozwala zasnąć,
odtwarzając wciąż przebieg dnia, napędzany swoistą euforią w przekonaniu że nie
ma czasu na sen?
Otóż
ten stan nie ma nic wspólnego z moim. To raczej refleksyjna bezsenność umysłu
opetanego przez opowieść, zanurzonego głęboko jak jezioro Bajkał, jak Rów
Mariański, tak głęboko, że światło spraw codziennych nie dociera do niego.
Zaczęło
się od głodu dobrze znanemu niektórym z was – głodu ciekawej lektury. Aby go
zaspokoić, przejrzałem swoją kolekcję książek, podświadomie szukając wśród
kilkuset tomów tego jednego. Rok temu odbiłem się od Dostojewskiego jak
smarkacz od bramkarza w klubie, ale tym razem byłem już gotowy. Braci Karamazow
rozpocząłem z dozą ostrożności wymieszanej z apetytem wywołanym przez
wygórowane oczekiwania. Powieść, o której Kurt Vonnegut powiedział, że ‘zawiera
mniej więcej wszystko, co można wiedzieć o życiu’ nie mogła być rozczarowaniem.
I
nie jest. Mimo że nie zaliczam się (jeszcze) do koneserów literatury – nie
starczyłoby życia na przeczytanie wszystkiego, na co mam ochotę – to z czystym
sumieniem moge powiedzieć, że Bracia Karamazow to jedno z najważniejszych, o
ile nie najlepszych dzieł z dziedziny rzeźbienia w słowach.
22/10/14
Ale
jak w ogóle zabrać się do opisania narracji tak niezwykłej, tak przenikliwej
analizy ludzkiej psychiki, by nie powiedzieć duszy, jak przekazać wam geniusz
Dostojewskiego tak, aby nie popaść przy tym w skrajność lub – drugą skrajność –
nie streścić całej historii po łebkach. Piszę te słowa na świeżo po odłożeniu
‘Braci...’, gdy akurat zapadł zmrok, w stanie niemalże gorączkowym, jak
delirium tremens, biała gorączka, wywołana po części brakiem alkoholu, a po
części własną, niezaspokojoną wyobraźnią.
Gdybym
miał bawić się w wydawcę i zawrzeć tą monumentalną opowieść w jednym paragrafie,
zrobiłbym to następująco: historia opowiada o losie trzech braci: zimnego
intelektualisty Iwana, hulaki i hedonisty Miszy (zdrobnienie od Dmitrij) oraz
łagodnego i pobożnego Alieksieja (Aljosza). Głową rodziny jest Fiodor Pawlowicz
– bogaty rozpustnik, ucielesnienie wszystkich słabości, grzechów i pokus
znanych każdemu facetowi. Gdy zatem okazuje się że Dmitry (który, podobnie jak
ojciec, uwielbia pieniądze, zabawę i kobiety) oraz Fiodor Pawlowicz rywalizują
o wdzieki tej samej rusałki – niejakiej Gruszenki, lokalnej femme fatale –
sprawy nabierają niepokojącej głębi. Brutalne morderstwo starego jest jej
rezultatem, a Misza staje się głównym podejrzanym. Poznajemy charaktery
członków rodziny, tak różne, a jednak połączone przeklętą i gorącą krwią Karamazowów,
jak również wątki wielu spośród mieszkańców małego rosyjskiego miasteczka.
Zacznijmy od sposobu w jaki Dostojewski
konstruuje swoje opus magnum – to ostatnia jego książka, swoiste podsumowanie
mysli i poglądów autora, gromadzonych przez całe życie. Język powieści jest
rozwlekły, elokwentny i wymaga skupienia. Jesli nie masz cierpliwości, a
pięćdziesiąt twarzy Greya to w twoim mniemaniu szczyt wyrafinowania – nie jest
to książka dla ciebie. Bohaterowie (a raczej ludzie, ludzie z krwi i kości, bo
w każdym z nich znajdziemy ukształtowaną osobowość i cechy znane nam u ludzi
naokoło) mówią niespiesznie, mówią długo, mówią tak jak nikt dziś nie mówi...
nigdzie, ani w pałacach ani uniwersyteckich salach, ani na estradach, scenach
czy w muzeach, ani na ulicy, ani w domach i samochodach. Słowa Dmitrija, czy
prokuratora Kiryłłowicza, czy mnicha Zosimy, a zwłaszcza brata Iwana, są niczym
dialogi Bogów na Olimpie, są kompletne, wyczerpujące, a zarazem logiczne i
wielowątkowe, zawierają narrację wplecioną w kolejną narrację i tak dalej, jak
matrioszki. Potoku słów nie przerywa nawet narrator (jak to często ma miejsce w
nowoczesnej prozie), czy to aby ktoś inny powiedział co mysli, czy aby wtrącić
się do głowy czytelnika opisem w stylu ‘rzekł Coco jambo’ albo ‘w międzyczasie
Romek pierdnął, utrzymując przy tym kamienną minę’.
Z początku taki sposób prowadzenia
rozmów zaskakuje i męczy, ale w końcu, gdy w głowie odbiorcy coś ‘przeskakuje’,
gdy przestawić się na język powieści, całość sprawia niesamowite wrażenie.
Napięcie budowane przy dwóch najlepszych (moim zdaniem) przemowach – w obydwu
uczestniczy Iwan; najpierw streszcząjąc Aljoszy własny artykuł (Wielki
Inkwizytor), a później, gdy przemawia do niego sam diabeł, jak do Fausta (choć
do konca nie mamy pewności czy ta scena nie jest halucynacją lub snem) – to
napięcie, kunszt, wiedza i ironia – to po prostu trzeba przeczytać!
Co prawda, niektóre fragmenty nużą, jak
chocby wątek rosyjskich mnichów czy też niekończące się biadolenie pani
Chochłakow i jej córki. No ale nikt nie jest doskonały, a taka jest cena
majestatycznego dzieła. Jak to często bywa w rosyjskiej literaturze, doskonałe
fragmenty wynagradzają czas spędzony na słowotoku postaci pobocznych, przy
których Czytelnik niemal jest w stanie zobaczyć rumiane od wódki i mrozu,
przechlane rosyjskie twarze, jak i poczuć ich oddech.
Ale mniej oceny, więcej wyjaśnienia.
Opowieść o Wielkim Inkwizytorze (bardziej przypowieść, w nieco biblijnym
klimacie) i poprzedzające ją odrzucenie wiary w Boga i boski plan ze względu na
cierpienie niewinnych (zwłaszcza dzieci), to jeden z najlepiej przedstawionych
argumentów przeciwko istnieniu siły wyższej, do dziś omawiany przez filozofów.
To oś, wokół której toczy się fabuła. Iwan to wyedukowany ateista, nauczający,
że ‘skoro Boga nie ma, wszystko jest dozwolone’. W świetle późniejszych
wydarzeń, przyjdzie mu żałować tych słów.
Idzie to mniej więcej tak: w gorącej
Hiszpanii, gorącej od ognisk, na których płonęli każdego dnia schwytani przez
inkwizycję grzesznicy, zstępuje na Ziemię Bóg, po raz pierwszy od pietnastu
wieków. Konkretnie odwiedza Sewillę, w przeddzień wielkiego święta, gdy na stos
miało pójść około setki heretyków. Pojawia się dyskretnie, ale i tak
natychmiast wszyscy Go rozpoznają. Otaczają Go tłumem, przyciągani jak żelazne
opiłki do magnesu, mówią ‘To On! To On, nie kto inny’. Przechadzając się bez
słowa, błogosławi i uzdrawia chorych, aż w koncu zatrzymuje się w katedrze,
gdzie w otwartym grobie leży martwa dziewczynka pokryta kwiatami. I oto, przed
zalaną łzami i na kolanach błagającą matką, wypowiada swoją jedyną kwestię:
‘Damsel, powiadam Ci, powstań’, podobnie jak Jezus przemówił do Łazarza. I
dzieje się cud, bo dziewczynka wstaje, promieniejąca i pełna życia, a tłum
wiwatuje na Jego cześć.
Całą tą scenkę obserwuje sam Wielki
Inkwizytor, lat około dziewięćdziesięciu, zapadniete oczy, w których czai się
jednak groźny błysk. Wskazuje na Niego palcem, a strażnicy – kierowani siłą
posłuszeństwa, jak psy Pawłowa – aresztują Go i prowadzą do najciemniejszego
lochu w podziemiach gmachu Sądu Eklezjastycznego.
Inkwizytor wita więźnia takimi słowami
(w skrócie):
-To Ty? Ty? Nie, nie odpowiadaj, nic
nie mów, nie masz prawa dodawać do tego, co juz zostało powiedziane przez
Ciebie i Twoich proroków. Dlaczego przszedłeś by mieszać się w nasze sprawy?
