Monday, 15 September 2014

Is there any hope of fixing this?

Jestem wkurwiony. Ta złość mnie napędza, zamienia krew w żyłach w lód, wydobywa się z każdego pora skóry jak trujący gaz. Ciężkie robocze buty wybijają rytm na chodniku, ale praktycznie ich nie czuję. Cień przemyka po ścianach ciężarówek, latarnie zabarwiają ulice na pomarańczowo. Przede mną idzie czarny, szczupła, wręcz koścista sylwetka, do tego afro. Pewnie Kenia czy inna Somalia. Gapi się kiedy go mijam, a mi w głowie wyświetla się krótka animowana scenka, jak tym samym twardym, solidnym buciorem, wymierzam kopniak z czuba w zgięcie kolana z tyłu nogi. Odwraca wzrok.
Wyprzedzam go na jakieś dwadzieścia metrów. Wciąż uparcie nie mogę się skupić nad tym co dalej, przyszłość jest odległa, nieważna, przeszłość podła na tyle że teraźniejszość wyostrza zmysły. Chcę chłonąć te szczegóły, uspokoić się, zawiesić wzrok na drzewach i krzakach. Uwielbiam wszystko co zielone, to taki kojący kolor, mam na sobie zieloną (pożyczoną) bluzę. To miał być dobry dzień.
Typ za mną włącza muzykę. Tylko-kurwa-nie-to. Niezmąconą ciszę wieczoru na fabrycznym odludziu wypełnia ohydne orientalne zawodzenie, przywodzące na myśl brudne islamskie getta, gryzący zapach przypraw zmieszany z niemytym ciałem. Przypomina pierdolonych Hindusów, którzy mieszkają na dole w naszym (naszym!) domu.
- Co to ma kurwa być!? Bo chyba nie muzyka – mówię sam do siebie. To zły nawyk. Gorączkowym gestem wyciągam własną empetrójkę. Dziś rano odmówiła posłuszeństwa, ale teraz błyska niebieska lampka. Dźwięk płynie może przez sekundę, a później urywa. Gdy sytuacja powtarza się trzy razy, roztrzaskuję ten elektroniczny szmelc o beton, Odpryski lecą na kilkanaście metrów i na ulicę. Wtedy przypominam sobie, że w pamięci przechowywałem jedyną kopię tekstu, który miałem wrzucić od kilku dni, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Tekst był o myśleniu chujem, więc może i dobrze.
Wchodzę na ścieżkę biegnącą przez park i rzekę. Jest ciemno i gdyby nie ten jęk rodem z ulic Bombaju, byłoby też spokojnie. Wkurwienie osiąga zenit; teraz już chcę wyszorować chodnik łbem tego brudasa. Zaciskam pięści, a mały bezpiecznik w głowie, ten który kontroluje decyzje i powstrzymuje impulsy, ten mały bezpiecznik jest bliski pójścia z dymem. Niebezpiecznie bliski.
Zamiast tego wyciągam słuchawki.
    • Ej, ty! Trzymaj, weź słuchawki, tylko kurwa wyłącz ten jebany jazgot!
Patrzy na moją rękę, trochę wystraszony, ale nawet strach nie maskuje bezgranicznej tępoty w oczach. Widziałem więcej błysku i życia w spojrzeniu krowy. Boże, otaczają mnie idioci.
    • No bierz, masz to wyłączyć, próbuję pomyśleć – mówię.
    • Aaa – gość stęka, ale dalej nic nie rozumie. Skąd oni ich biorą? Chce odejść, ale nie pozwalam mu i wciskam kabel do ręki. To że idziemy przez ciemny park, a może coś we mnie, a może jedno i drugie sprawia że go chwyta i podpina. Ja z kolei czuję się jak Adaś Miauczyński w Dniu Świra, ale jebać to. Serce nadal mocno bije i nadal mam ochotę niszczyć, burzyć, demolować.
    • Dziękuję, sir – rzuca kiedy przyspieszam kroku. Jaki znowu sir? Jestem młodszy od ciebie, matole.