Przeszkadzasz nam i dobrze o tym wiesz. Czy jesteś Nim, czy też nie – to
nieistotne. Tak czy inaczej, jutro o świcie zamierzam posłać Cię na stos, gdzie
słoniesz jako najgorszy z setki heretyków. Nie masz prawa do tego co zrobiłeś,
zrzekleś się tego prawa w momencie, gdy stworzyłeś świat pełen zła i bólu, a
później dałeś nam wolną wolę, abyśmy wpadli we własne sidła. Cała Twoja nauka
spłynęła na ręce papieża i teraz to my mamy monopol na prawdę, więc jest
ekskluzywnie nasza i nie życzymy sobie, aby ktokolwiek dodawał cokolwiek
nowego. A jaka to prawda? Gdy byłeś na pustyni, odpowiedziałeś na kuszenia
szatana, że ‘nie samym chlebem żyje człowiek’. A jednak zamiast chleba dałeś im
tylko kamienie, chociaż oddaliby Tobie pokłon, gdybyś tylko zmienił je w
bochenki. Ale teraz to my, my dajemy im jeść, jako że człowiek musi oddawać
komuś pokłon w zamian za wygodę, sęk tkwi w tym, aby kłaniali się wszyscy
razem, tworzyli wspólnotę. [mowa tu o pracy, o kompromisach, o tym jak jest
skonstruowany ten świat...] To mogła być Twoja wspólnota, ale wolałeś dać nam
wolną wolę i obietnicę chleba niebieskiego. Mogłeś ich zniewolić cudem,
zniewolić niezrozumiałą i nieznaną mocą, jako że ludzie są zbuntowanymi
niewolnikami. Będą się kłócić o to, któremu z bożków mają dawać pokłon. Będą
się buntować, ale będzie to bunt małego chłopca, który nie chce założyć
kaloszy, a kiedy rzeki popłyną krwią, zdadzą sobie sprawę, że bunt był daremny,
a krzyż, jaki każesz im nieść, jest po prostu za ciężki... Odrzuciłeś więc
władzę, odrzuciłeś szansę bycia Cezarem, rozdawania ziemskiego chleba, szansę
na stworzenie idealnego królestwa! Została przy Tobie jedynie garstka
sprawiedliwych, ale powiedz, ilu z nich miało dosyć czekania na Ciebie, dosyć
wolności i w końcu skupili się na materialnym świecie by dołączyć do nas? Będą
pamiętać o cierpieniu, o braku odpowiedzi z twojej strony, i bedą szczęśliwi,
że dostają chleb z naszych rąk, nawet jeśli nie zamieniamy cudownie kamieni w
bochenki. Będą widzieli ile pracy, poswięcenia i posłuszeństwa wymagamy od nich
w zamian za pełne żołądki. Jedni nie wytrzymają i zabiją samych siebie,
eliminując się z systemu. Drudzy nie wytrzymaja i będą zabijać innych, a my
wyeliminujemy ich z systemu. Ale trzecia grupa, och, oni chetnie przyjdą, padną
nam u stóp i bedą całować buty! Bo człowiek jest naprawdę szczęśliwy tylko gdy
się podda, podda się nam. Pozwolimy im grzeszyć, pod warunkiem że nam o tym
opowiedzą. Pozwolimy im być skąpymi i samolubnymi, pod warunkiem że nam
zapłacą. Pozwolimy im lub zabronimy wiele rzeczy, od małżeństwa do tego, czy
mogą miec dzieci, od tego, co mogą pic i jeść, po to jak mają się ubierać. I
będą potulni jak baranki, a my zabierzemy sekret ze sobą, tak by sprawować,
zamiast Ciebie, pieczę nad ich duszami i sumieniami.
W oryginale mowa jest o wiele dłuższa,
choć dodałem również kilka swoich pomysłów. W końcu Inkwizytor milknie i i
czeka na odpowiedź. Cisza z Jego strony jest trudna do zniesienia. Czeka na
coś, cokolwiek, ale On tylko patrzy, prosto w oczy, tak jak przez cały czas
kiedy stary mówił. Nagle podnosi się i składa mu krótki pocałunek. Inkwizytor
drży, rysy jego twarzy, dotychczas twarde i pod kontrolą, zaczynają jakby
pękać. Otwiera drzwi celi i mówi:
-Idź i nie wracaj, pod żadnym pozorem,
nie wracaj nigdy, nigdy!
[Tutaj znowu polecam chwilę na
przemyślenie]
Ale to nie tylko książka o religii,
chociaż początek mógł na to wskazywać, a pytanie, czy faktycznie ‘wszystko jest
dozwolone’ jest obecne w tle morderstwa i pasji jaka rządzi, w kompletnie innej
postaci, każdym z Karamazowów. To pytanie nurtuje również inną postać
wykreowaną przez Dostojeskiego – Raskolnikow w ‘Zbrodni i Karze’.
Książka. Od zawsze chciałem napisać
książkę, nie wiem dlaczego tak długo zwlekałem. To jest to. Póki jeszcze mam
czas i szansę, a te notatki – bardziej rozbudowane niż mogłem przypuszczać –
rozgałęziają się w poszukiwaniu tego czegoś, co chciałbym światu powiedzieć. W
ten sposób odlecę na kilka nocy od mojego świata i uniknę jego problemów, a
przecież każdy potrzebuje czegoś, co tworzy, w czym się doskonali, zarówno
fizycznie jak i umysłowo.
Porozmawiajmy o filozofii. Jesli
chcecie filozofii, dam ją wam, ale muszę ostrzec, że filozof to kuglarz ze
sztucznym okiem i drewnianą nogą. Grą słów, operowaniem pojeciami, o których
nawet nie sądziliśmy że można wyrazić, które były dotychczas nienazwane, tymi
pojęciami omami cię jakby robił sztuczkę z monetą, a potem zostawi ze
stwierdzeniem, z którym wcale się nie zgadzasz, ale nie bardzo potrafisz
zaprzeczyć.
Weźmy na przykład odpowiedzialność.
Właśnie w telewizorni pokazywali gościa, który przejął stery ogromnego
buldożera (wyglądał bardziej jak czołg) i zaczał burzyć ściany domów, a potem
wjechał w supermarket. Był pojebany, jasne. Ale czy był odpowiedzialny za to co
robi?
Zależy w jakim sensie słowa
odpowiedzialność. Czy jest odpowiedzialny przyczynowo czy moralnie, czy jego
czyn jest zły, czy dobry, czy żaden? Czy jesteśmy w stanie znaleźć powód, dla
którego nie powinien był tego robić? Aby powiedzieć komuś, że powinien coś zrobić,
lub zrobić to inaczej, lub nie robić w ogóle, należy najpierw założyć, że mógł
to zrobić. Że istniała możliwość wyboru – to jedno z najsłynniejszych twierdzeń
Immanuela Kanta (Kant to temat na osobną książkę, na osobne życie wręcz). A
skoro nie ukrywam, że sympatyzuję z pojęciem determinizmu – jak już
wielokrotnie sugerowane było wczesniej – to wyboru nie ma, a zatem nie ma
moralnej odpowiedzialności, a zatem ‘wszystko jest dozwolone’, a zatem jedyne
co powstrzymuje nas od burzenia budynków to charakter i osobowość, połączone ze
strachem przed konsekwencjami. Nie ma sensu winic ani osądzać szalonego
kierowcy, tak jak nie ma sensu winic wulkanu na Islandii za to, że wybuchł. To
jedynie skutek poprzedzany przyczyną.
Ciężko ugryźć taki argument, ciężko
również się z nim zgodzić. Aby odpowiadać tak naprawdę, metafizycznie, za czyny
swoje lub innych, potrzebujemy siły wyższej lub idei umysłu ludzkiego jako
zawierającego niematerialną cząstkę, duszę, coś co czyni nas wyjątkowymi i
jedynymi w swoim rodzaju, coś, co odróżnia nas od reszty trybików
skomplikowanej maszynerii świata. Największym orędownikiem niematerialnej duszy
i odrębności bytu ludzkiego od reszty był francuski filozof Jean Paul Sartre.
Twierdził, że ludzka egzystencja, przez samą możliwość kontemplowania takich
kwestii, jest ważna i to na naszych barkach spoczywa los całej planety. Sartre
lubował się w zawiłości i trudnych słowach, ale jego poglądy na to zagadnienie
można podsumować jak Wujek Ben ze Spidermana: wielka moc niesie za sobą wielką
odpowiedzialność. Kto, jak nie my, posiada tą moc?
W przeciwnym wypadku jesteśmy jedynie
widzami na własnym filmie, jak zamknięci w wagoniku kolejki górskiej. Chociaż
jesteśmy wolni w sensie, że nic nie staje nam na drodze, ba, możemy nawet
cieszyć się każdą chwilą przejażdżki, to nie ma możliwośći zmiany trasy, nie ma
opcji, żeby wysiąść przed końcem. Podróż jest z góry zaplanowana.
Wielki Inkwizytor miał rację sugerując,
że niektórzy (większość) z nas łatwo pozbywa się wyboru, w zamian za pieniądze,
wygody, bezpieczeństwo, seks i swięty spokój pozwalamy by szef, urzędy,
partner, księża i media mówiły nam, co mamy robić. Zadziwiające jest to, że
ludzie nie chcą być wolni i pozbywają się fasady moralności gdy tylko system
znajdzie na to usprawiedliwienie.
Wyjaśnię o co chodzi. Dla przykładu
wyłożę wam pomysł na psychologiczny eksperyment doktora Milgrama z lat
osiedziesiątych. Ten eksperyment wydarzył się naprawdę. Grupka ochotników
zostaje podpięta pod maszynę emitującą elektrowstrząsy. Druga grupka ochotników
widzi pierwszą przez weneckie lustro, wraz z ‘oficerami’ w nieznanych
mundurach, którzy mają jednak aurę i maniery wojskowych. Druga grupka zostaje
poinformowana, że pierwsi to schwytani terroryści/agenci obcego wywiadu i aby
wyciągnąć z nich informacje, bedą poddani torturom. Mundurowi nakazują
ochotnikom, aby sami przesuwali pokrętło z napięciem i zadawali ból, ile tylko
zechcą, przecież to dla ‘dobra kraju’. Rezultat? Zdecydowana większość wyrzeka
się własnej tożsamości, przekonań, wierzeń i zasad, oddaje odpowiedzialność za
swoje czyny w ręce fałszywych członków armii, w ręce autorytetu, tylko po to
aby popatrzeć jak niewinni ludzie podskakują w konwulsjach. Ponad połowa
przekręciła prąd na najwiekszą moc, nawet bez wyraźnych rozkazów. Bo mogli. Bo
znaleźli się w scenariuszu, gdzie mogli pomyśleć ‘nie mogę inaczej’. Pewnie sam
bym tak zrobił.
Widzicie, wiekszość ludzi nawet nie
zadaje takich pytań. Ale ktoś musi. Jedni to działacze, egoiści nastawieni na
własny sukces. Inni to filozofowie. Sitek nawinął kiedyś: ‘Pierdolę twoją
filozofię, moja jest taka, że nie wychylasz się bo wiesz że nic nie
osiągniesz’. To forma ucieczki, jasne, ale odpowiem kolejnym cytatem, tym razem
z Pelsona (wtedy jeszcze Pele): ‘Niech dymu chmury zasłonią świat, który już
dawno mi zbrzydł, za który mi wstyd’.
28/10/14
Zdaję sobie sprawę, że odbiegłem od
tematu książki Dostojewskiego, pozornie bardzo daleko, a tak naprawdę nie
wiadomo jeszcze, co właściwie dzieje się na jej kartkach. Cóż, taki już ze mnie
recenzent, od palenia ciężko mi skupić się na czymś na dłuższy okres czasu, bo
myśli przeskakują wciąż jak migawki na telewizorze.
Zanim pójdziemy dalej, trzeba na chwilę
się zatrzymać. Czas na rachunek sumienia, przeprowadzony ze swoim
schizofrenicznym ja, rachunek szczery i bezwzgledny. To jedyna droga żeby
podnieść się z dna, spełnić potencjał, mieć szacunek do samego siebie. W
piątek, przed melanżem, a już po drugim skręcie, zakręcie na tym niekończącym
się torze, wtedy bowiem dopadła mnie schiza, okrutna i przerażająca. Schiza
była wynikiem kilku czynników, które rozpiszę bo mogę, bo i tak nikt tego nie
czyta, a przede wszystkim: bo żyję w kłamstwie, urojeniu.
A więc:
Długi:
co można o nich powiedzieć? To pietrząca się fala wyrzutów, usprawiedliwień i
ostrzeżeń, fala, która stopniowo kruszy tamę zdesperowanego umysłu. Długi to
udawanie, nakładanie maski na twarz gdy myslisz o nich, to takie same rano, to
brak perspektyw, to zależność od innych. Pieniądz to siła a chciwość gubi
ludzi. A przecież nie chcę kraść, nie chcę jeździć do miasta w poszukiwaniu
ofiary. Nie chcę.
Gabi:
spędziłem ostatnio dobre trzy godziny medytacji na układaniu w głowie podłego
listu do niej, czegoś w rodzaju ‘wizja przyszłości Anno Domini dwa tysiące
kurwa sto’, kiedy to już wiodę żywot bon vivanta, mam hajs, szacunek, wizję i
panienek do wyboru, a ona pisze, wyciąga ręke, jako że nie jest szczęśliwa –
oczywiście że nie jest, jak mogłaby być ze świadomością, że odrzuciła taką
okazję, kogoś tak wyjątkowego jak ja, kto kochał ją tak jak nie potrafił żaden
z miliarda frajerów – a ja punktuje ją, zadaje psychiczne rany, gardzę nią z
moralnego piedestału, nienawidzę jej. Sami widzicie jakie to żałosne.
Otworzyłem serce przed zjawą, www fantomem, fantazją, a teraz nie potrafię
uwolnić sie od platonicznego związku. Wiele rzeczy mówiłem w tym liście, wiele
z nich zabarwiło by kartki na żółto od jadu, więc ich nie zapiszę.
Właściwie
to był tylko jeden moment kiedy gabi była realna, w sensie że na wyciągnięcie
ręki, blisko. Kiedy odkryłem, że liberalne wyspy pozwalają studentom (mój bank
jest przekonany że dalej się uczę, i to nie tego co najgorsze) brać pieniądze
bez procentów, a minux na koncie wcale nie oznacza planszy z napisem ‘Game
Over’, wtedy mogłem z nią być i być może cała ta historia potoczyłaby się
inaczej, nie zatruła serca jak arszenik. Tak czy inaczej przepuściłem te
pieniądze, więcej niż trzeba na samolot i ruchy, przepuściłem je nieszczęśliwy
i to sprawiło, że jest jeszcze gorzej. Nie wykorzystałem okazji. Gdyby istniał
wehikuł czasu, ta farsa to jedna z rzeczy, jakie bym naprawił.
Bo,
widzicie, każdy artysta potrzebuje Idealnego Odbiorcy, Czytelnika lub
Słuchacza. To osoba, do której kierujemy swoje słowa, swoją pracę, swoje
najgłębiej skrywane pomysły. To osoba, którą chcemy zaskoczyć, przerazić,
rozśmieszyć, zmusić do myślenia, która pomaga wydobyć kształt rzeźby z
kamiennego bloku. Pisał o tym zjawisku Stephen King w ‘Pamietniku
Rzemieslnika’. Jego Idealnym czytelnikiem jest żona, Tabitha. Moim do niedawna
była Gabi.
Jeśli
Idealny Odbiorca to ktoś znany i kochany, artysta może wspiąć się na wyżyny
swoich umiejętności, pewny, że to, co tworzy zostanie odebrane i poddane
krytyce bądź pochwalone (my, artyści, uwielbiamy pochwały, bo nadają sens tym
godzinom, które moglibyśmy spędzać na śnie, dymaniu lub zarabianiu hajsu).
Nie
była tego warta. Nie była warta mnie i tego co mam do powiedzenia. Kocham
naprawdę i kocham przez całe życie, podczas gdy dla niej oznaczało to kilka
tygodni zwierzeń wywołanych strachem przed rodzicami i konsekwencjami. Gdy
tylko zagrożenie minęło, można było wrócić do poprzedniego życia, zostawiając
mnie z otwartą, pulsującą raną. Może to podświadoma forma zemsty za krzywdę z
przeszłości?
Gruszenka
nieco ją przypomina. Przez całą powieść Dostojewski każe jej prowokować,
prowadzić grę, a gdy napotyka potencjalną rywalkę – kąsać bez skrupułów. Tak
naprawdę nie kocha Miszy, prowadzi go na smyczy, tak jak i sterego Karamazowa i
wielu innych mieszkańców miasteczka. Kocha kochać, kocha byc kochaną, kocha
szampana i wystawne przyjęcia Miszy. Uwielbia fakt, że ten był gotów zabić dla
niej, ale w końcu i tak umywa od niego ręce na sądowej rozprawie.
Ale
nawet dziwki mają serca. Twarzą w twarz a Alieksiejem-Aljoszą,
aniołkiem-cherubinkiem, Gruszenka opowiada historię kurwy, która trafia do
piekła. Smaży się tam w kotle, gdzie widzi ją i lituje się nad nią anioł. Boski
posłaniec wraca do Nieba i staje przed Najwyższym, prosząc o łaskę dla kobiety.
‘Czy ma na koncie chociaż jeden dobry uczynek?’ – pyta Bóg. ‘Owszem’ – odpowiada
anioł. – ‘Pewnego razu koło jej ogrodu przechodził żebrak. Ofiarowała mu świeżo
zebraną cebulę’. ‘Dobrze więc, proszę, oto ta sama cebula o której mówisz. Weź
ją i wyciagnij rękę do kobiety i każ złapać za warzywo. Jeśli podarek wytrzyma
i nie rozsypie się, wyciągnij ją i przyprowadź do bram mojego królestwa.’ Anioł
zrobił, jak mu kazano, wrócił do piekielnego kotła i zaczął wyciągać ladacznicę
do góry. Ale gdy tamta trzymała się za rękę z cebulą, ze łzami w oczach i już
tylko nogami tkwiąc w kotle, inne dziwki zrozumiały co się dzieje i uczepiły
sie jej stóp, tak by również się wydostać. Zaczęłą kopać nogami i wrzeszczeć:
‘To moja cebula i mój anioł!’ i w tym momencie cebula zmieniła się w pył, a
grzesznica wpadła spowrotem do kotła, gdzie smaży się po dziś dzień.
To
do wszystkich romantyków. Za was, którzy przeżywacie sukcesy i klęski w
relacjach z pannami – w relacjach z kłamstwem, hipokryzją, czułymi słówkami,
płaczem, prezentami na Walentynki, urodziny, imieniny i bez okazji, pannami,
które chcą waszych portfeli, samochodów, serc, dusz, kolacji, zabawiania,
zobowiązania, starania, stawania na głowie, a i tak wszystko to z myslą, że
zjawi się jutro ktoś lepszy, bogatszy, w lepszych ciuchach i spuści w te głodne
cipki, które chcą otrzymać cebulę, ale tylko dla siebie, zostawiając po sobie
złamane serca i zgorzkniałych idealistów – za was, którzy chcieliście tylko
czystej i bezinteresownej miłości, za Wasze zdrowie piję dziś do dna. Wiem jak
to boli.