Wreszcie cisza i w niej mijam kilka mostów i trafiam na dworzec. Pytam jakiegoś typa o papierosa, ale mówi że ma ostatniego. Zbywam go krzywym uśmiechem, który mówi: gdzieś już to kiedyś słyszałem. Powinienem czekać na autobus, ale akurat podjeżdża pociąg do miasta i pod wpływem chwili wsiadam. Wnętrze jest jasno oświetlone, czyste, niemal sterylne, do tego trafiam do tego samego wagonu co ten czarny. Tym razem ogląda się nerwowo. Pewnie myśli że go śledzę, żeby dorwać gdzieś później i okraść, albo wsadzić nóż pod żebro, a później posiekać zwłoki na kawałki i schować do wanny. Albo coś w tym stylu. Takie typy to w dziewięćdziesięciu procentach nerwy.
Opieram skroń o pięść i pozwalam myślom odfrunąć kiedy pociąg rusza. Pomarańczowa kamizelka i wyprany z uczuć głos, który mówi, żebym więcej się tu nie pokazywał. To też już kiedyś słyszałem. I moja odpowiedź, że w takim razie idź pierdol się. Na odchodzie spojrzenie w lewo, na Laurę przy biurku, otoczoną menadżerami. Udaje że nic nie widzi ani się słyszy, z wystudiowaną miną udaje że coś czyta, co jeszcze bardziej mnie nakręca. W końcu nie wytrzymuje i podnosi wzrok na sekundę. Niewiele jest rzeczy bardziej podłych niż wzgardzona kobieta. Posyłam jej najbardziej lodowaty zastrzyk pogardy na jaki mogę się zdobyć i wiecie co? Mam nadzieję że będzie ją to palić.
Uparcie wraca też dzisiejszy sen, niepokojący i wyrazisty, o tym jak jakiś pedał próbuje się do mnie przystawiać w kiblu. Więc wciskam mu łeb pod wodę i podtapiam, aż staje się coraz mniejszy, coraz młodszy i bezbronny, aż w końcu topię niewinne dziecko. Wtedy przestaje i budzę się.
A wszystko zaczęło się przedwczoraj,
Teraz (kiedy to piszę, mam już mocno w czubie) chcę jak najszybciej spisać to, co się stało, zanim zniknie, gdzieś za mgiełką i przejdę nad tym do porządku dziennego. Zanim to zaakceptuję.
A więc zaczęło się od tego, że nie mogłem spać. Serce było zbyt ciężkie pod wpływem nagromadzonej mieszanki używek i trosk, jakie mu zaserwowałem. Zaczynam mieć pierwsze objawy arytmii, lecz jak na razie zmuszam się żeby je ignorować aby jakoś funkcjonować.
Kiedy nagle nie można spać, nieważne z jakiego powodu, człowiek nagle odkrywa, że ma niezgłębione pokłady czasu do wykorzystania. Godziny upływają bardzo powoli; spędziłem je na tym co zawsze, czyli piciu za dnia, rozmowach prowadzonych byle otworzyć do kogoś gębę oraz ogarnianiu spraw bieżących. A gdy zachodziło słońce spakowałem plecak, wziąłem ze sobą muzykę. Jak zwykle nie zdążyłem na 37; autobus odjeżdżał kiedy puściłem się niezdarnym biegiem w stronę ronda. Komunikacja miejska jest jak gołębie; jeśli pobiegniesz, tylko je spłoszysz.
Więc ciśnienie rośnie, już wtedy, czekam na kolejnego busa i w końcu wchodzę, jak zawsze, pokazując stary wymięty świstek. To już ładnych kilka lat jeżdżenia na farcie, ale w Bham panuje niepisane przyzwolenie na mnóstwo rzeczy, więc wszystko w porządku. Tamtego dnia miasto wydawało się szczególnie brudne, z okna widziałem dziwkę, która zaczepiała przechodnia. Łatwo je rozpoznać. Kiedyś miałem podobną przygodę, w drodze do znajomego w sobotnią noc spotkałem Murzynkę, która chciała się oddać za jebane doładowanie gazu. Oddałem jej topkę zioła i dobre pół godziny czasu, ale ani odrobiny godowego tańca, a po wszystkim poczułem jak DeNiro w Taksówkarzu. Haha.
Jestem spóźniony; znów biegnę przez główną ulicę w centrum, bo mi kurwa zależy. Obecnie biorę (czy raczej: brałem) podwózki do pracy i faktycznie, znajome auto pojawia się w końcu, kiedy już myślałem że będę musiał wracać. To zdarzyło się dzień wcześniej, kiedy wydałem resztkę hajsu w pobliskim pubie, sam, sam jak palec obserwując ludzi i sącząc piwo.