Narkotyczna
trawka, proszki, procenty i rakotwory: to kompletnie wymkneło się spod
kontroli. Rozsądek, rozum – ta część podzielonej mojej osobowości, która dba o
umiar i motywację, ten Iwan Karamazow co siedzi we mnie – już dawno puka z
całej siły w wieko kufra, w którym jest zamknięty, jak Moody z Harry’ego
Pottera. Trzydniowe popijawy, a przede wszystkim ciągłe faszerowanie mózgu THC,
zostawiają głębokie ślady. Każdego z nas zmienił czas, nie od razu. Wygląda na
to, że na Acocksie zbiera się ekipa nowych ludzi, ciekawych ludzi, że nadchodzi
czas wariatów i melanży, ale nie wiem, czy jestem w stanie tak żyć. To już
ładnych parę lat wyjętych z kalendarza.
Efektem
powyższych? Szaleństwo, szalone mysli. No więc jest piątek wieczór, wkurwiony
na świat przez uczucie niemocy idę za sklep, za parking i przez ciemny gąszcz.
Wspinam się po zaostrzonym metalowym ogrodzeniu, przekładam nogę na drugą
stronę i zawisam na moment w chwiejnym balansie, tak jak robiłem to już
wcześniej, z innymi, na szalonej, pijackiej wyprawie. Jest slisko i boję sie
upadku z takiej wysokości. Niby powinno mi zwisać, skoro i tak nie chcę żyć,
ale nabicie się na kolce nie byłoby wymarzonym końcem.
W
końcu zbieram resztki odwagi i ląduję na czworaka po drugiej stronie. Wspinam
się na dach, z którego mam widok na Acocks, mój ukochany Acocks, który zastąpił
mi dom. Zmysły wyostrzone do granic, widzę więcej: samochody, autobusy, pub
naprzeciwko, przystanki, sklepy, typa w kamizelce odblaskowej co odpala szluga,
małolatki, staruszków, ciekawe czy znikną kiedy ja zniknę? Wydają się
nierealni, wydają się snem, wprost nie mogę uwierzyć, że mają mysli,
świadomość, wspomnienia, leki i pragnienia.
No
więc patrzę w dół i wyobrażam sobie jakby to było, gdybym zrobił dwa kroki do
przodu. A może skoczyć prosto na główkę, jak Michael Phelps z trampoliny i
będzie po wszystkim? Pewnie nawet nie boli, po prostu urywa się film i tyle. A
skoro o filmie mowa, przypomina się oczywiście pierwsza i ostatnia scena z ‘La
haine’. To historia społeczeństwa, które skacze z dziesiątego piętra. Dopóki
leci, powtarza sobie, że ‘wszystko jest w porządku, wszystko jest w
porządku...’ Ale w upadaniu najważniejszy nie jest lot, a sam upadek.
Stoję
tak przez godzinę. Z zewnątrz musiałby to byc ciekawy widok, ale dopilnowałem,
żeby nie było żadnego ‘zewnątrz’. Czy wspomniałem, że zamiast prawego oka mam
spuchnietą fioletową bulwę? Efekt bójki z Kamilem, jednym z głównych bohaterów
tej opowieści (siedzi dwa metry ode mnie kiedy to piszę), jak na razie
schowanym w cieniu. Kocham go i nienawidzę. Za bardzo mnie przypomina.
W
końcu wracam, otepiały od szoku, wracam by się najebać i kończę noc śpiąc w
ogrodzie. Nic mnie nie obchodzi, absolutnie nic, serce mam lodowate jak Wostok.
Stopień przejarania jest taki, że z umysłu zostały zdjęte wszelkie bariery i
ograniczenia – tak mówi Zibi i zgadzam się z nim. Kamil, Zibi i ja jesteśmy
niemal jak bracia Karamazow, chociaż Zibi nie jest moim biologicznym bratem, to
coś jak ‘brother from another mother’. Ja zmagam się, jak Iwan, z własną głową,
która nie daje mi spokoju. Zibi to Misza, lepsza wersja Miszy, bo zdołał się
podnieść i zarabia pieniądze. Chciałbym powiedzieć, że kamil to Aljosza, ale to
nie do końca tak. Kamil to zagadka, enigma nawet dla samego siebie. Rozwine to
później.
Ich
twarze przewijają mi się przed oczami, wraca twarz mojej mamy, melodramat moich
przeprosin i jej wybaczenia. Twarze wszystkich, których tu znam, a znam w
większości alkoholików, ćpunów, dziwki, huliganów, złodziei, robotników i
wielu, którzy popadają ze skrajności w skrajność. Wielu nie znoszę i to im
muszę coś udowodnić. Ale ci, których szanuję, z którymi żyję, nie mogę im tego
zrobić. To główny powód dla którego wracam i wybieram życie. Nie czuję sie
odpowiedzialny przed samym sobą, jak gość, który wjechał buldożerem w
supermarket. Czuję się odpowiedzialny jedynie za innych i żyję dalej i mogę to
pisać tylko ze względu na nich. Więc jestem im coś winny, zarówno materialnie
jak i niematerialnie.
A
jednak jestem mentalnym samobójcą, to słowo wydostaje się z dalekich
zakarmarków umysłu, wycieka jak benzyna z baku i płynie w kierunku iskry, to
słowo sepleni i syczy jak opary spalin z rury wydechowej w zamkniętym garażu.
Nie moge nikomu o tym powiedzieć, nie mogę znaleźć ujścia przez sny – od dawna
nic mi się nie śni – te kartki to jedyne miejsce, gdzie mogę wypuścić węża z
napisem ‘samobójstwo’ aby kąsał i atakował.
Oto
mój rachunek sumienia. Jeśli pomoże, doda motywacji i chęci do działania, to
znaczy że to nie był czas stracony.
Swoją
drogą, mój notes ma już zapisanych trzydzieści siedem stron.
Masz
trzydzieści siedem powodów by się zabić
Trzydzieści
siedem worków, a w środku Cannabis
Od
wtorku do wtorku – tak mija ci tydzień
Trzydzieści
siedem wątków w komiksie zwanym życie.
Czas
wyjść, dosłownie – z domu – i w przenośni – ze skorupy. Czas pracować. Idę na
autobus nr 37.
31/10/14
Jest
Halloween. I jest straszno. Na głowie ciąży wizja bezdomności. Nie wytrzymam
tego znowu. Idę grać, jeśli los, Bóg, przeznaczenie, cokolwiek, ma coś dla
mnie, teraz byłby dobry moment.
...
...
Nie
udało się.
Ale
ja chcę wrócić, chcę żyć. Chcę żyć tym życiem, które wydaje się jak zły sen,
chcę nim zyć naprawdę, zanim wybije północ i wszystko zacznie się od początku.
Zawiodłem
wszystkich. Zawiodłem moją mamę, babcię, Kamila, Zibiego, całą rodzinę,
zawiodłem was wszystkich. Nie widzę już wyjścia, alternatywy, ucieczki.
Więc
slepo idę w melanż.
3/11/14
Halloweenowego
melanżu nie zamierzam opisywać. Nie starczyłoby nocy. Dość powiedzieć, że
wróciłem o siódmej rano po nieprzespanej nocy na mieście. Na wspominki bedzie
czas w ściśle określonym gronie. Niestety do niego nie należycie.
Zamiast
tego wróćmy myslami w okolice Dostojewskiego. Do sceny rozmowy z diabłem, którą
przeżywam obecnie na własny, niesamowity sposób.
Iwan
prowadzi rozmowy z tajemniczym znajomym-nieznajomym już wczesniej, ale jego
wizyty stają się częstszeod czasu powrotu do rodzinnego miasteczka, od
rozpoczęcia otwartego konfliktu miedzy ojcem a Miszą, a zwłaszcza od nawiązania
znajomości z lokajem Fiodora Pawlowicza, niejakim Smierdiakowem. Smierdiakow to
postać ukryta w cieniu rodziny Karamazowów i – jak mówi miejska legenda –
bekart poczęty ze stosunku między pijanym Fiodorem Pawlowiczem i nieprzytomną,
bezdomną kobietą. Już samo imię sugeruje, że mamy do czynienia z osobą przykrą,
oslizłą i odpychającą. Smierdiakow – zawsze lodowato uprzejmy, wręcz
lizusowaty, a jednak Czytelnik może domyślić się urazy i nienawiści do świata
ukrytej pod warstwą manier – nawiązuje szczególną więź z Iwanem, więź opartą na
wspomnianym już stwierdzeniu że ‘wszystko jest dozwolone’. Można również
domyslić się, że lokaj ma w sobie pokłady ukrytej, drapieżnej inteligencji,
która pozwala mu zawczasu przewidzieć przebieg wydarzeń i przestrzec Iwana, aby
wyjechał z miasta w przeddzień morderstwa. Słowa Smierdiakowa nie dają Iwanowi
spokoju i w końcu Karamazow odwiedza go przed procesem. Lokaj, tym samym
spokojnym i opanowanym głosem, w którym czai się gorzkie szyderstwo, przyznaje
się do zaplanowania i popełnieniazbrodni w taki sposób, by wszystkie
podejrzenia padły na pełnego temperamentu Miszę. To ostatnie jego słowa. Nie
jest jasne dla Czytelnika, kto naprawdę zabił. Być może Smierdiakow prowadzi
jakąś podłą podwójną grę? Ale Iwan zamierza zeznawać przeciwko lokajowi, w celu
uniewinnienia brata. W takim stanie odwiedza go szatan.
Diabeł
okazuje się wytwornym i rozmownym jegomościem, a cała rozmowa to prawdziwe
arcydzieło. Jego podstępne i zwodnicze słowa doprowadzają Iwana niemal do
utraty zmysłów, od czego ratuje go wizyta Alieksieja. Szatan boi się
konfrontacji z młodym mnichem, symbolem świętości i duchowej czystości i znika
w mroku nocy. A może w ogóle go tam nie było, może to złudzenie lub koszmar? W
całej książce porozrzucane są delikatne sugestie, że Iwan ma problemy z
alkoholem. Diabeł mógł okazać się częścią delirium.
Tak
czy inaczej, złudzenia zdarzają się również w XXI wieku.
Mam
dziś w pokoju gościa. Siedzi jak ja, na kanapie, tyle że po drugiej stronie
telewizora. Pekate szkiełko, z wielką obudową z tyłu, nie jest do niczego
podłączone, więc widać w nim jedynie niewyraźne odbicie postaci. Mój
niezapowiedziany gość ma na twarzy białą maskę, taką jaką noszą Anonymous,
maskę anarchisty z ‘V jak Vendetta’. Nie widzę jej zbyt dobrze, ale i tak wiem,
że jest wyszczerzona w radosnym, rumianym usmiechu, który jest dość
niepokojący. Gdy cisza robi się ciężka postać zaczyna mówić:
-
Siedzisz tak sobie, drogi Michale – jakże długą drogę przebyłeś, od kiedy
ludzie widzieli w tobie twego imiennika, a mojego starego znajomego! – siedzisz
z długopisem w jednej ręce, a papierosem w drugiej, siedzisz i marszczysz brwi
w ten złowrogi sposób, który mówi mi, że myśli za tymi brwiami nie są wesołe.
-
To, co myslę – mówię – to że nie jesteś prawdziwy. Że jesteś jedynie produktem
mojej nadpobudliwej wyobraźni. Odejdź i pozwól mi się skupić na pracy!
- A
jaka to praca? Bo chyba nie taka, która przyniesie ci jakikolwiek zysk? Jak
dobrze wiesz, twój Landlord wyrzuci cię z domu za czterdzieści osiem godzin.
Aby temu zapobiec, potrzebujesz pliku papieru, ale nie tego gęsto zapisanego
pseudo-filozoficznym bełkotem, o nie, Ahmed weźmie tylko podobizny królowej,
tylko bochenki, nie kamienie. Obserwowałem cię kiedy patrzyłeś z góry na szary,
popękany chodnik, kiedy piłeś bez opamiętania i odurzałeś się narkotykami, żeby
przedłużyć nieco własną agonię. Obserwuję cię od dawna, od momentu gdy Laura
chciała ci się oddać, a ty, mały chłopczyku w ciele mężczyzny, uniosłeś się
dumą, pewny że znów czeka cię rozczarowanie. Ją również często odwiedzam, to
ciekawa osoba, lubi, tak jak ty, melanż na całego, lubi biały proszek, lubi
ostrą jazdę z młodymi podwładnymi, którzy potrafią ją zadowolić pięć, a może i
sześć razy na noc...
-
Nie możesz wiedzieć nic o innych ludziach, bo istniejesz tylko w mojej głowie.
Nie wierzę w ciebie, twoje słowa są moje, to wszystko jedno i to samo.
-
Być może, byc może, ale tak czy inaczej cieszę się, że zwracasz się do mnie per
‘ty’. Znamy się dobrze, więc można dać sobie spokój z panowaniem.
- A
jak inaczej miałbym się zwracać? Wy? Czy może od razu ‘Legion’? Nie bądź
śmieszny.
-
Oczywiście mógłbym ci się objawić w postaci powiedzmy... nieco bliższej do
kanonu, ale nie widzę potrzeby. Zamierzam przekonać cię, że istnieję, nawet
jesli tylko jedna tysięczna, jedna milionowa twojego oczytanego umysłu uwierzy
w moją osobę. To ilość homeopatyczna, kropla w oceanie, ale wystarczy. Ale
zapomniałem, w homeopatię też nie wierzysz, sceptyku i racjonalisto. Masz tylko
jeden, naukowy tryb myslenia, który omal nie zaowocował karierą fizyka. Ale
wolałeś te artystyczne brednie, rymy składane do rytmu, a kiedy władze uczelni
zorientowały się, że tak dobrze zapowiadający sie student to w istocie bumelant
i narkoman, straciłeś szansę.
Odpalam
papierosa. Szczęka chodzi mi na lewo i prawo, ale się nie odzywam. Gość
kontynuuje:
-
Aby cię przekonać, czuję się w obowiązku opowiedzieć ci to i owo. Wszak jesli
wiem coś, czego nie wiesz ty – a mam w zanadrzu setki opowieści ludzi, których
ciała i dusze miałem przyjemność przejmować w ziemskiej formie – to dowodzi, że
istnieję poza twoją głową, nieprawdaż? [opowieść o Paganinim] Weźmy na przykład
artykuł, o procesach mózgowych po śmierci klinicznej, który czytałeś wczoraj.
Twoją uwagę przykuł pewien eksperyment dotyczący podróży astralnych, poza
ciało. Wielu ludzi, których spotkało Near-Death-Experience, którzy otarli się o
śmierć, ma wrażenie unoszenia się nad ciałem, patrzenia z góry, połączone z
białym światłem i wrażeniem błogości, boskiej obecności. Jajogłowi zamontowali
zatem specjalne ekrany tuż pod sufitem, ekrany, na których w odstepach czasu
wyświetlane były obrazy. Jeśli osoba poddana skutecznej reanimacji w stanie
śmierci klinicznej wróci do żywych i zidentyfikuje dany obrazek, oto mamy dowód
na zjawiska paranormalne i zycie pozagrobowe! Dowód na istnienie duszy, owych
dwudziestu jeden gram, które tak cie interesują. Choć, mówiąc z autopsji,
bliższe prawdy byłoby dwadzieścia osiem gram, jedna uncja, jednostka miary
znana każdemu dilerowi. Ale odbiegam od tematu. Jakieś dziesięć lat temu byłem
świadkiem takiego eksperymentu. Kobieta w szpitalnym łóżku miała na imię Rachel.
Rachel była Żydówką po siedemdziesiątce, która stała się sławna w całym Izraelu
w 1965 roku. Odbyła wtedy tajną misję wraz z dwoma innymi agentami Mosadu,
której celem było uprowadzenie z RFNu byłego ‘chirurga’ z Birkenau,
odpowiedzialnego za potworne eksperymenty na ludziach i smierć tysięcy żydów.
Chirurg miał dotrzeć do Izraela aby stanąć przed sądem wojennym, ale nigdy nie
dotarł. Sprowokował podczas karmienia jednego z towarzyszy Rachel – Dawida. Aby
więźnia nakamić, należało zdjąć z ust taśmę, a wtedy usta wypluły z siebie kęs
jedzenia oraz pewną historię. Czterech żołnierzy było zdolnych do zagonienia
tysiąca żydów do komór gazowych, żydów zbyt tchórzliwych, aby stawić
jakikolwiek opór, nawet kiedy odebrano im dzieci. Gdyby choć kilku poświęciło
się, reszta miałaby szansę. Ale nikt tego nie zrobił. Wy, żydzi – skończył
chirurg – nie macie pojęcia jak żyć, ale za to wiecie jak umierać. Dawid nie
wytrzymał; rozbił mu na głowie porcelanową miskę i cieżko pobił. Sprytny
skurwiel z Birkenau schował w dłoni odłamek naczynia i nocą użył go, by
przeciąć więzy. Los chciał, że tamtej nocy czuwała Rachel. Chirurg zaskoczył
ją, powalił na ziemię i kopnął w policzek, zostawiając bliznę, którą nosiła aż
do smierci. A jednak, gdy już chciał uciec, znalazła w sobie dość sił by
wymierzyć pistolet i strzelić mu w plecy. Tym samym trójka agentów wróciła do
kraju bez więźnia, lecz w chwale bohaterów. Wymierzyli sprawiedliwość. Taka
była oficjalna wersja, taką wersję podawali na niekonczących się oficjalnych
uroczystościach. Gdyby była prawdziwa, nie byłoby mnie koło nieszczęsnej Rachel
na łożu śmierci, byłbym gdzie indziej, jako że mam za dużo pracy na odwiedzanie
świętych. A jednak byłem z nią do samego końca, bo oficjalna wersja była
kłamstwem. Tak naprawdę nie było żadnego pistoletu, a chirurg z Birkenau zdołał
uciec. Trójka uzgodniła między sobą bajeczkę, kłamstwo, w którym żyli w
paskudnym trójkącie przez kolejne czterdzieści lat. Rachel długo odmawiała
udziału w oszustwie, ale w końcu się zgodziła, za namową Stefana, trzeciego z
agentów. Już wtedy relacje między nimi nie były normalne. Dawid, Stefan i
Rachel przetrzymywali więźnia w zamkniętym szczelnie apartamencie na trzecim
piętrze kamienicy przez dziesięć dni, podczas gdy czekali na wsparcie
Amerykanów. Dawid kochał naszą żydówkę, a ona zapewne kochała jego – chociaż
kto to wie? Nie znam się na tym – ale to Stefan wziął ją sobie siłą, już
pierwszej nocy i Rachel zaszła w ciążę. Bo, widzisz, w życiu chodzi o to żeby
być pierwszym, o czym już zdołałeś się przekonać. Sztywny kutas nie ma
sumienia. Po powrocie do kraju niechciane dziecko związało ją niechcianym
małżeństwem, a Dawid, biedaczyna, przez trzydzieści lat miał to na sercu, tak
jak i gigantyczne oszustwo. Próbował ją odzyskać, uciec z nią gdzieś daleko, ale
odmawiała mu – niezbadane są wyroki boskie i niezbadana jest wola kobiety.