Jako że wcześniej miałem lekkie płuco, patrzę obojętnie spod ciężkich powiek gdy auto wymija inne na autostradzie, z prędkością stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. W środku ta sama ekipa co zawsze: Tomek, kierowca, nieco cipowaty, ale dobry chłopak, wierzy w Boga, czyta Biblię i puszcza Tedego albo techniawki na stereo. Mariusz, potencjalny alkoholik, więc mamy o czym rozmawiać, mieszka z Tomkiem. Ugna, Litwinka (od teraz już nigdy nie zaufam nikomu kto pochodzi z tego dwulicowego kraju), z ustami i twarzą Angeliny Jolie. Rozmawia z nami po angielsku, chociaż rozumie polski. Ma faceta i dziecko, a mimo tego zapieprza jak my, nienawidzi Birmingham.
Nagle akcja rodem z GTA, bo tuż przed światłami na skrzyżowaniu drogę zajeżdża nam radiowóz. Tomek hamuje i ledwo unika zderzenia. Światła, latarki, krzyki, mamy wysiadać, później wysiadać ma tylko kierowca. Dalej patrzę w miarę obojętnie. Czy coś jest ze mną nie tak? Na miejscu kierowcy siada pies i wywozi nas w szczere pole, gdzie dowiadujemy się, że driver jest pojebany, a auto może być kradzione. Widocznie kierownica po lewej stronie wprawia tutejsze służby w osłupienie.
Spisywanie. Odciski palców. W innych okolicznościach domagałbym się moich praw obywatelskich, ale i tak angielska policja ma moje odciski, więc już wszystko mi jedno. Jeden do zera dla inwigilacji. Pies czuje się w obowiązku poinformować mnie, że figuruję już w bazie danych. Niedobrze, ludzie zaczną gadać, każda robota to swoisty mikrowszechświat, gdzie każdy rozmawia o każdym. Ciężko tego uniknąć.
Już na miejscu, szybki papieros, po raz kolejny mam myśli, że praca na magazynie nie jest dla mnie. Czy nie mógłbym się spełnić robiąc umysłowo, za wyższe stawki. Zapewne, ale najpierw musiałbym się wyzbyć tego kim jestem. Poza tym, lubię być w ruchu, siedząc za biurkiem mógłbym dostać wścieklizny jak Laura.
A właśnie, Laura. Również Litwinka, ciemne włosy, jakieś trzydzieści lat. Niegrzeczna dziewczynka, gdy pewnego dnia przyszedłem pod wpływem proszków, jej nos zaczął się ślinić jak pies na kość. Dzisiaj patrzy inaczej. Mówi że wyglądam lepiej. Lepiej niż wtedy, kiedy przeżywałem (znowu) swoje pierdolone złamane serce i nie mogłem spać przez ponad trzydzieści godzin. Patrzy kokieteryjnie.
Znajome mordy naokoło. Zacznijmy od Persiego, czarnego, z którym składałem kiedyś ciuchy, zanim mnie nie przenieśli na bardziej odpowiedzialne i w ogóle męskie stanowisko. Podobno Persie ma dziecko i byłą żonę, ale tak czy siak zachowuje się jak pedał i raz czy dwa dotknął mojego ramienia gestem bynajmniej nie przyjacielskim. Powiedziałem, że jeśli zrobi to znów, to go znokautuję. Dalej robią dziewczyny: Ewa, słodka mała i rudowłosa; świetnie mi się z nią rozmawiało, studentka biologii. Kasia, mała blondynka, z którą nie tak dawno temu wybrałem się do kina. Niestety, promieniująca wdziękiem z zewnątrz, w środku okazała się... makabryczna. Jedyna rzecz,, która sprawia że jej serce bije mocniej to trupy, a konkretnie kosmetyka zwłok. Nasłuchałem się z jej ust historii o tym jak na praktykach przekuwała igłą gałki oczne, balsamowała umarlaków i tego typu rzeczy. Podobno nigdy nie miała chłopaka, choć jest dwa lat trzy lata starsza. Podobno odrzuca od siebie ludzi. W głowie nazwałem ją Śnieżką, z razji tego, że aby roztopić jej serce, potrzeba by zapewne więcej ciepła niż jest w jądrze słońca.
Ale ludzi jeszcze rozkminię. Przejdźmy do rzeczy. W ciągu dwóch godzin co najmniej pięć razy muszę rozmawiać z Laurą, jako że cały czas coś idzie nie tak. Pyta o to, czy śpię normalnie. Mówię, że jest już lepiej, że niby już mi przeszło, ale w końcu jest starsza i nie daje się nabrać. Prowokuje mnie w końcu; gdy sprawdzam coś na skanerze, podchodzi blisko, tak że bliżej już się nie da. Wdycham zapach jej włosów, jej pot; zapach seksu. Ona wdycha mój, wciąż zmieszany z adrenaliną, a ja, no cóż, nieco upojony, wpisuję co trzeba, w międzyczasie zataczając kręgi kciukiem nad klawiaturą jakbym... W każdym razie Laura robi się mokra. Odstępuje na kroki widzę jak spazmatycznie porusza biodrami, patrzy mi w oczy i przygryza wargi; a potem niezdarne próbuje to zamaskować, cofając się do swojego biurka. Chociaż też czuję, że coś drgnęło w podbrzuszu, traktuję ją zimno. Traktuję jak dziwkę, ale uprzejmie. Jeszcze nie wiem, że właśnie wydałem na siebie wyrok.



Sobota


Podobno gdy wstajesz w środku nocy aby pisać, nie trzeba robić poprawek. Niech to będzie prawdą, bo mam je gdzieś. Piątku nie pamiętam; zwolnienie wywołało głuchy efekt pustki, nie płacę za mieszkanie, niech się dzieje co chce. Zamiast tego intensywnie zapominam, przez dno butelki świat jest spowolniony i rozmyty. Wybieramy się na imprezę w plenerze, festiwal sztuki ulicznej. Kilka ulic w centrum miasta zostaje oddanych do dyspozycji graficiarzy i pusta nie pozostaje żadna ściana w promieniu kilometra. Niektórych tagów nie mogę odczytać w ogóle, inne ujawniają swoją wiadomość po chwili, jakby elementy układanki nagle zaskoczyły w głowie odbiorcy. Kupuję los na loterii – bezwartościowy gest człowieka, który nie ma na co wydać pieniędzy.
Palimy sporo, wlewamy w siebie procenty i zanim dołącza reszta towarzystwa cała ta wyprawa przestaje mnie obchodzić. BezOczu, raper, przyjeżdża z dziewczyną, patrzą dziwnie, widzę w oczach drwinę. Ona mówi do mnie 'raper' ale patrzę jakbym widział ją pierwszy raz w życiu i temat umiera. Robi się późno, ale zwlekamy, idziemy na ławkę zapalić. Naprzeciwko siedzi dwóch Polaków, duży i mały. coś jak Móżdżek i Pinky, w odwrotnej kolejności. Mały, czyli Móżdżek, jest wygadany, aż za bardzo, drugi tylko patrzy, nie odzywa się. Jego postura i wygląd mówi więcej niż trzeba. Nasze oczy spotykają się na moment. Są kompletnie wyprane z emocji.
Móżdżek okazuje się islamistą. Z początku nie wierzę, dopóki Z nie zauważa ciapackiego tatuażu na ręce. Na karku z kolei napis: Only God Can Judge Me. Bóg, w sensie Allah. Móżdżek zaczyna nam objaśniać zawiłości dogmatów, pokazuje filmik na którym strzela z kałacha, ubrany w coś w rodzaju sutanny. Robi się nerwowo, w końcu idziemy w swoją stronę, a oni za nami, ale tylko kawałek.
W oddali słychać dudnienie basu. Świat wydaje mi się bardzo odległy, ale w sumie w porządku. Dzięki rosnącym cieniom grafy nabierają głębi, innego wymiaru. A może to tylko skręty? Zanim wchodzimy w tłum zatrzymuję resztę przed... No właśnie, ciężko to nazwać. Spreje mieszają się w w obraz, karykaturę, z obwisłą, zmęczoną twarzą o ciężkich powiekach i zdesperowanym grymasie. Postać trzyma w rękach pudełko, na którym widnieje żółta buźka, jeden z tych symboli, jakie na pewno znacie, czarne kropki jako oczy i linia uśmiechu. Tyle że zamiast uśmiechu krzywa opada w depresyjny łuk. Obok postaci jest dymek: Is there any hope of fixing this? Całość hipnotyzuje mnie, na szczęście nie na długo. Podążam za stadem do stolików upstrzonych co najmniej setką niedopitych drinków. Robimy obchód, a jako że baki są już puste, każdy wychodzi z butelką. Polaka poznasz niezawodnie po tym jak doi czyjeś drinki. To coś jak łańcuch pokarmowy.