Uwolnił go pocisk kalibru 45mm. Jemu również towarzyszyłem, gdy naciskał spust.
Tak czy inaczej, naszej Rachel nie było dane oglądać Bram Niebieskich ani
słuchać anielskich chórów. To, co zobaczyła, gdy serce przestało bić, ale mózg
dalej pracował, a defibrylator raz po raz uderzał w jej niegdyś jędrne i
kuszące piersi – to mogłoby niejednego z was pozbawić zdrowych zmysłów. Gdy
rwące pagórki pulsu wróciły na ekran monitora, nie była w stanie rozpoznać
żadnego z obrazków. Widziała jedynie ogień piekielny, a także usmiechnietą
białą maskę. Hahaha. Ostatnie słowa zmarnowała na żądanie kartki papieru.
Przerażona swoją wizją chciała na samym końcu wyznać prawdę o tym jak pozwoliła
uciec zbrodniarzowi wojennemu, ale nie zdążyła. To właśnie było w tym
najpiękniejsze. Że nie zdążyła. Dlaczego tak patrzysz? Owszem, rozumiem pojęcie
piekna, nawet lepiej od ciebie, jako że widziałem nieskończenie więcej.
Zresztą, dusza jest duszy nierówna, w moim świecie mamy swoisty cennik, a takie
właśnie duszyczki są najcenniejsze...
- To
jeszcze niczego nie dowodzi. Ta historia to mógł być scenariusz filmu, mogłem
obejrzeć go dawno temu i zapomnieć, a teraz podświadomie do mnie wrócił. To
żaden dowód, że jesteś prawdziwy.
-
Jak zawsze krytyczny! To w tobie lubię. Wiesz, często czuję się niezrozumiany
przez ludzkość. Zawsze chcę dobrze, a jednak zawsze produkuje zło i zgrzytanie
zębów. A przecież gdyby nie ja, świat byłby pozbawiony zdarzeń, pusty i nudny!
Jesli Bóg istnieje, na pewno docenia ważną rolę, jaką odgrywam w Jego planie.
-
Zaraz, zaraz, chwilę... jakie ‘jesli’!? To ty nie wiesz!?
-
Tak się składa, że pomimo mojej obszernej i wszechstronnej wiedzy na każdy
temat, tego strzępku informacji nie posiadam. Jako mityczny Jego upadły anioł,
ten który wyłamał się i nie krzyknął ‘Hosanna!’ w odpowiednim momencie,
powinienem wiedzieć. Jam jest negacją życia, odwrotnością ładu i porządku,
krwistym rynsztokiem, słowem wypowiadanym przez drżące usta odciętej głowy,
wzorem na śnieżącym ekranie, niewiadomą w nierozwiązanym równianiu. Ale tej
jednej rzeczy nie wiem. Błądzę po omacku, tak jak i ty. To tylko jedna z
rzeczy, które nas łączą.
-
Nie mam z tobą nic wspólnego, poza tym, że jesteś fikcją, tworem mojego mózgu
zmiękczonego przez zbyt wiele książek i jointów.
-
Ach! Gdybyś wiedział jak wzrasta wartość twojej duszyczki przez sam fakt, że
miewasz takie wątpliwości! To dość rzadkie. Często zdarza mi się spotykać ludzi
zdolnych do potwornych rzeczy, do rzeczy, których nigdy nie będziesz w stanie
popełnić (chociaż kto wie? Mamy dużo czasu) – a jednak w środku są puści,
wydrążeni, pozbawieni refleksji. Weźmy na przykład nastolatków. W poniedziałek
odbył się proces pietnastolatka, który zamordował swoją nauczycielkę hiszpańskiego.
To stało się w kwietniu, w Manchesterze. Gówniarz nie cierpiał jej od dawna i
mówił kolegom że ‘suka zasługuje na coś gorszego niż smierć’. I chociaż był
typem samotnika, to nikt nie podejrzewał go o skłonności do przemocy. Do czasu,
gdy przyniósł do szkoły kuchenny nóż i oznajmił klasie, że zabije panią
Maguire. Nie uwierzyli mu. Nic dziwnego, w końcu szkoła to miejsce pełne
pryszczatych gówniarzy, z czego niektórzy noszą kosy, żeby być ‘tymi złymi
dzieciakami’, zaszpanować lub wyryć w drzewie imię wybranki serca, która dała
się im wymacać w poprzedni weekend po trzech Carlsbergach. Piętnastoletni
morderca, zanim to zrobił, mrugnął (mrugnął!) do kolegi z ławki, po czym wbił
nauczycielce - żonie i matce dwóch dorosłych już córek i syna – wbił w nią
ostrze siedem razy, w plecy i szyję. Pani Maguire zdążyła jeszcze wybiec z
klasy i krzyknąć: ‘Dźgnął mnie, dźgnął mnie nożem!’. Nasz bohater tymczasem
usiadł jakby nigdy nic, ze słowami ‘good times’, jakby rzucił właśnie kredą, a
nie spierdolił życie sobie i kilku innym osobom. Sąd zadecydował, że małolat
nie odczuwa żadnej skruchy, ma cechy psychopatyczne i ogólnie jest
beznajdziejnym przypadkiem. Nigdy nie wyjdzie na wolność. Czemu ci o tym mówię?
Bo ktoś taki jak on jest w moich oczach nic niewart, jest jak papierek po
lodach, który przylepia się ludziom do nóg w wietrzny dzień. On nie musiał, jak
ty, zastanawiać się, czy faktycznie ‘wszystko jest dozwolone’, on to
podświadomie wiedział.
- To
dobra historia, tak samo jak ta z żydówką. Czytałem o tym typie w 'Metrze'.
-
Prawda? Osobiście uważam, że to wina mediów i internetu. Bez autorytetu
zajętych rodziców, dzieciaki mogą w sieci zobaczyć rzeczy straszne, rzeczy
gorsze nawet od niektórych rozrywek jakie mamy w zaświatach. Zresztą, sam
niektóre z nich widziałeś.
-
Ale dlaczego opowiadasz mi to wszystko? Jaki masz cel w opisywaniu tej makabry?
-
Makabra, mój drogi, to dla mnie chleb powszedni, możnaby rzecz, że to mój
‘raison d’être’! Poza tym, jako znawca i koneser ludzi, zdążyłem wyrobic sobie
na wasz temat mocną opinię – w głosie mojego gościa słyszę zadowolenie,
pyszałkowatość. Ja tymczasem usiłuję zebrać mysli, lecz jego słowa rezonują w
mojej głowie, brzęczą i żądlą jak rój pszczół. Łapię się na tym, że chcę
usłyszeć, co ma do powiedzenia.
Kuszenie
pierwsze
–
Wyobraź sobie świat bez rządów, wojska, policji ani praw. Świat, gdzie ludzkość
egzystuje bez ograniczneń ani zakazów, gdzie żyjecie w naturalnej, czystej,
dystylowanej formie. Każdy z was posiada własne pragnienia i cele, oraz mniej
więcej takie same szanse na ich osiągnięcie. Oczywiście, niektórzy będą mieć
więcej siły, sprytu lub inteligencji od innych, ale nawet najsłabsza jednostka
jest w stanie zabić najsilniejszą, czy to przed podstęp czy spisek z innymi.
Dlaczego mówię o zabijaniu? Otóż każdy z was jest egoistą, dąży do spełnienia
własnego ja, taka już wasza konstrukcja, psychologia i geny. Poza tym mnożycie
się bez opamiętania, jak króliki, więc ta planeta nie jest w stanie utrzymać
was wszystkich. Zawsze dla kogoś zabraknie. A zatem, skoro każdy w tym
wyobrażonym świecie zdaje sobię sprawę z tego problemu, każdy jest zagrożony.
Gdzie nie ma władzy, nie ma prawa, a gdzie nie ma prawa, nie ma pojęcia
sprawiedliwości. Najlepszą formą obrony jest atak, a kto zaatakuje pierwszy, ma
największą szansę na wygraną i spełnienie swoich egoistycznych celów. To
prowadzi do ciągłego strachu, ciągłej gotowości do walki, ciągłej wojny,
dżungli po której, we mgle, przechadzają się dorosłe goryle. Bez obecności
autorytetu, mitycznego Lewiatana, suwerena, naturalny stan człowieka to stan
wojny. Anarchia, Bellum omnium Contra Omnes, konflikt każdego z każdym.
Wszystko jest dozwolone, bez obecności pałki i pistoletu nie istnieje dla was
pojecie moralności. Jedynym powodem, dla którego akceptujecie obowiązujące
reguły, jest tchórzostwo i lenistwo. W stanie naturalnym życie przeciętnej
jednostki jest krótkie i brutalne, niemożliwy jest rozwój technologii, kultury
i sztuki, niemożliwe jest dozycie starości w cieple i komforcie. Dlatego
stworzyliście układ, pakt, gdzie oddaliście suwerenność w ręce intytucji,
Lewiatana, za cenę bezpieczeństwa. Wasza złota zasada: ‘traktuj innych tak, jak
chciałbyś byc traktowany’, zasada formułowana w róznych wersjach przez jezusa,
buddę, kanta i wielu innych, to nic innego jak sztuczny twór mający na celu
zapobiegnięcie powszechnej eskalacji przemocy. Oficjalnie zrzekliście się
naturalnego prawa do krzywdzenia innych, ale to nie zmienia ludzkiej natury.