Butelkę później otacza mnie tłum a Jamajski rastafarianin prowadzi koncert reggae. Ledwo widzę na oczy, więc ignoruję tłum, zwłaszcza kobiety i gibam się niezdarnie jak większość. Leci cover Damiana Marleya i przez chwilę każdy się zapomina a ludzi ogarnia zbiorowa euforia, a ręce idą do góry. To dobry moment. Stoję chwilę tuż pod samą sceną i jak zawsze, gdy to robię, zastanawiam się jak by to było po drugiej stronie. Następuje rozproszenie, gubimy się, pamiętam rozmowę z nieznajomą i szukanie reszty. Jest głośno, duszno i wszystko jedno. Totalna obojętność, przecież miałem się bawić. Is there any hope of fixing this?
Nie wiadomo kiedy ani gdzie oddalamy się od miejsca imprezy, chociaż nawet jeszcze się na dobre nie zaczęła. Kilometr później siedzimy przy fontannach. To jeden z lepszych zakątków w całym mieście, w samym jego sercu, gdzie gmach muzeum wznosi się nad szerokim placem, a czterometrowy sfinks patrzy kamiennym wzrokiem. Sfinks to symbol zagadki i faktycznie pojawia się człowiek zagadka, po tym jak zapraszamy go do siebie i z dala od grupki Angoli, zanim się na siebie rzucą.
Gość jest tak naładowany adrenaliną, że powietrze naokoło wydaje się naelektryzowane. Historia, jaką nam przedstawia, kolejna historia pojebańca, to opowieść o psie, który właśnie wyszedł z więzienia. To wywołuje reakcję u Jotpeka. Jotpek nienawidzi psów, lubi kozaczyć i w ogóle dobrze go mieć przy sobie na najbie. Oznajmia, że z kurwami nie gadamy. Człowiek-zagadka prostuje się, jakby dostał z liścia i zdejmuję bluzę. Jeśli Jotpek chce się napierdalać, to zaraz będzie się kąpał w fontannie. Jotpek mówi że nie chce. Ja tymczasem marzę, żeby któryś zrobił pierwszy ruch i mógłbym zapomnieć o tej chwili napięcia. Marzę o wbiciu pięsci tak głęboko w zęby tamtego, aż dojdą do mózgu. To pragnienie nie opuszcza mnie odkąd straciłem robotę. Z też jest gotowy, wymieniamy spojrzenia i widzę w nim uśpioną tęsknotę za jakąś burdą.
W końcu mówię typowi żeby się, kurwa, uspokoił. Nie ma gadki, na chwilę zapada ciężkie milczenie, znowu nic mnie nie obchodzi. Gość przez chwilę mówi; o tym, że wielkie uliczne zasady, że sam jest taki jak my, że słucha Chady czy kogośtam. Wydaje mi się, że chciał się zabić, o ile jeszcze tego nie zrobił. Idziemy dalej. Jak spokojni, kurwa mać obywatele.
Reszta towarzystwa znika, wracamy we dwójkę, w ciszy, przynajmniej jak na najebanych ludzi. Jesteśmy już bardzo przejarani, a to oznacza, że czasem niewiele gadamy. Przepalone obwody w mózgu, czy coś. Niedzielny poranek wita płytą Cypress Hilla w odwarzaczu, jointem i piwem. Życie się toczy.

Wtorek. Dalej pustka. Nie mam gdzie się podziać, brak zajęcia sprawia, że ciskam się bez celu po czterech ścianach, w końcu, gdy wybija upragniona dwunasta w południe, opróżniam mocnego Guinnessa na dwa łyki. Ruszam do miasta, w poszukiwaniu pracy, ale gdzieś tam w środku siedzi diabełek, szczerzy zęby i wie swoje. Jest gorąco i dla ochłody wpadam do klubu o nazwie Velvet. Sącze podwójnego Jacka Danielsa z lodem w półmroku, o tej porze jest mały ruch, jedynie kilku starych alkoholików.