Pod fasadą cywilizacji ona dalej pozostaje dzika i egoistyczna. Tak więc nie ma
żadnego powodu, czemu nie powinieneś łamać zasad, oszukiwać system, o ile tylko
nie dasz się na tym przyłapać. Naprawdę nie ma się czym przejmować.
- Za
dużo filozofujesz. Zaczynam nawet mysleć, że nie jesteś prawdziwym diabłem, a
maleńkim diabełkiem, który wyfrunął jak mucha spod kopyta starszego kolegi.
-
Obrażanie mnie niewiele ci przyniesie, jeśli nie potrafisz odpowiedzieć na mój
argument. A może masz własny?
-
Owszem. Zacznijmy od tego, że podział na krwawy Stan Natury i pokój z rąk
Lewiatana nie trzyma się kupy. Niektóre plemiona afrykańskie i
południowo-amerykańskie żyją w okolicznościach przypominających twój Stan
Natury (nie ma tam instytucji władzy), a jednak potrafią żyć w harmonii i bez
zabijania się nawzajem. Można wręcz powiedzieć, że wiodą życie szczęśliwsze niż
wielu z nas w zestresowanych, pracoholicznych krajach zachodu. Natomiast
poddanie się władzy wcale nie gwarantuje spokoju. Najwieksze masowe rzezie
zostały przeprowadzone przez dyktatorów oraz ich zorganizowane armie.
Holocaust. PolPot. Wyprawy krzyżowe. Stalin. Po drugie, twój wniosek opiera się
na stwierdzeniu, że jesteśmy naturalnie skłonni do agresji aby osiągnąć cele.
Ale to nieprawda. Większość z nas ma silne, wbudowane opory przed krzywdzeniem
innych, odbieraniem im życia. Oczywiście można ten opór pokonać gdy jesteśmy
postawieni pod ścianą, zmuszeni do walki, ale zazwyczaj płaci się za to wysoką
cenę. Człowiek, którego opisujesz jest załamany nerwowo i cierpi na Syndrom
Wypalonego Żołnierza. Nawet dzieci, choć często wydają się okrutne, są takie
jedynie poprzez nasladowanie. Był kiedyś pewien eksperyment psychologiczny.
Pierwszej grupce przedszkolaków pokazano bajkę. Druga nie oglądała nic, a
trzecia obserwowała dorosłego, który rozszarpał na strzępy lalkę Bobo. Po
wszystkim dwie pierwsze grupy nie przejawiały agresji, natomiast trzecia była
nadpobudliwa i biła się między sobą. Żadna forma przemocy nie bierze się
znikąd, może za wyjątkiem psychopatów. Po trzecie, istnieją wartości inne,
ważniejsze i tak samo realne jak prawo i sprawiedliwość. Gdzie w twoim upiornym
studium człowieka znajdujesz miejsce na godność, honor, współczucie, przyjaźń i
wiele innych? Dlaczego niewolnictwo lub dyskryminacja wydają się nam
intuicyjnie złe? Dlaczego tego typu dyskusje wydają nam się ważne, jeśli nie ma
prawdziwych wartości, to dlaczego o nich mówimy? Nakrótsza droga, twój egoizm
do którego dorabiasz ideologię, nie zawsze jest tą dobrą i nie obchodzi mnie,
że takie myslenie może zaprowadzić mnie na dno finansowe, bo wiem że wewnątrz
jestem czysty od twoich podszeptów. Tacy jak Ahmed nigdy tego nie pojmą bo
patrzą zbyt nisko, są zbyt płytcy.
Na
moment zapada cisza.
- To
co mówisz jest bardzo szlachetne i wspaniałomyslnę, chylę przed tobą czoła,
naprawdę! Zakładam przy tym, że fakt, że wygłaszasz swoją utopię wygodnie
rozparty, ubrany, w świetle i naprzeciwko ciepłej farelki nie ma wpływu na
twoje przekonania. Że głodny i zmarznięty nadal będziesz z siebie tak
zadowolony. Obawiam się że żyjesz w mydlanej bańce, oderwany od rzeczywistości,
która juz niedługo z hukiem przywróci cię na ziemię, a ja będę tam wtedy i
powiem ‘a nie mówiłem?’
-
Nie mogę się doczekać – mówię z przekąsem. – Nie wiem kim, lub czym jesteś
naprawdę, ale jak na razie twoje kuszenie nie daje efektów.
-
Kuszenie! A to dobre! Jesteś jeszcze bardziej egocentryczny niż myślałem.
Czyżbyś wczuwał się w rolę Mesjasza po czterdziestodniowym poście na pustyni?
Oczekujesz, że zaoferuję ci wszystkie dobra, przyjemności i przywileje tego
świata, tak byś mógł nacieszyć się ich perspektywą, po czym odrzucić, strzepnąć
jak pał z papierosa? Przypominasz mi nieco Fausta. I jak pewnie zdajesz sobie
sprawę, na niego był sposób! Tak jak i on, pod udawaną warstwą przyzwoitości,
pod maską dżentelmena ukrywasz prawdziwą twarz, ukrywasz nienasycony głód. Ale
przede mną nie masz tajemnic, ja wiem, co chciałbyś robić z co drugą napotkaną
spódniczką. Kuszenie? Nawet nie musiałbym się zbytnio wysilać, jedna nimfa,
jedna podległa ci rusałka wystarczyłaby abyś przyniósł mi swoją nieśmiertelną
duszę na kolanach, jak pies ze śliniącym się pyskiem. Skrycie marzysz o własnym
haremie, o zaspokajaniu żądzy o każdej porze dnia i nocy. O władzy nad
bezbronną, niewinną, uroczą kobiecą istotą. Stąd tylko o krok od gwałtu. Na
dzwiach masz napisane ‘jak suka nie da, pies nie weźmie!’, ale chcesz brać tak
czy siak, brutalnie i siłą, bo w tym tkwi instynkt zwierzęcia, jakie drzemie w
tobie, instynkt chuja, który kierował twoimi przodkami. Sądzisz że możesz go
oszukać mrzonkami o miłości, moralności i szacunku? Z biologicznego punktu
widzenia jesteś chujem.
-
Przestań! Zamknij się!
-
Nie ma mowy, nie dopóki nie powiem co mam do powiedzenia. Mógłbym zaproponować
ci, jak Faustowi, dwadzieścia cztery lata hedonistycznego raju, seksualnej
wolności jak idylla Michaela Valentine’a Smitha z ‘Obcego w Obcym Kraju’, ale
nie zrobię tego. Miałbym wyjątkową satysfakcję widząc jak poddajesz się temu, z
początku ostrożnie, z później chętnie, kompletnie i dogłębnie, jak twój piekny
umysł przegrywa z wyuzdaniem, gdy realizujesz najskrytsze fantazje, konsumujesz
najsłodsze wiercidupki. Ale tego nie zrobię, bo nie jesteś wart nawet tego. Słyszałeśkiedyśangielskieprzysłowie:
‘all you need is love, all you want is sex, all you have is porn’? Ty nie potrafisz kochać, nie potrafisz dać
niczego od siebie, umiesz tylko brać, przez całe życie bierzesz, ćpasz życie,
skrycie wyznając filozofię Mesa i Bukowskiego, że kobiety to przedmioty.
Pragniesz być kochany, a jedyne co masz to masz to masturbacja, ewentualnie
dziwka, co mentalnie sprowadza się do tego samego. Pragniesz być kochany i
podziwiany za mądrość (stąd bierze się marzenie o byciu MC, to chęć bycia
adorowanym przez tłum, wysłuchanym przez tłum) ale nie masz mądrości ani
trochę, masz jedynie inteligencję. Żadna kobieta, ani muzyka, ani żadna osoba nie
da ci tego, czego pragniesz. Tylko ja moge to zrobić, ale najpierw cię złamię,
zmuszę do posłuszeństwa. I co ty na to?
Długo
zbieram słowa, jakby od tego co powiem zależało moje życie, jakbym stał przed
sądem, a jedno kłamstwo oznaczało wyrok dożywocie. Może faktycznie tak jest.
- No
więc w końcu wyłożyłeś karty na stół. Trochę szkoda, że musiałeś uciekać sie do
moich kompleksów, ale uwierz, rzucałeś lotką na oślep i ledwo musnąłeś tarczę.
Nic dziwnego, że nie rozumiesz idei miłości, że mylisz ją z ruchaniem, a seks
sprowadzasz do tepej konsumpcji, obżarswa do momentu gdy przpełniony żołądek
pęka. Być może jesteś prawdziwym bytem, a może tylko zepsutą cząstką mnie,
którą należy odciąć i pozostawić, aby agniła. Być może nie da się ciebie zabić,
byc może istniejesz mniej lub bardziej rozwinięty (jak stadium choroby, rak,
jak chora tkanka) w każdym z nas. Właściwie to współczuję ci. Kolekcjonujesz
najgorsze nasze przywary i sądzisz, że przez to nas rozumiesz, że poznałeś nasz
sekret. Ale cały czas coś ci umyka. Nic dziwnego, to coś umyka też wielu z nas,
często tracimy to, czasem nawet na lata i nie zastanawiamy się nad tym, dopóki
nie otrzymamy szansy na zmianę, bodźca, który przypomni nam kim jesteśmy. To
coś to człowieczeństwo. Nie jesteś człowiekiem i wszystko, co ludzkie jest ci
obce. Moje fantazje to tylko fantazje, nic więcej. Mogę wyobrazić sobie harem,
tak jak mogę wyobrazić sobie życie jako żyrafa. Moge wyobrazić sobie scenariusz
typu American psycho ze mną w roli głównej (chociaż to jest już niebezpiecznie
blisko przepalenia bezpiecznika w głowie), tak jak mogę wyobrazić sobie żywot
tybetanskiego mnicha. To nic nie znaczy, to niczym nie świadczy. Twoja ulubiona
muzyka to trzask łamanych kości i lament matek nad ciałami martwych dzieci. Z
pewnościa polubiłbyś Dżyngis Khana. Moja ulubiona muzyka to hiphop, który mówi
prawdę, który zawiera w sobie miłość i godność i pogardę dla tych, którzy
wysłuchali twoich podszeptów i wprowadzili je w życie. Zawiera ostrzeżenie
przed nimi. Zawiera zasady. Sława, seks, pieniądze: to wszystko jest pożądane
jak trawa po drugiej stronie rzeki i w końcu sie nudzi, gdy osiągniete. Tak
było też w przypadku Fausta, który był na tyle naiwny, że poddał się pokusom.
Gdy próbował sie wycofac z umowy po szestnastu latach, zdawał już sobie z tego
sprawę. Człowiek, którego nazywasz chujem, regularnie robi cię w chuja, bo ma
zdolność czynienia dobra, nawet jesli wydaje mu się, że cały świat jest
przeciwko niemu. Nie zaproponujesz mi niczego, bo wiesz że moja odmowa uczyni
mnie silniejszym. I chociaż marijuana relaksuje nas aż za bardzo, wprowadza w
hedonistyczny, niemal warzywny stan, to wyzwala również umysł, tak by mógł
cieszyć się z dobrych rzeczy i wznieść ponad twoją frustrację i mentalność psa
ogrodnika. Przez lenistwo nie byłem w stanie dać ludziom wiele, ale chcę to
zmienić, a poza tym jest jedna ważna rzecz, jaką świat ode mnie dostanie, a
jest nią ciąg tych mysli, sztuka i nauka.
Nie
wiem, czy to co powiedziałem wystarczy, ale wydaje się właściwe. Jednak mój
gość nie poddaje się.
-Eh,
mój drogi chłopcze, jesteś pierdolnięty i chwała ci za to. Myslisz teraz, że
mnie pokonałeś, że śliczne słowa sprawią, że debet na twoim koncie zniknie,
arytmia w sercu ustanie, a twoja luba zapuka do drzwi i będziecie żyli długo i
szczęśliwie! Skoro nie dasz się przekonać że jesteś skurwielem, daj
przynajmniej cos opowiedzieć.
Kuszenie
drugie.
Oczy mam przekrwione. Nie wiem ile minęło czasu od
rozpoczęcia tej groteskowej wymiany. Równie dobrze mogła to być minuta, albo
godzina, albo rok.
-
Czy jest coś jeszcze?
-
Zawsze jest coś jeszcze, mój drogi zagubiony chłopcze, zawsze jest kolejny
tunel do wydrążenia. Kolejna opowieść. Wspomniałeś muzykę, zawsze to robisz gdy
jesteś w kropce i snujesz nieporadne wizje przyszłości. Tak naprawdę urzeka cię
w niej spontaniczność, uwolnienie talentu, bo sam nie potrafisz być
spontaniczny, jak starzec uwięziony w ciele młodego. Być może wierzysz w ideę
reinkarnacji, lub chciałbyś wierzyć. Opowiem ci historię o duszy artysty
ograniczonej przez pechowe okoliczności. Pewnego razu miałem przyjemność
zawrzec ciekawą i owocną tranzakcję z niedoszłym muzykiem z Italii. Nazwijmy go
Maestro. Człowiek ten przez całe życie był dręczony przez chorą ambicję do
tworzenia muzyki. Jego wiedza teoretyczna była imponująca, a ucho wyczulone
poprzez długie godziny spędzone na podziwianiu opery, orkiestry i symfonii na
europejskich salonach, zachwycaniu się wirtuozerią najznamienitszych skrzypków
i pianistów, na rozpływaniu się w dźwiękach wiolonczeli, harfy, hontrabasu,
saksofonu, fortepianu i altówki; wszystkich niemalże znanych wtedy ludziom
instrumentów smyczkowych i klawiszowych, czyli tych, które wymagały zręczności
palców. Podczas koncertów osiągał on stan porównywalny z religijną ekstazą i
przez długie tygodnie nie potrafił zapomnieć poszczególnych partii. Człowiek
ten własne dłonie miał zdeformowane, uschłe, zakrzywione jak szpony i częściowo
sparaliżowane w szkaradnych naroślach, jakie służyły mu za palce. Ta mutacja
objawiała się w jego rodzinie sporadycznie od wieków. Maestro wszędzie nosił na
miarę szyte, skórzane rękawiczki, które częściowo ukrywały ręce, ale nie były w
stanie kompletnie zamaskować jego piętna. Nie podawał ludziom ręki tłumacząc
się ‘chorobą’ lub ‘artretyzmem’ (był mężczyzną przed trzydziestką!) lub ‘skaleczeniem
lub setką innych eufemizmów. Sam nie musiał pracować, jako że otrzymywał
specjalny fundusz z rodzinnych stron, własną część rodowego majątku. Z zawodu
natomiast był drobnym kupcem. W czasach zanim złożyłem mu wizytę, miał
właściwie tylko jednego przyjaciela, bogatego mecenasa sztuki, z którym często
rozprawiał o kompozycji i estetyce najważniejszych muzyków i kompozytorów
swoich czasów. Szczególnie upodobał sobie Mozarta i Bacha. Mecenas był
sparaliżowany od pasa w dół i nie mógł żyć bez służby, więc Maestro znalazł w
nim bratnią duszę, równego sobie dziwoląga. Byli jak ptaki urodzone bez
skrzydeł. Maestro nie przejawiał zdolności w dziedzinie komponowania muzyki na
pięciolinii, fascynowała go gra jako taka, chirurgiczna precyzja smyczka na
strunie, różnorodność i barwa dźwięku solowych popisów. Śnił o życiu genialnego
muzyka, ale nie mógł grać, jego talent pozostawał niewykorzystany,
zahibernowany. Był zdesperowanym epigonem, kimś, kto żyje życiem wielkich
ludzi, ogrzewa się w ich blasku i legendzie. Pewnego wieczora upił się na
smutno podłą gorzałą i usiłował zagrać na skrzypcach. Intrument jak zawsze
okazał się nieposłuszny i martwy w bezwładnych palcach i w końcu skończył w
kominku jako podpałka. Za skrzypcami poszły znienawidzone ręce kaleki. Wsadził
je do ognia i przytrzymał przez jakiś czas. Jego krzyk stanowił niezapomniane
crescendo, najlepszy dźwięk jaki dotąd stworzył. Gdy leżał, półprzytomny od
choroby, załamania i opium (używano go wtedy jako środka przeciwbólowego),
zabandażowany przez służkę (swoją drogą, beznajdziejnie zadurzoną w nim i jego
chorej ambicji), w momencie gdy był najbardziej bezbronny i podatny na wpływ,
wtedy wkroczyłem do akcji. Z początku miał mnie za halucynajcię, zjawę, ale
później w jego oczach zatliły sie iskierki nadziei. Bez większego zastanowienia
podpisał krwią z lewej ręki wiążący dokument, zgodnie z którym jego
niesmiertelna dusza w zaświatach jest moja, w zamian za to, że jego imie
zostanie zapamiętane jako jednego z najwybitniejszych muzyków w historii. Tak
dokładnie brzmiały słowa na pergaminie. Wszystko to było dość staroświeckie
według dzisiejszych standardów, dziś ludzie są gotowi ze mną negocjować i
spełniać życzenia przez smsa. Serio.
-
Nie robisz sobie zbyt dobrej reklamy.
- To
jeszcze nic! Jako że miałem na pieńku z jednym z jego przodków trzy generacje
wstecz (nawet u nas, tam gdzie pławimy się na dole bywają dłużnicy, od których
ciężko sciągnąć należności), postanowiłem zabawić sie jego kosztem, zadrwić z
przeznaczenia. Człowiek ten na lata zapomniał (lub udawał że zapomniał) o
naszej rozmowie i nigdy nie miał zostać wyleczony, nigdy nie wystąpił przed
publicznością z instrumentem, a ów najwybitniejszy muzyk, noszący jego
nazwisko, oznaczał niepoczętego jeszcze, przyszłego syna. Czekałem jak rozwinie
sie sytuacja i faktycznie, załamanie Maestra sprawiło, że on i służka zbliżyli
się do siebie i w końcu wzięli ślub. Należała do tego rodzaju kobiet, które
posiadają potrzebę opeki nad innymi, doglądania czyjegoś dobra do punktu, gdzie
opiekuńczość może przerodzić się w zaborczość i chęć posiadanie kogoś tylko dla
siebie. Zazwyczaj owe męczenniczki wypełniają poczucie misji w szpitalach,
domach starców lub monarach jako pielęgniarki, ku wdzięczności reszty rodziny
zostają przy zniedołężniałych dziadkach i rodzicach do końca ich dni, są
wspaniałymi matkami. Kobieta dawła mu syna i chociaż podejrzewała, że coś jest
nie tak, kochała męża i syna jak tylko mogła. Przez pewien okres czasu Maestro
był niemal szczęśliwy. Żyli dostatnio, a gdy urodził się mały, nadali mu imie
Nicolo. Od tej pory zaczęły się dziać dziwne rzeczy.
C.D.N.


No comments:
Post a Comment