Dzwoni Świnia, mówi że zatrudnili u niego mojego brata. Tutaj mógłbym wpaść w dygresję i zacząć snuć opowieść o młodszej, nieco prostrzej, ale czystszej, utalentowanej wersji mnie, z jeszcze większym syndromem emocjonalnego upośledzenia i odcięcia od rzeczywistości, ale to zabrałoby czas do samego rana, a nie chcę (jeszcze) zasnąć nad klawiaturą.
Dzwoni jako głos rozsądku, bo wie, że nie mam umiaru, że nie panuję nad sobą, kiedy jestem sam i mam pieniądze. Dzwoni na próżno.
Lekko pijany wpadam do agencji (pracy, hehe). Kobiety wydają mi się odpychające, rejestruje ich próżne gesty i zabiegi, przez które mam przewracać się na plecy jak piesek. To znak, że terapia alkoholowa zaczyna działać. Wracam na Broad Street, dzielnicę pubów, klubów i przybytków zabawy wszelakiej. I wiecie co? Zamawiam podwójną whisky z lodem w jednym. Później drugim. I następnym. Siedzę i popijam je całkowicie sam, a ciszę przerywają tylko przypadkowe rozmowy przy barze, muzyka i głosy w tle, coś jak szum na pustym kanale. A właśnie. Pusty. Jebana pustka.
Zalewam się w trupa do momentu, kiedy dowiaduję się, że na karcie skończyły się pieniądze. Coś tu nie gra, bo według wcześniejszych wyliczeń miało być jeszcze na dwie, trzy godziny chlania. Zagadka wyjaśni się kolejnego dnia, tymczasem powrót, przypadkowe rozmowy, dystans, niedopowiedzenia. Dom.
Znacie tą scenę z małego Księcia? Główny bohater spotyka pijaka i pyta go: dlaczego pijesz? Na co tamten odpowiada: żeby zapomnieć. A o czym chciałby zapomnieć? O tym że pije.
Jutro landlord spierdoli mi się na głowę z czynszem. I będę musiał go skombinować, znaleźć, w czipsach, kawie albo w parku w trawie. I cały ten cyrk zacznie się od nowa.
Is there any hope of fixing this?

Co ja właściwie wiem? Tak naprawdę? Wiem że myślę więc jestem, wiem że nienawidzę monotonii która za mną jak cień idzie, dlatego piszę. Że przez ostatni rok postarzałem się co najmniej o pięć, że mam pięść, pięć palców, środkowy dla padalców, pięć dla paru, chęć zza baru wyciągnąć pięć browarów, i z pięć gramów, pięć chamów co chcą spięć, pięć minut do godziny duchów. Że są jeszcze ludzie których kocham i być może jeszcze znaczę coś dla nich. Że przyciągam ludzi z którymi coś jest nie tak. Że widzę świat przez mgiełkę, skazany na instynkt, stwarzający pozory. Że mój mózg przypomina gąbkę, taką do zmywania naczyń, którą nagle potraktować ogniem. W takiej sytuacji ciężko nie utrzymywać sekretów.
Liczy się przecież to żeby być pierwszym, co nie? Żeby w końcu się wybić. Dajmy na to takiego Chandlera – czytuję ostatnio jego kryminały. Stworzył postać jedyną w swoim rodzaju, Phillip Marlowe, prywatny detektyw, cynik który wciąż szuka kłopotów. Stworzył postać o której nie da się zapomnieć. Marlowe tarza się w ludzkich brudach za grosze, zawsze ma na końcu języka ciętą ripostę, a zepsutych do szpiku kości klientów gości za pomocą whisky lub bourbonu. A jednak jest dobrym człowiekiem. Czy nie o to chodzi tak naprawdę? Aby postępować według własnego kodeksu, z konsekwencją i czystym sumieniem? Jeśli takowego nie posiadasz, współczuję.

Poniedziałek. Coś ruszyło do przodu. To znaczy ja ruszyłem to do przodu, bo w życiu nic samo nie przyjdzie. A jeśli czegoś mocno chcesz, to to zdobędziesz. Obecnie chcę pieniędzy.

No comments:

Post a Comment